Reklama

Reklama

Chciałem pokazać, jak działa miłość

W swych filmach podejmuje bolesne tematy. Debiut - "Patrzę na ciebie, Marysiu" (1999) - opowiadał o traumie wchodzenia w dorosłość, kameralne "Przemiany" (2003) były rodzajem Bergmanowskiej psychodramy rodzinnej. W najnowszym filmie - "Nieruchomym poruszycielu" - jeszcze dosadniej, niż w dotychczasowych produkcjach eksploruje Barczyk mroczne rejony ludzkiej psychiki. O autorskim charakterze swojej twórczości, wyczuleniu na język, nie tylko treść filmu oraz specyficznym podejściu do "Lśnienia" Stanleya Kubricka - reżyser opowiedział w rozmowie z Tomaszem Bielenia.

Zanim ostatecznie nakręciłeś "Nieruchomego poruszyciela" wyrzuciłeś do kosza trzy scenariusze pod tym samym tytułem.

Łukasz Barczyk: To były zupełnie inne historie, z innymi bohaterami - wspólny był tylko temat.

Jak wyglądała ta ewolucja?

Łukasz Barczyk: Nie chcę dziś pamiętać tamtych tekstów. Sens tej pracy polegał na tym, że chciałem jak najprecyzyjniej dotrzeć do czegoś, co będzie wyraziste i intensywne, co da mi szansę opowiedzieć o głównym temacie tego filmu. Do momentu, w którym nie trafiłem na materiał, który - wydawało mi się - poniesie ten temat, po prostu nie czułem się usatysfakcjonowany i nikomu tego nie pokazywałem. Napisałem blisko tysiąc stron maszynopisu i za każdym razem te teksty lądowały w śmietniku. Ten proces trwał niemal trzy lata.

Reklama

Co to za temat?

Łukasz Barczyk: Chciałem opowiedzieć o sile, która jest poza moralnością i etyką, a która powoduje, że rzeczy się dzieją, że człowiek trzyma się w kupie, mimo że jest zbudowany z tylu komórek. Według tego, w co wierzę, tym czymś jest miłość. To jest jakaś esencja świata - nie jest ani dobra, ani zła.

Równocześnie chciałem opowiedzieć o tym, że to co my rozumiemy jako miłość - zakochanie, namiętność, pragnienie - jest w swojej istocie iluzją. Jest siłą destrukcyjną. Chciałem pokazać jak działa miłość. To jest "nieruchomy poruszyciel" - wszyscy pragniemy szczęścia, dla większości z nas jest nią spełniona miłość, wszyscy do niej dążymy. Zgodnie z teorią Arystotelesa "nieruchomy poruszyciel" to jest ten, który spoczywa w spokoju, ale jest podstawowym celem i przyczyną każdego ruchu. Kiedy przełożymy to na ludzką dynamikę, to tą siłą jest miłość.

Nie bez powodu Arystoteles był traktowany jako pierwszy, który stworzył ideę monoteistycznego Boga, rozumianego właśnie jako miłość. Opowiedziałem więc, co o miłości myślę.

Jeśli chciałbym doszukiwać się w "Nieruchomym poruszycielu" jakiś filozoficznych podstaw, to szukałbym ich raczej u Zygmunta Freuda...

Łukasz Barczyk: Ten film odzwierciedla to, co się we mnie dzieje i w tym sensie jest psychoanalityczny. Ale nie jest to film wyspekulowany - nie opiera się na badaniach, ale na mojej intuicji. Na otwarciu wyobraźni. To co łączy wszystkie filmy, które do tej pory zrobiłem, to to, że one są ciągłą opowieścią o stawaniu się ludzi w różnych etapach życia. W efekcie są opowieścią o mnie, o takim procesie indywiduacji. Poprzez przybieranie kolejnych form, zrzucanie kolejnych masek... Dochodzenie do mówienia własnym głosem. Zarówno przez bohaterów, jak przeze mnie.

Żyjemy w takim świecie, w którym coś, co rozumiemy jako indywidualizm jest niezwykle spauperyzowane. Dochodzenie do siebie jest bolesnym procesem, którego można w ogóle nie podejmować. A ja chcę o tym opowiadać, bo w moim mniemaniu jest to najistotniejsze. Żeby ludzie byli sobą, żeby się pogodzili z tym kim są - i z tym co w nich ciemne, mroczne i z tym co jasne, pogodne. Żeby każdy był się w stanie zintegrować. Zapalić reflektorem w mrok, zobaczyć co tam tak naprawdę drzemie, co spychamy, czego nie chcemy widzieć. "Nieruchomy poruszyciel" jest dla mnie właśnie takim świeceniem reflektorem w mrok.

Czy tak długie oczekiwanie na Twój kolejny film - "Przemiany" powstały w 2003 roku - miało związek jedynie z czynnikami artystycznymi, czy chodziło też o pieniądze?

Łukasz Barczyk: Robię specyficzne filmy, nie jest mi łatwo gromadzić na nie pieniądze. Próbowałem "postawić" parę projektów, ale różnie z tym było. Miałem taki moment - po "Przemianach" zrobiłem trzy Teatry Telewizji - że musiałem się zatrzymać i zastanowić, co dalej robić. Przez niespełna rok nic nie robiłem, ale cały czas gdzieś w głębi pracowałem nad tą historią. Wtedy poczułem, że potrzebuję dotknąć "realu": takiego życia, jakie prowadzi większość ludzi, a którego ja - z tytułu zawodu, który wykonuję - nie prowadzę. Poszedłem do pracy jako urzędnik, robiłem program w TVP Kultura z Jerzym Kapuścińskim i Jackiem Wekslerem. Obserwowałem, co jest chlebem powszednim intelektualistów w naszym kraju.

Żyłem w ten sposób rok, i miałem poczucie, że to jest niezbędne doświadczenie i obu tym Panom, którzy wciągnęli mnie do procesu tworzenia kanału telewizyjnego, jestem za to niezmiernie wdzięczny.  To była nauka organizacji, odpowiedzialności za ludzi, codziennego intelektualnego wysiłku w określonych godzinach. Robiąc telewizję, jednocześnie pracowałem nad tym, żeby uzyskać spokój i siłę, która pozwoli mi zrobić to, co chcę zrobić, w sposób, w jaki chcę to zrobić. Całkowicie na moich warunkach.

I tak się stało. Ten film jest takim moim "ja magu gawarit"... Właściwie kiedy go zaczynaliśmy, to nie mieliśmy nic. Wszystko zrobiliśmy od zera, własnymi rękami, małą grupą ludzi, z poczuciem, że wszystko się może zdarzyć i że jesteśmy w stanie przenieść każdą górę. To nie było idealistyczne, tylko bardzo racjonalne podejście, wynikające z bardzo długiego przygotowania i przemyślenia sprawy.

Zdawałem sobie sprawę, że z takim scenariuszem nie znajdę poparcia finansowego, więc praktycznie nigdzie z nim nie chodziłem. W ogóle nie poszedłem do Telewizji Polskiej a do PISF-u złożyłem scenariusz, kiedy film był już w fazie montażu.  Krótko mówiąc - wybrałem sobie drogę absolutnej wolności twórczej. Dzięki temu mogłem sam zrobić scenografię, sam zająć się montażem - zajęło mi to 7 miesięcy - no i wreszcie sam ten film wyprodukować.

"Nieruchomy poruszyciel" w wersji, która trafia do kin, to trzecia wersja montażowa. Czym różni się od dwóch poprzednich?

Łukasz Barczyk: Wszystkim. W każdej z nich było 15-20 scen, których nie było w kolejnych. Przekaz był ten sam, ale opowiedziany był w różny sposób. Właściwie ten film sam szukał odpowiedniego kształtu. Montowałem go przez 7 miesięcy z udziałem operatora i koproducenta filmu - Kariny Kleszczewskiej, która była głównym współpracownikiem przy montażu. Ale pokazywałem go też ludziom, słuchałem tego co mówią, co do nich z tego filmu dociera. Robiłem sobie przerwy, patrzyłem na film ponownie, a on sam wybierał, sam prosił. Szukał właściwej formy, która będzie najintensywniejsza, najbardziej zborna, najsilniejsza. Tamtych wersji już nie ma.

Czym był w takim razie scenariusz?

Łukasz Barczyk: Scenariusz był pewnym projektem. Był bardzo precyzyjny, ale była w nim masa scen i wątków, których nie ma w filmie. Część scen powstała po prostu bezpośrednio na planie. Szedłem za czymś w trakcie pracy, to intuicja kierowała mnie w jakąś stronę. Najczęściej było tak, że rezygnowałem z wcześniej napisanych scen, kiedy zdawałem sobie sprawę, że - ze względu na to, co nakręciliśmy do tej pory - one już nie będą działały. Ale wiedziałem, że zagra coś innego, co czekało napisane i przygotowane na taką okazję. Scenariusz był taką otwartą strukturą - oczywiście miał początek, koniec, bohaterów, konkretne sceny i konkretne dialogi, ale od początku zakładałem, że praca nad tym filmem powinna charakteryzować się pełną otwartością. Dlatego starałem się, żeby mieć 39 dni zdjęciowych, w studiu, komfort pracy z minimalną ekipą, potrzebne skupienie.

Jak na tą otwartość zareagowali aktorzy, którzy - nie oszukujmy się - wchodzili w ten film też trochę "reflektorem w mrok" i to z jeszcze słabszym światełkiem?

Łukasz Barczyk: Najważniejsze jest to, że my się na planie bawiliśmy. To była dla nas zabawa. Umówiliśmy się od początku na taki rodzaj pracy - aktorzy mi zaufali i po prostu jechaliśmy razem.

Co masz na myśli mówiąc, że bawiliście się?

Łukasz Barczyk: To wszystko, co oglądamy na ekranie, było oczywiście dla nas trudne i bolesne, ale byliśmy opancerzeni. Byliśmy świadomi, że kręcimy bajkę. Dzięki temu mogliśmy się tym bawić, cieszyć się np. okrucieństwem. Zrozumieć, że mamy szansę na jakąś bezpieczną terapię, odsłonięcie przed samymi sobą i przed innymi takich stron, które normalnie nie zostały by odsłonięte. Warunki były jednak na tyle komfortowe, że mogliśmy sobie na to wszystko pozwolić.

Przerysowana stylistyka tego filmu, to - rozumiem - w pewnym sensie bufor bezpieczeństwa, o którym mówisz?

Łukasz Barczyk: Ten film jest opowiedziany w określonej konwencji. Taka straszna bajka. I muzyka, i plastyka, i scenografia - to wszystko było na zasadzie dodawania kolejnych pięter, eskalacji pewnego świata, intensyfikowania go. To było zupełnie świadome. Jak mówię, że się bawiliśmy, to się bawiliśmy.

Oczywiście ten świat jest straszny, przy okazji opowiadaliśmy też o sobie. Ale robiliśmy to, żeby to pokochać. Oswoić to ciemne, zintegrować się. Jak się ogląda film "Lśnienie" bez dźwięku - to jest to komedia.

W internecie krąży fałszywy trailer do "Lśnienia", który prezentuje ten film jako komedię romantyczną.

Łukasz Barczyk: Z mojego punktu widzenia ten film to właśnie komedia romantyczna.

Chciałem wrócić do środków stylistycznych, podkreślających gatunkową przynależność "Nieruchomego poruszyciela"- mocno kontrastowa kolorystyka, gra aktorka na granicy autoparodii, wreszcie - zastosowanie tylnej projekcji. Dla mnie są to elementy, które budują dystans między widzem a opowiadaną historią. Powiedziałeś, że chciałeś, żeby widz był w środku wydarzeń...

Łukasz Barczyk: Na każdego film działa inaczej. Każdy z nas ma inny stopień i sposób rozumienia kina. Jedni są w stanie zobaczyć film jako strukturę, a inni przeżywają go czysto emocjonalnie. Ten film ma rozmawiać z widzem na każdym poziomie. Zdaję sobie sprawę, że będą ludzie, których film mocno złapie i dostarczy im silnych emocjonalnych wstrząsów, będą tacy, których film odrzuci. Ale będą też  i tacy, którzy zobaczą wyraźną konwencję, zauważą odklejającą się tylną projekcję, będą w stanie zobaczyć to "na chłodno", jako precyzyjnie skonstruowany utwór.

Chodziło mi o to, żeby język był też tematem tego filmu.

Cytaty filmowe?

Łukasz Barczyk: No właśnie. Ten film jest również opowiedziany metajęzykiem. Dla kogoś, kto nie odczyta intertekstualnej struktury filmu, pozostaje sama historia. A jeżeli ktoś ma ochotę go rozszyfrować...

Ja to uwielbiam. Oglądam filmy po kilka razy i odnajduję rzeczy, których przedtem nie dostrzegałem. Nagle zrozumiałem, że cała "Zagubiona autostrada" jest oparta na elementach z kilku filmów Billy'ego Wildera i Alfreda Hitchcocka. - oczywiście wyrasta na nich, jak kwiat na gruzach miasta.. Tak samo "Blue Velvet"... To jest dla mnie naturalne, nie obrażam się na to. Zdumiewa mnie tylko, że w Polsce wszyscy oczekują, że film będzie jakimś zupełnym objawieniem. Że po stu latach kina ktoś wymyśli kino od nowa. A przecież świat składa się z filmów. Idąc na film odczuwamy go tak samo intensywnie jak, powiedzmy, randkę z dziewczyną. To jest część naszego życia i świadomości. Świat już dawno się na to zgodził.

Jeśli ktoś ogląda filmy braci Coen dla historii, to jest, krótko mówiąc, zacofany. Nagle uświadomiłem sobie, że ja też mogę sobie na to pozwolić. Ważne, żeby mimo wszystko stworzyć coś, co jest intensywne i wewnętrznie spójne. Coś co jest osobnym światem - właśnie takim kwiatem, który również wyrósł na gruzach innych filmów... Jednak jest piękny i niepodobny do żadnego innego kwiatu. To jest mój film.

Od kiedy wiedziałeś, że nie zgłosisz swojego nowego filmu na festiwal w Gdyni?

Łukasz Barczyk: Od czterech lat.

Od momentu, kiedy byłeś tam ostatni raz - jako juror w konkursie kina niezależnego.

Łukasz Barczyk: Byłem w Gdyni trzy razy, obserwowałem Gdynię i doszedłem do wniosku, że to jest miejsce, w którym filmy liczą się najmniej, a najważniejsze jest środowiskowe party. Mnie to nie interesuje. Mnie interesuje kino. Kocham kino. Dlatego mam wewnętrzny sprzeciw, kiedy ktoś próbuje je sobie zawłaszczyć.

Postanowiłem, że nie będę w tym uczestniczył, że powiem o tym głośno. Jedyny sposób, żeby ta wypowiedź miała jakiś sens, odbiła się jakimś echem, to jest po prostu odmowa udziału w tym festiwalu i powiedzenie głośno dlaczego.

Jedna aktorka miałaby szanse na nagrodę na tym festiwalu.

Łukasz Barczyk: Od początku wszyscy z ekipy wiedzieli, że tego filmu w Gdyni nie będzie. Mieli tego świadomość. Różne były na ten temat poglądy, ale generalnie myślę, że rozumieliśmy po co robimy ten film. Poza tym uważam, że nie tylko jedna aktorka miałaby tam szansę na nagrodę.

Jakie są Twoje doświadczenia producenckie po pracy nad "Nieruchomym poruszycielem"? To musi być dodatkowe obciążenie.

Łukasz Barczyk: To było bardzo ciężkie, bardzo pouczające, cudowne przeżycie. Wymyśliłem ten film logistycznie w taki sposób, żeby był możliwy do zrealizowania. Wsparli mnie przy jego realizacji wspaniali ludzie: ekipa filmu była niewielka, ale bardzo oddana. Podczas zdjęć wszyscy pracowali dla idei, na udział. To przełożyło się na jakąś wspólnotę, tworzyliśmy ten film wspólnie. A na planie byłem przede wszystkim reżyserem.

Nie mogę nie zapytać Cię o "kampanię promocyjną" "Nieruchomego poruszyciela". Do pierwszego pokazu filmu - w sierpniu, na festiwalu Dwa Brzegi - nie było o nim praktycznie nic wiadomo. Żadnych fotosów, opisu filmu - czemu miała służyć ta strategia?

Łukasz Barczyk: Ponieważ ten film można bardzo łatwo sprowadzić do jego społeczno-obyczajowej treści, a miał być z założenia utworem filmowym, to zależało mi na tym, żeby "uderzył" jako skończone dzieło. Żeby rozmowy o nim dotyczyły całości struktury - w kontekście treści, ale i formy. Żeby nie tworzyć wokół niego atmosfery związanej z bolesnym obyczajowo tematem. Moim podstawowym bólem, towarzyszącym przyglądaniu się dyskusjom o polskich filmach jest to, że one są często ograniczone do treści - zatrzymują się na poziomie scenariusza. A mnie to kompletnie nie interesuje. Treść filmu jest dla mnie tak samo ważna jak forma, ale ani przez moment nie ważniejsza.

Znam masę filmów, które są kompletnie o niczym, ale uwielbiam je - uważam, że są niezwykłe. I odwrotnie - znam szereg filmów, które traktują o poważnych tematach, niosą humanistyczne przesłanie - a mnie kompletnie nie interesują. Film to nie jest publicystyka. Film to sztuka.

Ale wyszedłeś od historii, która...

Łukasz Barczyk: Wyszedłem od tematu, tylko zaczepiłem go w zdarzeniach, które uznałem za nośne, ponieważ wydarzyły się w Polsce, wydarzyły się tu i teraz, i w moim poczuciu odzwierciedlają zbiorową podświadomość Polaków. Postanowiłem to naświetlić, ponieważ jestem polskim reżyserem, opowiadam o Polsce. Nawet jeśli odnoszę się do filmów światowych, to jednak mówię w pierwszej kolejności do Polaków. Ten film jest po polsku i mówię do nas. O nas. My się różnimy od reszty świata. Chciałem wyraźnie zaakcentować, że ten film jest "zaczepiony" w Polsce.

Z drugiej strony akcja "Nieruchomego poruszyciela" rozgrywa się trochę "nigdzie, czyli w Polsce". Gdyby nie Wałbrzych z końcówki filmu, to nie mamy żadnej informacji dotyczącej tego, gdzie dzieją się ekranowe wydarzenia.

Łukasz Barczyk: To prawda. Ale weźmy "Słodkie życie" Feliniego. Gdyby nie ten realny punkt zaczepienia w postaci Fontanny Di Trevi- to przecież to też nie są Włochy. Przecież większość dekoracji jest tam zbudowanych w studio a film jest zrobiony na tylnych projekcjach. No i co? Tak Włochy widział Fellini, a ja tak widzę Polskę.

Próbując nazwać specyfikę świata przedstawionego "Nieruchomego poruszyciela" używasz terminu "subrealizm". Chodzi o pewną subiektywną rzeczywistość, której nie było ani w "Patrzę na ciebie, Marysiu", ani w późniejszych "Przemianach", ale którą zaobserwować mogliśmy w telewizyjnym "Na południe od granicy" na podstawie prozy Murakamiego.

Łukasz Barczyk: "Przemiany" były prostym filmem, który opowiadał o pewnej sprawie. Był on dla mnie istotny z psychologicznego punktu widzenia. Uważałem, że muszę przede wszystkim o czymś istotnym opowiedzieć - forma w "Przemianach" została więc zredukowana do minimum. To bardzo oszczędny formalnie film.

Wszytko się jednak zmienia, ja też się rozwijam. Każdy mój film jest inny, za każdym razem staram się znaleźć dla utworu adekwatną do jego treści formę. Jeśli chodzi o Murakamiego, to on był dla mnie krokiem w stronę wyzwolenia języka filmowego, w kierunku opowiadania obrazem. 

Czy to, że objąłeś w tym filmie także obowiązki montażysty i scenografa, wynikało z chęci całkowitego panowania nad całością materiału?

Łukasz Barczyk: Z jednej strony tak. Z drugiej strony od początku wiedziałem, że ten film będzie bardzo długo montowany i że to będzie ciężki proces. Nie mając pieniędzy, nie byłbym w stanie skłonić mojej ukochanej montażystki do tego, żeby poświęciła na to aż siedem miesięcy życia. Postanowiłem więc, że zmontuję go sam. To było wyczerpujące zarówno psychicznie, jak i fizycznie, ... Jeśli zaś chodzi o scenografię.... to było jak z produkcją. Spróbujmy nakłonić producenta, żeby wyprodukował trudny film, nie mając na niego hajsu. Uda się?

Czekałem na piosenkę na koniec. Twoje dotychczasowe filmy zawsze kończył utwór muzyczny, będący w pewien sposób sublimacją filmowej psychodramy.

Łukasz Barczyk: Myślałem o tym, ale w końcu zrezygnowałem. Postanowiłem tego filmu nie łagodzić. Chciałem doprowadzić go najwyżej, jak to tylko możliwe. Film sam tak zdecydował. Nie użyłem swego gustu, bo poczułem, że film żąda ode mnie czegoś innego. W pewnym sensie ten film się sam zmontował.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Barczyk | Nieruchomy poruszyciel

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy