Reklama

Reklama

Ferzan Özpetek: Dlaczego odmawia się ludziom szczęścia?

"Na świecie od jakiegoś czasu coraz wyraźniejsza staje się, bardzo niepokojąca, tendencja do ograniczania wolności i swobód jednostki. Kiedy słyszę, co dzieje się w Polsce, przyznam, że wprawia mnie to w zdumienie. Mówimy przecież o ojczyźnie kultury, ojczyźnie wielu genialnych umysłów, które swoimi badaniami, wynalazkami i twórczością odcisnęły wyraźne piętno na historii świata" - w rozmowie z Interią mówi Ferzan Özpetek, uważany za jednego z najlepszych współczesnych włoskich reżyserów. Do kin w Polsce wchodzi właśnie jego nowy film - "Sekret bogini Fortuny".

"Na świecie od jakiegoś czasu coraz wyraźniejsza staje się, bardzo niepokojąca, tendencja do ograniczania wolności i swobód jednostki. Kiedy słyszę, co dzieje się w Polsce, przyznam, że wprawia mnie to w zdumienie. Mówimy przecież o ojczyźnie kultury, ojczyźnie wielu genialnych umysłów, które swoimi badaniami, wynalazkami i twórczością odcisnęły wyraźne piętno na historii świata" - w rozmowie z Interią mówi Ferzan Özpetek, uważany za jednego z najlepszych współczesnych włoskich reżyserów. Do kin w Polsce wchodzi właśnie jego nowy film - "Sekret bogini Fortuny".
Dla mnie liczy się przede wszystkim serce i umysł danej osoby - przekonuje Ferzan Özpetek /Daniele Venturelli/Daniele Venturelli/WireImage /Getty Images

Swego czasu Madonna nazwała go geniuszem. Urodził się w Turcji, ale Włosi mają go za swojego reżysera, jednego z najlepszych zresztą. Od lat żyje w udanym, jednopłciowym związku i o takich miłościach często w swoich filmach opowiada. Ale nie tylko. Jego kino stanowi przede wszystkim hołd dla człowieka, miłości, przyjaźni i rodziny - tej biologicznej, częściej tej z wyboru, złożonej z przyjaciół. Od dawna też spogląda na Polskę - mówi, że pierwszą ważną Polką w jego życiu była Wisława Szymborska. Drugą - Kasia Smutniak, którą uważa za swoją przyjaciółkę i powierniczkę tajemnic.

Reklama

"Sekret bogini Fortuny" to słodko-gorzka opowieść o przyjaźni i miłości, przede wszystkim zaś o nieprzewidywalności losu. Gdy Annamaria (Jasmine Trince) trafia na obserwację do szpitala, jej dziećmi mają zająć się Artur i Alessandro (w tych rolach gwiazdy włoskiego kina Stefano Accorsi oraz Edoardo Leo). Po kilkunastu latach szczęśliwego związku doszli do ściany, ale nie mogą nie pomóc przyjaciółce. Jak sobie poradzą z niespodziewanym zadaniem?

Przed premierą Ferzan Özpetek opowiada nam o swoim życiu i filmie, Włoszech i szczęśliwym związku.

Dagmara Romanowska: Zanim przejdziemy do rozmowy o pana nowym filmie, nie mogę nie zapytać o pana pracę z Kasią Smutniak. Już dwukrotnie zaprosił ją pan na swój plan ("Zapnijcie pasy", "Venetika"). Co o tym zadecydowało?

Ferzan Özpetek: - Gdybym tylko mógł, pracowałbym z Kasią cały czas. Od rana do wieczora. I przy każdym filmie. Jest wspaniałą aktorką. Naprawdę. Na planie daje z siebie wszystko: zawsze jest przygotowana, ale jednocześnie potrafi zaskoczyć, świetnie improwizuje. Poza tym jest wspaniałą osobą - bezgranicznie jej ufam. Jest dla mnie bardzo ważna. To moja przyjaciółka, doradczyni, powierniczka moich sekretów. Pierwszą ważną Polką w moim życiu była Wisława Szymborska - drugą jest właśnie Kasia. Tak po prostu jest.

Oboje uczyniliście z Włoch swoją ojczyznę - Kasia przyjechała tam z Polski, pan z Turcji. Może to was trochę zbliża?

- Myślę, że Kasia nadal bardzo mocno związana jest z Polską, co też często podkreśla. Regularnie odwiedza swoją rodzinę. W moim przypadku jest na odwrót - włoska i turecka tożsamość są u mnie mocno wymieszane. Urodziłem się w Turcji, ale od 17. roku życia mieszkam we Włoszech. Kocham swoją rodzinę biologiczną, ale pokochałem też nową, którą stworzyłem w Rzymie. Kocham turecką muzykę, ale nie jestem związany z jedną kulturą. Turcję odkrywam, de facto, z włoskiej perspektywy. Jeżdżę tam na wakacje, spędzam miesiąc czy dwa i chłonę to, co tam zastaję, potem wracam do mojego Rzymu.

Dla kinomanów jest pan reżyserem włoskim, nie tureckim. Tak pan chciał?

- Jest mi szczególnie miło, kiedy tak właśnie o sobie czytam - gdy prasa stwierdza, że jestem jednym z ważniejszych przedstawicieli współczesnego kina włoskiego, chociaż pochodzę z innego kręgu kulturowego. Nigdy nie zapomnę jak nieżyjący już mistrz Ettore Scola przedstawił mnie publiczności na festiwalu filmowym w Taorminie - jako spadkobiercę wielkiej tradycji włoskiego kina. Po ceremonii podszedłem do niego, nieco speszony laudacją, mocno wzruszony, na co on zareagował: "Nie ma znaczenia, gdzie się urodziłeś. Twoje kino oddaje najlepiej wszystkie stany i bolączki włoskiej duszy". Sam najczęściej mówię o sobie: włoski reżyser tureckiego pochodzenia.

Turcja dla pana to już tylko wakacje?

- Spędziłem tam wczesną młodość, która jednak zamykała się w zbitce: dom - szkoła - książki - kino. I to właśnie kino przygnało mnie do Włoch. Najpierw studia z zakresu historii filmu na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie, a potem reżyseria na Accademia Nazionale d'Arte Drammatica Silvio D'Amico. Potem The Living Theatre Juliana Becka, praca asystenta reżysera na planach wielu włoskich produkcji, wreszcie własny debiut. To we Włoszech czuję się jak w domu. To z pewnością jeden z najpiękniejszych krajów świata - dla mnie idealny do życia i tworzenia. Cały czas też Italię odkrywam - każdy jej region, każde miasto mają własną historię, sposób mówienia i zachowania się. Swoją kuchnię. Własną tożsamość. We Włoszech poznałem miłość swojego życia - mój partner, Simone, jest Włochem. We Włoszech chcemy spędzić resztę naszych dni.

Pana sztuka, kino i książki, odzwierciedlają poniekąd pana życie osobiste. Nie inaczej jest w przypadku "Sekretu bogini Fortuny" - żyje pan wśród przyjaciół, a pracę nad tym filmem zainspirowała śmierć brata na raka trzustki.

- Strata brata była dla mnie ogromnym ciosem. Wtedy bratowa zapytała mnie czy w wypadku jej śmierci zajmę się z Simonem dwójką ich dzieci - 13-letnich bliźniąt. Kazała mi to sobie przysiąc W naturalnym odruchu zgodziłem się, dopiero potem poczułem, że być może nie bylibyśmy dla nich najlepszymi opiekunami. Nasz dom przypomina ten z filmu: ludzie wchodzą i wychodzą. Jesteśmy bardzo zżyci z naszymi przyjaciółmi, sąsiadami. Tworzymy taką jedną wielką rodzinę, ale czy to dobre środowisko dla dzieci? Poza tym ciągle nas nie ma - pochłania nas praca, podróż. Im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym wyraźniejszy stawał się zarys "Sekretu bogini Fortuny". Usiadłem do scenariusza z Giannim Romolim [stały współpracownik Ozpetka, współscenarzysta prawie wszystkich jego projektów, z wyjątkiem "Mine vaganti. O miłości i makaronach" i debiutanckiej "Łaźni tureckiej" - przyp. red.]. Do wątku rodzinno-dziecięcego dodaliśmy historię pary o wieloletnim stażu, która teraz bliska jest rozstaniu. Pary jednopłciowej - do tej pory w kinie włoskim takiej historii nie było. Na ogół mówi się o narodzinach namiętności, nie o jej kryzysie. Pojawienie się dzieci każe bohaterom spojrzeć na siebie w innym świetle, na nowo odkryć siebie jako rodzinę.

Rodzina - ta biologiczna i przybrana - od lat przyciąga pana uwagę. Ta fascynacja również ma korzenie w życiu osobistym?

- Tak sądzę. Urodziłem się i wychowałem w Istambule, w bardzo otwartej, kosmopolitycznej i raczej zamożnej rodzinie. Moja mama, bardzo nowoczesna i niezwykła kobieta, uwielbiała ludzi i kochała wydawać obiady i kolacje dla przyjaciół. Pamiętam, jak potrafiła serwować posiłki w trzech miejscach jednocześnie: w kuchni, salonie i na tarasie. Zawsze przez nasz dom przewijało się mnóstwo ludzi, którzy całymi godzinami rozprawiali o życiu i sztuce. W tle zawsze rozbrzmiewała muzyka - ktoś śpiewał, ktoś inny grał. Nasz dom tętnił życiem. Tętnił nim Istambuł, który był już wtedy wielką metropolią. W Rzymie, kiedy tu przyjechałem, było spokojniej, ale zbudowałem nową rodzinę. O tych doświadczeniach piszę w swojej powieści "Sei la mia vita". O rodzinie opowiadam w kinie. Interesuje mnie proces powstawania wspólnoty, dzielenia smutków i radości, wspólnego mierzenia się z przeciwnościami losu.

Bohaterowie "Sekretu bogini Fortuny" tworzą związek homoseksualny. Czy we Włoszech mieliby szansę na adopcję, do czego po części odnosi się film?

- Muszę pani powiedzieć, że sam coraz rzadziej używam słów "gej" czy "homoseksualista". Coraz mniej mi się podobają. Używam za to określenia "jednopłciowy" - np. związek jednopłciowy. Nie chcę definiować ludzi "od pasa w dół", przeciwnie - liczy się dla mnie przede wszystkim serce i umysł danej osoby.

- Jeżeli chodzi o adopcję dzieci przez pary jednopłciowe - nie jest to prawnie we Włoszech usankcjonowane. Popularnym rozwiązaniem dla takiej pary jest znalezienie matki zastępczej, surogatki. Sam nie jestem za takim rozwiązaniem, ale to tylko moje zdanie. Ludzie powinni mieć szansę na szczęście, być wolni, mieć równe prawa. Społeczeństwo nie powinno im tego zakazywać, odbierać szeroko pojętej wolności. Wierzę, że nie powinno być w tym kontekście granic, szczególnie prawnych. Dlaczego cudze szczęście ma komuś przeszkadzać? Dlaczego ma przeszkadzać tzw. tradycyjnej rodzinie? Jeśli dana para jednopłciowa chce być razem i chce też adoptować dziecko, czy skorzystać z surogatki - dlaczego im tego zabronić? Dlaczego odmawia się ludziom szczęścia? Nie mogę tego pojąć. Nie mogę czasem pojąć tej ludzkiej wrogości dla - przecież też ludzkiego - szczęścia.

W Polsce społeczność LGBT mierzy się obecnie z olbrzymią wrogością. Powstały nawet "strefy wolne od LGBT"...

- .... na świecie od jakiegoś czasu coraz wyraźniejsza staje się, bardzo niepokojąca tendencja do ograniczania wolności i swobód jednostki. Kiedy słyszę, co dzieje się w Polsce, przyznam, że wprawia mnie to w zdumienie. Mówimy przecież o ojczyźnie kultury, ojczyźnie wielu genialnych umysłów, które swoimi badaniami, wynalazkami i twórczością odcisnęły wyraźne piętno na historii świata. Naukowcy, malarze, muzycy, reżyserzy, poeci... Myślę także o mojej ukochanej Wisławie Szymborskiej i jej filozofii życia... Bardzo się dziwię takim decyzjom. Ale - jest to tendencja ogólnoświatowa. I zdaje się ona prowadzić nas niebezpiecznie w stronę reżimów i dyktatur.

Przed laty Madonna nazwała pana... geniuszem. Pamięta pan to zdarzenie? Jak pan na to zareagował?

- Uśmiecham się wtedy, oczywiście jest to zaszczyt, duma. Ale też wprawia mnie to w lekkie zakłopotanie. Ja po prostu jestem sobą i robię to, co kocham, najlepiej jak potrafię. Ostatnio dostałem wiadomość, w której ktoś napisał, że taka osoba jak ja pojawia się raz na tysiąc lat. Czuję, że w moją stronę - szczególnie we Włoszech - płynie olbrzymia fala dobra i miłości. Ludzie mnie znają, zatrzymują na ulicy - jedni proszą o autograf, inni o "selfie". Jeszcze inni chcą po prostu porozmawiać, bo wizja świata i emocje, które znajdują w moich filmach są im bliskie. To niezwykle cenne, miłe i ważne. Być może chodzi o to, że jako pierwszy w kinie włoskim zacząłem mówić o akceptacji i wolności dla wszystkich - bez wyjątków, przede wszystkim dla związków jednopłciowych? Wiele osób, które czuły się niezrozumiane, odnalazło w moim kinie i książkach samych siebie, swoją historię i reprezentację - szczególnie po filmie "On, ona i on". Poczuli się dzięki temu mniej sami na świecie.

Pana kino zawsze zwycięża dzięki aktorom. Zachęca pan ich do tego, żeby nie recytowali kwestii, nie odgrywali tego, co zapisane zostało w scenariuszu, tylko żeby szli za gestem, spojrzeniem, intuicją.

- Cenię, gdy dialog pojawia się na płaszczyźnie niewerbalnej. Słowa są często zbędne. Na początku pracy prowadzę aktorów "za rękę". Rozmawiamy. Ćwiczymy. Na planie puszczam ich już wolno. Pozwalam, żeby mnie zaskakiwali. Są moimi partnerami w procesie twórczym. Wiedzą, że chcę dla nich jak najlepiej, że ich kocham i dają z siebie bardzo dużo. Zawsze też staram się, żeby każdy miał w filmie swoją "główną scenę" - "scenę matkę". W przypadku "Sekretu bogini Fortuny" dla Stefana Accorsiego to monolog na statku, kiedy pijany "spowiada się" ze swoich rozterek i uczuć. Dla Edoarda Leo kluczową sceną jest ta na schodach w szpitalu, kiedy puszczają mu emocje i mówi o tym, jak ważna jest dla niego Annamaria. Dla postaci Jasmine - scena końcowa, ale też moment, w którym pojawia się w mieszkaniu bohaterów i rozmawia z nimi o sytuacji z dziećmi.

"Sekret bogini Fortuny" niesie wiele energii w muzyce - to druga, bardzo ważna warstwa filmu. Jak wyglądała praca nad nią?

- Muzyka towarzyszy mi cały czas, nieustannie przeze mnie płynie. Nie wyobrażam sobie pisania scenariusza bez inspiracji, którą daje. To ona pozwala mi odnaleźć właściwy rytm scen i dialogów. W "Sekrecie bogini Fortuny" pojawia się "Luna diamante", nowa piosenka szalenie popularnej we Włoszech Miny, mojej serdecznej przyjaciółki. To był jej prezent dla mnie. Ale w tle słychać też brzmienia tureckie - np. wspaniałej Sezen Aksu - utwór "Aldatildik", który pojawia się w scenie spontanicznego tańca bohaterów w deszczu. Sięgnąłem też po przebój młodego Diodato - "Che vita meravigliosa", który w tym roku wygrał Festiwal Piosenki Włoskiej w San Remo. Ścieżka dźwiękowa do "Sekretu bogini Fortuny" jest naprawdę bardzo różnorodna.

Czy zrobił pan już tak, jak bohaterowie - zapisał w sercu obrazy tych, których pan kocha?

- Jest wiele ważnych osób, których obraz chcę zapisać w sercu. Często to robię. Niektóre z nich już odeszły, ale czuję, że nadal są ze mną, tuż obok. Pamiętam, jak w dniu rzymskiej premiery "Venetika" dowiedziałem się o śmierci mojego wieloletniego przyjaciela - to był cios. On jednak dalej jest ze mną. W sercu. Przyjaciele to mój największy skarb. To oni dają mi siłę. Nie ma na świecie większego bogactwa niż wspierająca się i kochająca grupa przyjaciół. Mógłbym na pewno wymienić wiele osób dla mnie ważnych, ale tą absolutnie najważniejszą jest mój partner Simone. Kiedy słyszę od kogoś, że Simone to mój mąż, odpowiadam, że to nie jest prawda. To żony mają mężów. Simone jest zaś moim partnerem. Partnerem w podróży, jaką niewątpliwie jest życie.

Tłumaczenie: Diana Dąbrowska

Ferzan Özpetek - reżyser i scenarzysta filmowy, który urodził się w 1959 roku w Stambule. W 1976 roku przeniósł się do Włoch, by studiować historię kina. Uczęszczał też na kursy reżyserii, aby następnie pracować jako asystent takich twórców, jak Lamberto Bava, Massimo Troisi czy Maurizio Ponzi. Samodzielnie zadebiutował w 1997 roku filmem "Hamam - łaźnia turecka", który przyniósł mu kilkanaście nagród na całym świecie. Zrealizowana dwa lata później "Noc w haremie" pokazywana była na festiwalu filmowym w Cannes. Wielkim sukcesem okazał się film z 2003 roku "Okna", zdobywając nie tylko - obok dwóch innych laurów - Kryształowy Glob w Karlowych Warach, ale również pięć nagród włoskiego przemysłu filmowego. Kolejne produkcje, takie jak "Saturno contro. Pod dobrą gwiazdą" czy "Mine vaganti. O miłości i makaronach" potwierdziły jego mocną pozycję na mapie europejskich autorów kina.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Ferzan Ozpetek | Sekret bogini Fortuny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL