Cynthia Nixon: Pogarda dla fałszu

Cynthia Nixon najbardziej znana jest polskim widzom z roli jednej z bohaterek kultowego serialu "Seks w wielkim mieście". Tym razem aktorka wcieliła się w amerykańską poetkę Emily Dickinson w filmie Terence'a Daviesa "Cicha namiętność" (premiera 27 grudnia na Ale kino+).

Aktorstwo daje mi bezpieczną przestrzeń do eksplorowania innych światów i emocji - wyznaje Cynthia Nixon

Aktorka stawia odważną tezę na temat seksualności wybitnej poetki, która większość życia spędziła odcięta od świata w swoim rodzinnym domu w Amherst, w stanie Massachusetts. Zastanawia się też, czy z konserwatywną artystką zaprzyjaźniłaby się Miranda z "Seksu w wielkim mieście" oraz wspomina krzyk Milosa Formana na planie "Amadeusza" - filmu, w którym wystąpiła jako nastolatka.

Reklama

Emily Dickinson jest uznawana za jedną z najwybitniejszych poetek w historii, ale i najbardziej tajemniczych. Jak przygotowywałaś się do tej roli?

Cynthia Nixon: - To prawda, mieliśmy trudności nawet z tak prozaicznym aspektem postaci, jak odtworzenie wyglądu Dickinson, bo zachowało się niewiele fotografii. Jestem ogromną fanką jej twórczości, więc bardzo dobrze znałam wiersze. Największą skarbnicą wiedzy okazały się jednak listy Emily do przyjaciółki, żony jej brata [Susan Huntington Gilbert - przyp. red.], z którą łączyła ją bardzo skomplikowana i głęboka relacja. Z tej korespondencji wyłania się zupełnie nieznany obraz poetki - osoby bardzo namiętnej, spragnionej bliskości z drugim człowiekiem.

Trudno było odtworzyć na ekranie ducha XIX-wiecznej Ameryki?

- Zawsze największym wyzwaniem w kinie kostiumowym jest wierne uchwycenie epoki, o której opowiadamy. W XIX wieku ludzie zachowywali się zupełnie inaczej. Mówili wolniej, z dbałością o wymowę, poruszali się spokojniej, poświęcali więcej czasu rytuałom. Najtrudniej było w tym pełnym konwenansów świecie znaleźć miejsce na spontaniczność, tchnąć w tę rzeczywistość życie. A to było bardzo potrzebne, by stworzyć iluzję intymności, więzi z bohaterami.

Dickinson nigdy nie wyszła za mąż, a wokół jej życia prywatnego narosło wiele niedopowiedzeń. Film Terence'a Daviesa rozwiewa wątpliwości dotyczące jej związków z kobietami?

- Ogromna część tego filmu to opowieść o życiu miłosnym Dickinson. Kiedy mówię o niej, że była osobą pełną pasji, nie mam na myśli wyłącznie jej emocjonalnego aspektu, ale i czysto cielesny, seksualny. Badacze jej twórczości i życia wciąż toczą spory, czy jej zauroczenia były jedynie platoniczne, czy miały również wymiar fizyczny. Trudno mi uwierzyć, by kobieta tak pełna namiętności ograniczała się do płomiennych wyznań w listach i powłóczystych spojrzeń rzucanych w korytarzach.

- "Cicha namiętność" unika jednoznacznych odpowiedzi, ale według mnie Emily była biseksualna. Dla niej najistotniejsza była potrzeba bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem. Nie płeć była dla niej ważna, lecz pokrewieństwo emocjonalne i intelektualne. Wnioskując z jej korespondencji, była nieszczęśliwie zakochana w żonie swojego brata i czuła się przez nią zdradzona.

- Pod tym względem Emily Dickinson przypomina mi Eleanor Roosevelt, w którą miałam przyjemność wcielić się w telewizyjnym filmie "Warm Springs". Oczywiście, to dwie zupełnie różne osoby, skrajnie odmienne temperamenty. Eleanor, z racji pełnionej funkcji, była na co dzień otoczona ludźmi i między innymi dlatego jest dużo bardziej rozpoznawalna niż XIX-wieczna poetka z Massachusetts. Myślę jednak, że tym, co je łączyło, była ogromna samotność i potrzeba bliskości, której szukały zarówno w relacjach z kobietami, jak i mężczyznami.

W XIX-wiecznej purytańskiej Ameryce romans dwóch kobiet wywołałby skandal.

- Paradoksalnie właśnie wtedy biseksualne czy homoseksualne kobiety miały odrobinę więcej wolności niż kilkadziesiąt lat później. Żeńskie przyjaźnie także dziś bywają intensywne, ale musimy pamiętać, że w XIX wieku bliska kobieca więź była czymś naturalnym i nikt nie poddawał w wątpliwość jej platonicznego charakteru. Samo wyobrażenie związku homoseksualnego było tak... nierealne dla większości ludzi, że homoseksualistki nie musiały obawiać się, że zostaną zdemaskowane. Wielu osobom zwyczajnie nie przyszło do głowy, że "takie rzeczy" naprawdę istnieją [śmiech].

- W dzisiejszych czasach, mimo że tak dużo mówi się o prawach osób LGBTQ, mniejszości seksualne wciąż narażone są na ostracyzm. Mimo to kobietom wciąż jest pod tym względem dużo łatwiej niż mężczyznom.

Dlaczego?

- Istnieje wiele powodów. Wydaje mi się, że przede wszystkim dlatego, że - niestety - jako społeczeństwo dużo bardziej cenimy męskość niż kobiecość. Jeśli kobieta zakochuje się w innej, niejako z automatu przypisuje się jej pewne męskie cechy. Tymczasem mężczyznę, który decyduje związać się z innym mężczyzną, społeczeństwo uważa za zniewieściałego, niemęskiego.

Ostatnio dużo mówi się o nierówności płciowej, także w branży filmowej. Czujesz, że sytuacja kobiet się polepsza?

- Jestem bardzo zadowolona z mojej kariery na tym etapie życia, ale dość długo miałam problem, żeby otwarcie mówić o swoich potrzebach i wymaganiach. Obawiam się, że to pokłosie mojego wychowania, rodzice zawsze powtarzali mi, że od ego ważniejsze są dobre maniery.

- Ponieważ byłam dziecięcą aktorką, moją pierwszą nauczycielką była moja mama. Nigdy nie uczyłam się w szkole aktorskiej ani nie uczestniczyłam w żadnych kursach. Niedawno skończyłam 50 lat i odkryłam w sobie nową pasję. Zaczęłam reżyserować, w tym roku przygotowałam trzy spektakle teatralne. I dopiero wtedy dostrzegłam, że moja mama w istocie nie wychowywała aktorki, lecz reżyserkę. Sama była niespełnioną aktorką, ale również miała smykałkę do reżyserii. Nigdy jednak nie miała odwagi, by pójść w tym kierunku. W jej czasach to było nie do pomyślenia, że mogłaby wykorzystać swoje doświadczenie w męskim zawodzie reżysera.

"Cicha namiętność" opowiada o kobiecie, która nie otrzymała za życia uznania, na jakie zasługiwała. Dickinson napisała ponad tysiąc osiemset wierszy, z których zaledwie siedem zdołała opublikować.

- Przede wszystkim w XIX wieku dla kobiety, w dodatku z wyższej klasy średniej, idea "bycia pisarką" zakrawała na skandal obyczajowy. Zajmowanie się poezją, poświęcanie czasu na zgłębianie swoich emocji oraz myśli i, nie daj Boże!, dzielenie się nimi z innymi, było uznawane za coś wysoce niestosownego.

- Dzisiaj o tym nie pamiętamy, ale wielu pisarzy w tamtych czasach dzieliło się swoją twórczością wyłącznie w gronie zaufanych znajomych, bliskich. To im wystarczało. Myślę, że Dickinson czuła się rozdarta. Z jednej strony była przekonana, że jej poezja zasługuje na publikację, z drugiej wyrażała wewnętrzny sprzeciw wobec jakiejkolwiek formy "sprzedawania się". Musiała przy tym na każdym kroku udowadniać wydawcom, krytykom - a wydaje mi się, że nawet samej sobie - że kobieta może być poetką.

- Dickinson nie była zresztą jedyną kobietą walczącą o niezależność twórczą i prawo do zaistnienia w męskim świecie literatury. Sama była ogromną admiratorką twórczości sióstr Brontë, inspirowała ją poezją Elizabeth Barrett Browning, ale sama miała mnóstwo kompleksów i, w gruncie rzeczy, nie czuła się spełniona.

Biografia Emily Dickinson to nie twój pierwszy film kostiumowy. Trzydzieści dwa lata temu zagrałaś w głośnym "Amadeuszu" Miloša Formana. Miałaś wtedy tylko osiemnaście lat.

- Och, to wspaniała historia [śmiech]. W młodości ubóstwiałam Formana, wszyscy moi znajomi byli zakochani w "Hair" i "Rag Time". Kiedy dostałam rolę w "Amadeuszu", wciąż chodziłam do liceum.

- Bardzo cenię reżyserów, którzy poświęcają aktorom dużo czasu. Miloš właśnie taki jest. Bez przerwy miał do mnie jakieś uwagi, ciągle czegoś próbował, przy każdej kwestii zastanawiał się, czy nie da się zagrać tego inaczej, lepiej. Dawał mi niesłychaną ilość wskazówek. Potem dowiedziałam się, że jest coś nie tak z moją dykcją, nie podobał mu się sposób, w jaki nabieram powietrze przez nos [śmiech]. Wysłał mnie więc do Juilliard, żeby nauczyli mnie tam poprawnego oddychania.

Nie czułaś się onieśmielona jego podejściem do pracy?

- Nigdy nie odniosłam wrażenia, że jestem osądzana. Czułam się przy nim niezwykle komfortowo. To było absolutnie niesamowite doświadczenie, chyba jedno z najlepszych w mojej karierze. Miloš  pracował ze mną bardzo blisko nad każdym detalem. Pamiętam, że potrafił krzyczeć w najmilszy z możliwych sposobów [śmiech]. F. Murray Abraham, który wcielał się w Salierego, to aktor z imponującym dorobkiem teatralnym, prawdziwe sceniczne zwierzę. W "Amadeuszu" Forman szukał jednak innej ekspresji, bardziej stonowanej. Pamiętam jak w trakcie zdjęć Milos krzyczał zachrypniętym głosem zza kamery do Murraya: "Przestań grać!".

Wspomniałaś wcześniej o duchowym pokrewieństwie Dickinson z graną przez ciebie Eleanor Roosevelt. A czy ciebie coś łączy z bohaterką "Cichej pasji"?

- Bardzo mocno się z nią identyfikowałam jako młoda kobieta. Dziś z racji mojego zawodu jestem dużo bardziej pewna siebie, ale w dzieciństwie, podobnie jak Emily, byłam chorobliwie nieśmiała. Czułam się bardzo niekomfortowo w grupie, bo jestem jedynaczką. Wciąż nie jestem za dobra w pogaduszkach i nie widzę sensu w utrzymywaniu wyłącznie grzecznościowych relacji z innymi. W kontaktach z ludźmi jestem bardzo żywiołowa, mocno się angażuję. Szukam braterstwa dusz, pewnego wewnętrznego porozumienia.

- Podzielam pogardę Dickinson dla fałszu i pogoni za pieniądzem, ale głęboko wierzę, że przy odrobinie szczęścia i uporu można przekonać ludzi do rzeczy wartościowych. Wiem, że jestem interesującym człowiekiem i jeśli ktoś poświęci mi chwilę, dostrzeże to. Wydaje mi się też, że jestem dużo bardziej towarzyska niż Emily i nie mogłabym spędzać tyle czasu odcięta od świata. Nie mogłabym być poetką, bo nie wytrzymałabym samotności, z jaką wiąże się ta profesja.

Czy dlatego postanowiłaś zostać aktorką? By walczyć z nieśmiałością?

- Myślę, że do pewnego stopnia tak. Aktorstwo daje mi bezpieczną przestrzeń do eksplorowania innych światów i emocji, jakich nie doświadczam na co dzień. Istnieje wiele koncepcji tego zawodu, ale dla mnie aktor jest przede wszystkim kimś, kto ma zdolność i obowiązek komunikowania się, zarówno z publicznością, jak i swoimi współpracownikami. To jest dla mnie najważniejsze. I to odróżnia ten zawód od pisarstwa, które potrzebuje przestrzeni i samotności.

Emily Dickinson to kolejna, po Mirandzie Hobbes z serialu "Seks w wielkim mieście", wyrazista bohaterka w twojej filmografii. Obydwie można nazwać ikonami feminizmu, choć trudno o dwa bardziej skrajne charaktery. Widzisz między nimi jakieś podobieństwa?

- Zdecydowanie. Miranda jest dużo bardziej wybuchowa, gotowa bronić swoich racji do upadłego. Emily też walczyła, choć w zupełnie innym stylu. Obydwie są niesłychanie inteligentne, mają swoje zdanie i ogromne problemy z intymnością. Różnica, która rzuca mi się w oczy - dla Emily największą wartością są jej związki z rodziną, przyjaciółmi. Cała jej twórczość jest odzwierciedleniem jej nastawienia do życia, analizą skomplikowanej sieci zależności w jej świecie. Miranda jest z kolei dużo bardziej skupiona na sobie. To prawdziwa wojowniczka, która nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć wymarzony cel. Emily szuka intymności, podczas gdy Miranda chce przede wszystkim seksu, tak jak pragnie się zaspokojenia głodu.

- Myślę, że Emily podziwiałaby Mirandę. Jednocześnie zastanawiałaby się, z jakiej planety przybyła ta dziwna istota, która ma w sobie tyle zadziorności i tak mało szacunku dla konwenansów [śmiech].

A ty czujesz się wojowniczką?

- Odrobinę. Moja żona mówi o mnie, że jestem żołnierzem [śmiech].

Dowiedz się więcej na temat: Cynthia Nixon

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje