Reklama

Reklama

Benedict Andrews o Jean Seberg i Kristen Stewart: W słusznej sprawie

30 sierpnia minęło 40 lat od śmierci Jean Seberg, amerykańskiej aktorki, ikony francuskiej Nowej Fali, która zapisała się w świadomości widzów jako Patricia Franchini z "Do utraty tchu" Jeana-Luca Godarda. Tego dnia podczas 76. Międzynarodowego Festiwalu w Wenecji odbyła się premiera filmu "Seberg" Benedicta Andrewsa. W postać tytułowej bohaterki wcieliła się amerykańska gwiazda Kristen Stewart.

30 sierpnia minęło 40 lat od śmierci Jean Seberg, amerykańskiej aktorki, ikony francuskiej Nowej Fali, która zapisała się w świadomości widzów jako Patricia Franchini z "Do utraty tchu" Jeana-Luca Godarda. Tego dnia podczas 76. Międzynarodowego Festiwalu w Wenecji odbyła się premiera filmu "Seberg" Benedicta Andrewsa. W postać tytułowej bohaterki wcieliła się amerykańska gwiazda Kristen Stewart.
Benedict Andrews, reżyser filmu "Seberg", na festiwalu w Wenecji 2019 /materiały prasowe

Benedict Andrews to reżyser teatralny i filmowy. Urodził się w 1972 roku w Adelaide w Australii, gdzie ukończył Flinders University Drama Centre. Jest autorem wielu uznanych scenicznych adaptacji klasyków (Szekspira, Czechowa, Geneta), a także twórców współczesnych, m.in. Sarah Kane, Martina Crimpa czy Mario von Mayerburga. Z sukcesami tworzył też spektakle operowe. Na co dzień mieszka w Reykjaviku.

W 2016 roku zadebiutował filmem "Una". Jego kolejny film "Seberg" był pokazywany m.in. na 76. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji. Polska premiera filmu odbędzie się w ramach 10. American Film Festival we Wrocławiu. Festiwal potrwa od 5 do 11 listopada.

Reklama

Z Benedictem Andrewsem rozmawia Mateusz Demski.

Mateusz Demski: W 2016 roku nakręciłeś swój pierwszy film, już jako uznany reżyser teatralny. Nie chciałbym wypominać wieku, ale musisz przyznać, że był to względnie późny debiut.

Benedict Andrews: - Tak, bo zawsze na pierwszy plan wysuwała się fascynacja teatrem. Szczerze powiedziawszy, marzyłem o debiucie na dużym ekranie, ale zarazem czułem się przywiązany do moich projektów scenicznych. Kiedy zacząłem rozmyślać nad pierwszym filmem, to trafiłem akurat na czas twórczego wzmożenia wokół teatru. I całkowicie się w nim zatraciłem. Otrzymywałem propozycje pracy na deskach londyńskiego oraz berlińskiego teatru, do tego wszystkiego dochodziły liczne inscenizacje operowe. U mnie każdy taki projekt wiązał się z wielkim wyzwaniem, a zarazem obietnicą niesamowitej przygody, ale gdzieś z tyłu głowy cały czas tkwiło pytanie: "Kiedy w końcu zabierzesz się za ten film?". Byłem już po czterdziestce, doszedłem do wniosku, że czas najwyższy wyściubić nos z teatralnej szufladki i zasmakować kina.

I tak powstał film "Una" na podstawie sztuki Davida Harrowera, którą wcześniej wystawiałeś w berlińskim teatrze Schaubühne. Wydaje się, że twój najnowszy film to definitywne odejście od koncepcji teatru. Skąd wziął się ten pomysł?

- Tak się akurat szczęśliwie złożyło, że po premierze mojego debiutanckiego filmu pojawiło się kilku producentów zainteresowanych współpracą. Spotkaliśmy się w Los Angeles, okazało się, że każdy z nich ma w zanadrzu teczkę pełną scenariuszy, które tylko czekają na realizację. Wróciłem do domu, a na skrzynce czekał na mnie tuzin różnych tekstów do przeczytania. Godzinami, dniami i nocami przekopywałem się przez poszczególne historie, aż w końcu trafiłem na "Seberg". Zacząłem podskórnie odczuwać, że będzie to kolejny film, który zrobię.


Zrozumiałeś wtedy, że Jean Seberg to postać godna uwagi?

- Lata 60. i 70. miałem zawsze z tyłu głowy, ale od momentu, kiedy przeczytałem ten tekst, Jean stała się moją obsesją. Oprócz pracy nad gotowym scenariuszem podjąłem się poszukiwań na własną rękę - chciałem zanurzyć się w jej biografii, postanowiłem odświeżyć filmy, w których grała. Wtedy też zacząłem się zastanawiać, jak pokazać tak złożoną i dynamiczną postać. Tak naprawdę każdy etap wyciągnięty z tego krótkiego życia jest materiałem na zupełnie inny film. Mogliśmy zacząć od samego początku i stworzyć młodzieżowe kino inicjacyjne na temat przekroczenia jakiegoś progu i wejścia w inny świat. O dziewczynie, która z niewielkiej mieściny w stanie Iowa trafia do wielkiego hollywoodzkiego świata. Albo przeskoczyć o kilka lat do przodu i stworzyć typową biografię gwiazdy filmowej. Pokazać, skąd Jean wzięła się na planie "Do utraty tchu" Jeana-Luca Godarda i dlaczego nagle stała się ikoną Francuskiej Nowej Fali. Ten życiorys daje niemal nieograniczone możliwości dla filmowców. My pokazujemy jedynie drobny wycinek.

Czyli?

- Rozpoczynamy osiem lat przed śmiercią Jean. To właśnie wtedy zaangażowała się ona w walkę z nierównościami rasowymi w Stanach Zjednoczonych i opowiedziała się po stronie Partii Czarnych Panter. Dlatego celowo postanowiliśmy zrezygnować z prezentacji półboskiego statusu aktorskiej gwiazdy na rzecz portretu dziewczyny, która poświęca się słusznej sprawie.

No właśnie, mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że Jean Seberg była tak zwaną artystką zaangażowaną.

- Przede wszystkim zajmowała jasno określone stanowisko. Nie potrafiła trzymać się na bezpieczną odległość i z założonymi rękami przyglądać się krzywdzie innych. Ale jednocześnie mam wrażenie, że wcale nie zależało jej na demonstrowaniu politycznego stanowiska czy wzywaniu do obalenia rządu. Nie krzyczała do megafonu, nie wybiegała na mównice. Wspierała różne organizacje praw obywatelskich, jak choćby Krajowe Stowarzyszenie na Rzecz Popierania Ludności Kolorowej (NAACP), angażowała się w działania Czarnych Panter, a przy tym finansowała szkoły dla Indian. Ale robiła to tylko dlatego, ponieważ czuła, że postępuje słusznie. Że w ten sposób można zmienić świat, w którym ocenia się ludzi po kolorze skórzy, kraju pochodzenia lub zamożności. Jean do końca życia wierzyła, że taką postawą uda się cokolwiek zmienić.

W "Seberg" skupiasz się na ponurych tego konsekwencjach. Z twojego filmu wynika, że za swoje zaangażowanie trafiła na czarną listę Hollywood. Że była podsłuchiwana, śledzona, a do jej domu regularnie włamywali się agenci FBI.

- Tak właśnie było. Rząd uznał Jean za niewygodnego przeciwnika politycznego i wymierzył w nią wszystkie działa, którymi dysponował. W ten sposób zniszczono reputację oraz obniżono wiarygodność osoby, która walczyła o odrobinę sprawiedliwości dla innych. Szalenie ważna była dla mnie próba odpowiedzi na pytanie, co musiała przeżyć kobieta wystawiona na tak wielkie okrucieństwo.

Rodzi się pytanie: czy metody stosowane przez agentów FBI, na które wielokrotnie powołujesz się w filmie, znajdują pokrycie z obrazem rzeczywistości?

- Ten wątek jest oczywiście pełen spekulacji, ale musimy pogodzić się z tym, że Federalne Biuro Śledcze funkcjonuje jak nieuchwytna smuga cienia. Nikt z nas nie jest w stanie dotrzeć do wszystkich informacji na temat prowadzonych przez nie operacji. Tym samym agenci FBI, których oglądamy w filmie są postaciami inspirowanymi i wywodzą się z akt, które po latach zostały odtajnione i przekazane do publicznego wglądu. O agresywnych metodach wykorzystywanych przeciwko ówczesnym aktywistom, które odtworzyliśmy w filmie, można dzisiaj przeczytać w ogólnodostępnych raportach. Wiemy na pewno, że telefony osób podejrzanych o działania opozycyjne były stale na podsłuchu. Że dochodziło do włamań, a nawet przypadków nękania, zastraszenia i szantażu.

To brzmi niestety znajomo. Zaryzykuję stwierdzenie, że bardzo współcześnie.

- Cóż, wystarczy rozejrzeć się dookoła i zatrzymać wzrok na twoim dyktafonie. Lata 60. były światem analogowego otoczenia, dziś technologia okazuje się przyspieszać w szalonym tempie. Każdy z nas jest uzbrojony nie tylko w cyfrowe urządzenie rejestrujące, co w wyrafinowane narzędzie do analizowania danych. Wyłania się tu jeszcze inne podobieństwo, które wiąże się z tym, że Jean stała się ofiarą fałszywych informacji na swój własny temat. Mówi się, że FBI we współpracy z prasą rozpuściły plotkę, że ojcem jej nienarodzonego dziecka jest Hakim Jamal, aktywista Czarnych Panter, co doprowadziło ją do kolejnego załamania, przedwczesnego porodu i śmierci jej córki. Dziś, biorąc pod uwagę, że informacje poddaje się coraz większej atomizacji i zniekształceniu, ten mechanizm wydaje się jeszcze bardziej niepokojący. Fake news stał się formą strategii politycznej. To rodzaj potężnej broni, która ma siłę narzędzia ideologii.

Wróćmy do twojej bohaterki. Jak myślisz, co się stało z Seberg pod koniec jej życia?

- Nie ma tu jednoznacznych odpowiedzi. Wyszła z domu 28 sierpnia 1979 roku, a dziesięć dni później policja znalazła jej ciało na tylnym siedzeniu samochodu. Jest wiele teorii na temat, jak mogło do tego dojść. Pierwsze raporty policji wskazywały na samobójstwo, ale pojawiły się podejrzenia o morderstwo, które miało być formą odwetu za jej zaangażowanie w sprawę Czarnych Panter. W filmie zrezygnowaliśmy ze spekulacji, ale pokazaliśmy próbę samobójczą, by podkreślić, że życie Jean było pasmem wymierzonych w nią gróźb, które doprowadziły ją na skraj psychicznej wytrzymałości.

A dlatego obsadziłeś w głównej roli Kristen Stewart?

- Podstawowa sprawa: Kristen wygląda dokładnie jak ikona kina wyciągnięta prosto z lat 60. To oczywiście nie było podstawowe kryterium, równie dobrze mogliśmy postawić na pierwszą lepszą modelkę, która pozwoliłaby ściąć włosy na krótko i zarzuciła na siebie ubrania z epoki. Chodziło o zupełnie inny rodzaj podobieństwa do bohaterki. Pamiętam, kiedy pierwszy raz spotkałem się z Kristen, by omówić szczegóły tego projektu i powiedziała, że bardzo dobrze rozumie Jean. Że poczuła z nią pewną więź i chciałaby zanurzyć się w tym życiorysie. Wtedy też mnie olśniło, zacząłem dostrzegać analogie między tymi dwiema dziewczynami. Wygląda na to, że obie zaczynały w bardzo młodym wieku, jako nastolatki zaznaczyły się na gruncie kina hollywoodzkiego, po czym wyjechały do Francji, gdzie osiągnęły kolosalny sukces. Chciałem więc, by Kristen wystąpiła w podwójnej roli. Z jednej strony wcieliła się w Jean, ale z drugiej strony opowiedziała widzom coś o sobie.

Takie podwójne wcielenie pozostaje domeną sztuki filmowej. Odnoszę wrażenie, że wyjście z teatru i zasmakowanie kina, otworzyło przed tobą nowe twórcze możliwości.

- Zawsze wiedziałem, że pewnych rzeczy nie da się pokazać w teatrze. Trudno jest w obrębie jednego pomieszczenia pokusić się na przykład o zwerbalizowanie pojęcia czasu lub pamięci. Natomiast kino jest doświadczeniem fantazmatycznym, które pozwala znieść liczne ograniczenia poznawcze. W filmie łatwiej o manipulacje - montaż może zmieniać wymowę dosłownie każdej sceny. Twórca jest w stanie zakłócać teraźniejszość bohatera, przeplatać ją wspomnieniami, a zatem umożliwia konfrontację z przeszłością. I co najważniejsze - kino pozwala nam spojrzeć na świat oczami innego człowieka. W "Seberg" ta unikatowa filmowa właściwość wiąże się z rozpisaniem historii na dwa równoległe głosy: Jean i Jacka, czyli młodego agenta FBI odpowiedzialnego za inwigilację aktorki. Warto zauważyć, że mamy do czynienia z sytuacją, w której on wie wszystko na temat Jean, natomiast ona nie ma o nim pojęcia, mimo że przeczuwa, że ktoś ją obserwuje. Co w tym wszystkim było faktem, a co urojeniem skrzywdzonego umysłu Jean? Nie wiem do końca, jak to wyjaśnić. To pytanie nie daje mi spokoju od chwili, kiedy zaangażowałem się w ten film.

Rozmawiał: Mateusz Demski

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Jean Seberg | Kristen Stewart

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL