Ewa Ziętek: Moje szczęście to bliscy

Ewa Ziętek, znana m.in. z "Wesela", "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" i seriali "Alternatywy 4" oraz "Złotopolscy", kończy 8 marca 65 lat. Aktorka ma to coś, dzięki czemu błyskawicznie zjednuje sobie sympatię widzów. Obecnie oglądamy ją w roli energicznej Walerii Koszyk, którą od 2012 roku gra w "Barwach szczęścia".

Już jako 10-latka wiedziałam, że chcę być aktorką - wspomina Ewa Ziętek

Ludzie rozpoznają w pani Walerię? Zaczepiają na ulicy?

Reklama

Ewa Ziętek: - Jedna pani zeszła dla mnie nawet z roweru! Ludzie pytają, co się ze mną dzieje. Tak było zwłaszcza wtedy, gdy na jakiś czas zniknęłam z serialu. Tak, mam dziś odrobinę popularności, bardzo ją sobie cenię. To moja praca, ale też rodzaj przyjemności. Chociaż... wcale nie wiem, czy warto było oddać kawał życia czemuś, co okazało się tak ulotne. Może nawet zwodnicze? Oczywiście, bywało też zachwycająco wspaniałe.

Kiedy najwspanialsze?

- Pewnie więcej takich chwil było w teatrze niż w telewizji czy filmie. Raz czy drugi jakąś premierę udało się dobrze zagrać. Ten błysk, który czasami się zdarza, dostałam od Boga. Ale wiem to dopiero od niedawna. I wiem też, że sukces więcej kosztuje niż klęska. Ciągłe napięcie, uzależnienie od adrenaliny robi swoje.

Pierwszy zachwyt ogarnął panią, gdy Andrzej Wajda poprosił o zagranie Panny Młodej w "Weselu"?

- To było tak strasznie dawno! Miałam zaledwie 18 lat. Zostałam ściągnięta z egzaminów wstępnych, zauważył mnie Aleksander Bardini, moje nazwisko podsunął Andrzejowi Wajdzie. I tak to się zaczęło.

Skąd pomysł, żeby zdawać do szkoły teatralnej?

- Już jako 10-latka wiedziałam, że chcę być aktorką. Nie mam pojęcia, skąd się we mnie wzięła taka determinacja. Myślę nieraz, że może ja po prostu chciałam być kochana? Niektórzy się śmiali, mówili, że aktorka tak nie wygląda. Ale to mnie tylko wzmacniało.

"Warto wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym" śpiewa Perfect. A pani po tylu latach pracy zastanawiała się, żeby odejść? Mieć święty spokój? Trochę czasu?

- Pewnie, że tak! Bo może już wystarczy? Czasem chciałabym się przecież z kimś spotkać, częściej odwiedzać córkę mieszkającą za granicą, wnuka. Może nie byłoby w moim życiu takiego obłędu jak teraz? A mam jeszcze mamę pod opieką. Dopiero teraz okazało się, jaka jest mi bliska. Oczywiście cieszę się, że jest mama i praca. Staram się wszystko ogarnąć, z łaską boską to mi się udaje. Niemniej, rzeczywiście, może warto byłoby tylko od czasu do czasu robić coś w tzw. zawodzie? Mówię "tak zwanym", bo często zastanawia mnie słowo "zawód". Czy to w ogóle jest zawód?

Pasja, radość, sposób na życie? Inni mówią na to kariera.

- Widziałam film dokumentalny - rozmowy z ludźmi, którzy wiedzieli, że zostało im niewiele czasu. Dziennikarka zapytała, które chwile były w ich życiu najpiękniejsze? I jakoś nikt nie wspomniał o sukcesach w pracy ani karierze. Najwspanialsze są zwykłe chwile, które tworzą bliskość z drugim człowiekiem. Pyta pani o zawód. Dla mnie był wszystkim! Chociaż dziś myślę, że była to przyjemność za zbyt wielką cenę.

Nie było rocznych urlopów macierzyńskich. Pani miała 25 lat. Na świecie już córka, a tu zdjęcia u Zanussiego, Barei, potem "Lalka".

- Początek lat 80. Inne czasy, pod wieloma względami trudne. Pamiętam, weszłam kiedyś do sklepu - na półkach musztarda i ocet. Za walutę - papierosy albo cukierki, których dostawało się 20 deko na miesiąc. Ale nie był to zły czas, bo była to nasza młodość i ludzie byli blisko siebie. Dzisiaj cieszę się, że jest, jak jest, że udaje się grać, czasami nawet dobrze, że mam paru przyjaciół. Czuję, że każdy dzień jest darowany. Kiedyś robiłam wszystko niemal wyłącznie z myślą o sobie, teraz staram się myśleć o innych.

W TVP często powtarzane są "Alternatywy 4". Jaki był Bareja?

- Zachwycający! Ja w ogóle miałam szczęście do ludzi. Ostatnio do Ilony Łepkowskiej, która w "Barwach szczęścia" tak dobrze wymyśliła Walerię. A zaczęło się od prof. Bardiniego, który jeszcze na studiach, na II czy III roku, zaprosił mnie do Teatru TV, do "Trzech sióstr". Potem spotkałam Sławka Piwowarskiego (tak o Radosławie, znanym reżyserze, mówią przyjaciele - przyp. red.). Zagrałam w jego debiucie. Robił film z dwoma kolegami, jego część uznano za najsłabszą (chodzi o "CDN", nowela "Piorun kulisty" w ogóle nie trafiła na ekrany - przyp. red.), ale w końcu to Sławek odniósł największe sukcesy. Wiele mu zawdzięczam, bo potem wciągnął mnie do "Złotopolskich". Nie warto się poddawać i ja przez wiele lat się nie poddawałam. Walczyłam. Nie wszystko się udawało, ale dziś widzę, jak niesamowita była ta moja determinacja.

Często wraca pani myślami do czasów dzieciństwa?

- Coraz częściej. Zwłaszcza do czasów liceum. Najchętniej wspominam jednak czasy wcześniejsze - wakacje u dziadków na wsi. Biegałam na bosaka, trzymając w ręku wielką pajdę chleba upieczonego w domu...

Chleba z cukrem?

- (śmiech) Ze śmietaną i z cukrem! Życie upływało mi w ciągłym zaciekawieniu i zachwycie. Była bieda, ale też radość. Ludzie się ze sobą kontaktowali. Każdy miał konia, kury, świnię. Wieś pachniała! A teraz wszyscy mają zadbane domy, ale nie żyją już tak blisko siebie jak kiedyś. W maju kobiety podchodziły do figurki Matki Bożej, ślicznej kapliczki i o 18:00, kiedy wybijała godzina nabożeństwa majowego, wszystkie się modliły. Ta kapliczka do dziś zresztą stoi. A ja w tej wsi wciąż mam przyjaciół - Władzię i Mietka. To u nich jest mój drugi dom.

Dziadkowie, rodzice chcieli, żeby została pani aktorką?

- Dziadek? Nie. I ja dopiero dziś rozumiem, dlaczego. Ale myślę, że wszyscy oni bardzo cieszyli się z moich sukcesów.

Brakowało pani kiedyś pieniędzy na życie?

- Oczywiście! Byłam aktorką warszawskiego Teatru Narodowego. Dostawałam pensję, będącą równowartością 20 dolarów, a powiedziano mi, że mam żyć prestiżem... Przez to tyle osób wyjeżdżało słać łóżka za granicę. Wybrałam trudny zawód, niewdzięczny...

Jednak miłości do niego coś pani zawdzięcza.

- Na pewno szacunek widzów. No i utrzymanie, co nie jest bez znaczenia.

A pewność siebie? Jako dziecko nie była pani nieśmiała?

- Całe życie jestem nieśmiała. Przecież jeśli nie będziemy nieśmiali, tylko zbyt pewni siebie, wygumkujemy sobie wrażliwość. Ale ja wiem, bywa, że robię zupełnie odmienne wrażenie. Ktoś widząc, jak sobie z życiem daję radę, powiedział nawet, że jestem jak czołg! Ale to nie do końca tak.

Często pani narzeka?

- No tak. Czasami jestem marudą. Mówią, że to objaw starości. Chociaż objawem starości jest raczej sytuacja, kiedy podjeżdża autobus, a ty myślisz sobie: "Eee, poczekam na następny".

I pani czeka na ten następny?

- (śmiech) Najczęściej jeżdżę samochodem. Aktorstwo to taki zawód, że ludzie się dziwią, jak widzą cię w autobusie. Ale ja to lubię, jestem wtedy bliżej prawdziwego życia. Bo na co dzień krążę tylko w trójkącie: teatr - plan serialu - dom.

Kto jest dziś najważniejszy w pani życiu?

- Mama, córka, wnuk. Jestem szczęśliwa, że ich mam.

Nie ma pani wyrzutów sumienia, że poświęciła córce za mało czasu?

- Mam! Ciągle gdzieś w garderobie musiała plątać się ze mną. Jest mądra, wrażliwa, utalentowana. Jestem z niej taka dumna! Ma też iskrę do aktorstwa, zagrała nawet w "U Pana Boga w ogródku" (film i serial) oraz "U Pana Boga za miedzą". Ale tak się poskładało, że mieszka teraz za granicą. Staram się do niej jeździć jak najczęściej. Wnuk? Cudowny, genialny! Ma 13 lat, gra w tenisa i ma swoje zdanie na każdy temat. Dzwonię do niego często. Czasem słyszę: "Babusiu Ewusiu, cieszę się, że do mnie dzwonisz, ale jestem bardzo zajęty".

Rozmawiała Bożena Chodyniecka.

Dowiedz się więcej na temat: Ewa Ziętek

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje