Reklama

Reklama

Hanna Śleszyńska: Zachłanność to cecha aktorów

Wybiera się w podróż życia, wraca na plan jednego z najzabawniejszych seriali, myśli o nagraniu płyty i mówi, co by robiła, gdyby nie pracowała.

Hanna Śleszyńska

Zacznijmy od gorącego niusa - fani serialu "Daleko od noszy" ucieszą się pewnie, że powstanie jego kontynuacja!

Hanna Śleszyńska: - Tak, w końcu listopada rozpoczynają się zdjęcia. To dla nas wielkie wyzwanie, bo jednak mieliśmy sporą przerwę - jakieś 4 lata. Gdy aktor dłużej nie gra w spektaklu, zaczyna się obawiać, czy da radę, czy jeszcze wszystko pamięta, czy uda mu się wcielić w rolę. Ale myślę, że w przypadku tego serialu przypomnimy sobie szybko. Udało się zebrać tę samą ekipę, za którą już się stęskniłam. Paweł Wawrzecki tak nas rozśmieszał, że razem z Agnieszką Suchorą długo musiałyśmy się doprowadzać do porządku, by móc dalej grać. Wszyscy uwielbiamy absurdalny humor scenarzysty i reżysera, Krzysztofa Jaroszyńskiego, i doborowe towarzystwo na planie!

W którym zabraknie jednak Ani Przybylskiej, serialowej doktor Karinki...


- Wspominamy Anię bardzo często. Trudno się pogodzić z tym, że odeszła tak młoda, piękna i wspaniała kobieta... Cały czas jest obecna w naszej świadomości.

Reklama

Lubi pani grać siostrę Genowefę Basen?

- Lubię, oczywiście. W ogóle muszę powiedzieć, że uwielbiam te wszystkie moje charakterystyczne role - Jadzię z "Rodziny zastępczej", Gienię z "Daleko od noszy" czy Lodzię z "Domu", bo one są takie niemodne, takie niedzisiejsze, tak bym chciała się nimi zaopiekować i ochronić ich wizerunek przed nowoczesnym światem. Wprowadzają nas w klimaty, które pamiętam z dzieciństwa i bardzo sobie to cenię. Ale - wracając do Gieni - przyznam, że ilekroć jestem w szpitalu, trochę obawiam się, jak mnie potraktują pielęgniarki, czy się nie obrażą. Bo nie oszukujmy się - siostra Basen nie jest najmądrzejsza, choć ma inne zalety: jest bardzo przywiązana do syna, do męża, do swoich rodzinnych obowiązków... Na szczęście personel medyczny ma poczucie humoru.

To niejedyna nowość - na początku grudnia rozpoczyna się kolejny sezon "Blondynki". Grana przez panią Auguścikowa znowu pojeździ sobie na motorze...

- W tym sezonie motocyklem Auguścikowej była stara WSK-a, która czasem po prostu nie odpalała. Musieliśmy zrezygnować z kilku scen, bo, niestety, miała swoje humory.

Może nadrobi pani prywatnie, bo słyszałam, że ma pani prawo jazdy na motocykl.

- Mam, ale ciągle nie mam swojej maszyny. Poza tym obawiam się kontuzji. W te wakacje złamałam sobie mały palec u nogi - co prawda o drzwi od łazienki - ale strasznie mi to skomplikowało pracę, bo nie mogłam założyć
pełnych butów. Niby drobiazg, ale kłopotliwy. Myślę jednak, że skoro mam faceta, który dosiada Harleya, temat motocykla zawsze będzie aktualny.

Zaskakuje pani, zupełnie jak serialowa Irenka z "O mnie się nie martw".

- Dziękuję scenarzystkom, że dbają o tę postać i obdarzają ją różnymi dziwnymi umiejętnościami, bo to mi się właśnie w niej spodobało. Granie z Pawłem Domagałą, którego uwielbiam, to czysta przyjemność. Jako partner jest genialny - stworzył specyficzny język i styl swojej postaci, często wymyśla dodatkowe teksty dialogu i dostarcza nam dużo radości na planie. Niedługo zaczniemy kręcić kolejną transzę, w której Irenka będzie szukała swojej dawnej miłości.

No to widzę, że ma pani pełne ręce roboty!

- No mam, i trochę się obawiam, bo w grudniu chcę wyjechać w podróż życia do Argentyny i nie wiem, jak mi się to wszystko uda połączyć. To będzie trzytygodniowa objazdówka po całym kraju, z moimi znajomymi. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej - mimo że mam zgodę synów, to mam też wyrzuty sumienia, że ich tu zostawiam.

Ale przecież są już dorośli! A poza tym pani zawód przez lata chyba przyzwyczaił ich do pani częstej nieobecności w domu?

- To, że mam takich wspaniałych synów, to w dużej mierze zasługa moich rodziców, którzy zawsze mnie wspierali. Dzięki ich pomocy nie musiałam się niczym martwić i mogłam tak intensywnie pracować. Trudno było odrzucać takie propozycje, jak Kabaret Olgi Lipińskiej, Teatry Telewizji czy role w serialach. A wieczorami przeważnie grałam w teatrze... To się odbywa zawsze kosztem rodzinnego życia. Dzisiaj synowie mają swoje pasje i swoje marzenia, i my - jako rodzice - sekundujemy im i wspieramy ich we wszystkim. Taka widocznie jest kolej rzeczy.

Przeczytałam, że podobno na każde dziesięciolecie robi sobie pani plany?

- Tak powiedziałam? Może, choć nie wiem czemu, bo planowanie nigdy nie było moją mocną stroną. Gdyby było, miałabym już nagraną płytę. Marzę o niej od lat i dziwne, że dotąd jej nie nagrałam, zawsze wydawało mi się, że mam jeszcze czas, że nie jestem gotowa... Niech to więc będzie mój plan na przyszły rok! Tak naprawdę wciąż jestem zajęta. Jest w nas, aktorach, pewien rodzaj zachłanności na pracę, na role, wydaje nam się, że taka propozycja, jaką właśnie dostaliśmy, więcej się nie powtórzy i trzeba łapać okazję. Czasami bierze się na wyrost.

Ciekawa jestem, czy to się przekłada na życie?

- Może trochę tak, bo takim człowiek się chyba rodzi. Myślę, że gdybym na przykład nie miała pracy, to zamiast siedzieć bezczynnie, wolałabym zgłosić się gdzieś jako wolontariuszka.

Ale z tego by się pani nie utrzymała.

- Tak, ale najważniejsze to czuć się potrzebnym, robić coś z sensem, mieć świadomość, że przyczyniamy się do tego, że świat będzie trochę lepszy dzięki nam. Bo inaczej to co nam zostaje? Rozbuchana konsumpcja? To trochę
przerażające. Poza tym nie wolno narzekać. To sobie często powtarzam. Pracuję z fantastycznymi ludźmi, utrzymuję się ze swojej pracy, ludzie się do mnie uśmiechają, jestem w dobrej kondycji, mam przyjaciół i wierzę, że mam w sobie siłę, żeby jeszcze coś fajnego zrobić!

Ewa Gassen-Piekarska

TV14

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Hanna Śleszyńska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje