Reklama

Reklama

Beata Ścibakówna: Nie traćmy sił i ducha

Świetna aktorka i piękna kobieta. Od zawsze bardzo ciekawa ludzi i świata. W rozmowie Beata Ścibakówna wyznała, że podczas epidemii koronawirusa stara się zachować optymizm.

Beata Ścibakówna w spektaklu "Letnicy" (2019)

Pani bohaterki to zazwyczaj kobiety wyraziste i charakterne. Bywa, że są tajemnicze. Ich sposób bycia budzi kontrowersje. Przypadek?

Beata Ścibakówna: - Myślę, że nie. Ponieważ sama jestem osobą konkretną i energetyczną, obsadzana jestem "po warunkach". Nie pasowałaby mi rola bezbarwnej mimozy. Pamiętam, jak kiedyś Ilona Łepkowska, pisząc serial "Radio Romans", wymyśliła dla mnie postać Basi. Młodej kobiety, bezwzględnej, bez skrupułów zdradzającej męża. - Będziesz naszą polską Alexis - powiedziała mi wówczas i to proroctwo się w dużej mierze spełniło.

Reklama

Czyżby do kolekcji "tych złych" zaliczać się miała Sofia, którą gra pani w drugim sezonie serialu "Zawsze warto"?

- Wszystko będzie się powoli wyjaśniać. Wątek Sofii łączy się z Kamilem (Jakub Wesołowski), mężem Ady (Julia Wieniawa). Razem przyjechali z Włoch, gdzie przez lata stanowili parę - w życiu i w interesach. Ta kobieta z pewnością dużo przeszła. (...)

Oglądamy panią również w serialu "W rytmie serca" jako Elżbietę, odnalezioną po latach biologiczną matkę Marysi (Barbara Kurdej-Szatan). Ona też budzi emocje...

- Tak, ale zupełnie inne niż w przypadku Sofii. Elżbieta jest mniej przebojowa, obciążona od lat wyrzutami sumienia, nie radzi sobie z wieloletnią traumą i sama ze sobą. Tu niestety, w trakcie realizacji zdjęć, konieczne były zmiany scenariuszowe. Mojego serialowego męża, a ojca Marysi, grał nieodżałowany Paweł Królikowski. W związku z jego pogarszającym się stanem trzeba było modyfikować wiele scen albo z nich rezygnować. Często działo się to z dnia na dzień. Życie napisało swój scenariusz, jakże daleki od tego, jaki był plan i nasze najlepsze myśli oraz życzenia. (...)

Cofnijmy się o kilka lat. Widzowie pamiętają pani rolę w "Diagnozie", która była szczególna także z tego powodu, że poza panią grali w niej też pani mąż, Jan Englert i państwa córka, Helena. Rzadko się zdarza, by cała rodzina występowała w komplecie!

- To prawda, choć nie mieliśmy wspólnych scen. Nawet nie spotkaliśmy się we trójkę w charakteryzacji! To byłoby zresztą ciekawe...

Córka, wzorem rodziców, postanowiła zostać aktorką, ale zdecydowała się na studia za oceanem. Nie przeszkadzało pani, że tak daleko?

- A skądże! Niech spełnia marzenia, bo jak nie teraz, to kiedy? Doskonale ją rozumiem. Poleciała "zdobywać świat" z Warszawy do Nowego Jorku, tak jak ja, przed laty, wyjechałam z Zamościa do Warszawy. Czasy i możliwości się zmieniły, ale pęd u młodych, by iść wciąż do przodu, pozostaje taki sam.

Jako studentka warszawskiej PWST zdobyła pani nie tylko zawód, ale też serce profesora, którego żoną jest pani od 25 lat. Wielu sceptycznie podchodziło do tego związku...

- No właśnie - i teraz zwracam się do tych sceptyków. Kochani, niewiele jest w naszym środowisku par z takim stażem, jak nasz. Widocznie, mimo rozlicznych przeszkód i dużej różnicy wieku, byliśmy sobie pisani. Wiedzieli o tym nasi bliscy, wśród nich wielki przyjaciel naszej rodziny, Ania Dymna. Zawsze mówiła, że trzeba iść za głosem serca. Była świadkiem na naszym ślubie, a pięć lat później, kiedy na świat przyszła Helenka, została jej matką chrzestną. (...)

Jan Englert jest nie tylko pani mężem, ale i zwierzchnikiem, jako dyrektor Teatru Narodowego. Daje fory?

- Nigdy w życiu! Wiem, że bywają dyrektorowe, dla których układa się repertuar, ale mój mąż daleki jest od faworyzowania swojej żony. Traktuje mnie na równi z innymi, co mogą potwierdzić koleżanki i koledzy. (...)

Jak pani spędza czas na przymusowej kwarantannie?

- Aktywnie. Wzięłam się za generalne porządki. Posprzątałam szafy, garaż, taras. By nie siedzieć bezczynnie, imam się wszystkiego, na co wcześniej jakoś nigdy nie miałam czasu. (śmiech) I sprawia mi to wielką przyjemność. Spędzamy czas we trójkę. Szczęśliwie Helena zdążyła przylecieć ze Stanów. Korzystając z jej obecności wróciłam do nauki angielskiego. Mam teraz w niej prywatnego korepetytora! No i nieustannie trenuję w domu. Jestem urodzoną optymistką i wierzę, że po złym przyjdzie dobre. Najważniejsze, by nie tracić ducha i sił.

Rozmawiała Jolanta Majewska

Beata Ścibakówna urodziła się 28 kwietnia 1968 roku w Zamościu. W 1992 roku ukończyła studia aktorskie w warszawskiej PWST. Na scenie debiutowała w sztuce "Kochajmy się!" (1990) w reż. Jana Englerta. Ma szczęście do ról lekarek. W serialu "Samo życie" grała kardiolożkę, w "Na dobre i na złe" ordynatorkę oddziału, a w "Diagnozie" anestezjolożkę. W 2008 r. oglądaliśmy ją w talent show "Gwiazdy tańczą ma lodzie". Pani Beata w 2017 roku została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Z Janem Englertem ma córkę Helenę (ur. 2000 r.), która jest tak jak rodzice aktorką.

Tele Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Beata Ścibakówna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama