Reklama

Bartosz Bielenia: Walka o niuans

Po pamiętnej kreacji Daniela, chłopaka z poprawczaka, w nominowanym do Oscara "Bożym Ciele" Jana Komasy, Bartosz Bielenia powraca w kolejnej mocnej roli. Na Netfliksie jest już dostępny film Jakuba Piątka "Prime Time", w którym aktor wciela się w młodego zamachowca. Produkcja, której jednym z tematów jest granica między dobrymi intencjami a przemocą, idealnie wpisuje się w aktualną dyskusję dotyczącą mobbingu w szkołach filmowych. Na ten temat Bielenia wypowiedział się także w mediach społecznościowych. - Nie ma czegoś takiego jak cel uświęcający środki - tłumaczy.

Bartosz Bielenia

W "Prime Time" twój bohater Sebastian włamuje się do studia telewizyjnego w trakcie emisji programu i bierze dwóch zakładników. To niezwykle dramatyczna i przerażająca sytuacja. Zastanawiałeś się, jak ty zachowałbyś się jako zakładnik? Próbowałeś wejść w skórę ofiary?

Reklama

Bartosz Bielenia: - Zaskoczyłeś mnie! Przeprowadzam w głowie teraz wiwisekcję i chyba w roli ofiary się nie postawiłem. Pamiętam takie fantazjowanie o tym, jak skutecznie wyszedłbym z tej sytuacji - oczywiście przy użyciu ciosów z półobrotu - i w którym momencie zaatakowałbym Sebastiana, ale by rozważać tak głęboko tę drugą perspektywę, zdarzyło mi się chyba jedynie na pierwszym etapie pracy - w trakcie prób do filmu. Tam rozmawialiśmy o każdej z postaci, w tym o jednym z zakładników, ochroniarzu Grzegorzu. Na planie raczej trzymałem się swojej roli i nią "żyłem".

Czy był moment, który w budowaniu postaci Sebastiana był dla ciebie najtrudniejszy? Zaryzykuję stwierdzenie, że cały film spoczywa na twoich barkach. Co było największym wyzwaniem?

- Szczerze mówiąc: całość. Na samym początku wydawało mi się, że będzie to bardzo proste: młody, rzutki mężczyzna z poczuciem władzy wchodzi do studia telewizyjnego, żongluje ripostami. Okazało się jednak, że stworzenie pełnokrwistej postaci i pokazanie jej spektrum emocji w sytuacji takiego stresu nie jest łatwe. W człowieku pod tak skrajną presją pojawia się jeden paniczny ton, jedna wysoka, rozedrgana emocja, który wyrównuje jak szpachlą całego bohatera. Walka o niuans była bardzo karkołomna. Każda mała zmiana emocji w jednej ze scen niosła się echem i wpływała na cały film. Byłem wykończony po każdym dniu zdjęciowym. To była koronkowa emocjonalna robota.

Udało ci się w pełni rozpracować Sebastiana? Dla widza zamachowiec do końca pozostaje enigmą.

- Wydawało mi się, że nie będzie to potrzebne, ale razem z Kubą Piątkiem, reżyserem, doszliśmy do wniosku, że musimy to bardzo dogłębnie dla siebie opracować. Wiedziałem, że jeżeli nie będziemy znali motywów tego bohatera, to nie będziemy mogli z nim empatyzować. Dlatego przez kilka miesięcy myśleliśmy o Sebastianie i dzwoniliśmy do siebie w przeróżnych momentach, gdy któremuś z nas wpadło coś do głowy. Nie chcę jednak zdradzać, co ustaliliśmy. Niech to pozostanie naszą tajemnicą - zwłaszcza że od początku wiedzieliśmy, że tego w filmie nie będzie. Jedynie nam była potrzebna taka wiedza jak choćby to, gdzie pracuje mama Sebastiana. Dla ciekawskich to akurat zdradzę - ustaliliśmy, że musi być pracownicą wypożyczalni wideo...

Mam wrażenie, że choć to dwa zupełnie różne filmy, Sebastiana z "Prime Time" sporo łączy z Danielem z "Bożego Ciała"...

- Jeden aktor to grał! 

Nie tylko! Obaj bohaterowie mają bardzo silną potrzebę działania, są nonkonformistami, buntownikami.

- Nie mogę się do końca zgodzić... W przypadku Daniela jest to bardziej chęć bycia częścią, niż bycie w opozycji. On szuka akceptacji w środowisku, do którego trafia. A w "Prime Time" Sebastian całą akceptację odrzuca. Osadza się tylko na swoim ego, na swoim widzeniu siebie. Daniel z kolei bazuje na tym, jak go widzą inni, szuka przynależności. To było dla mnie od początku jasne, bo oczywiście sporo nad tym myślałem. Wpływ roli Daniela jest tak duży na postrzeganie mnie obecnie, że musiałem sobie zadać pytanie, co jest tą szarą strefą, gdzie te postaci się spotykają. Nie znalazłem tego dużo. Mogłem szukać innych, nowych środków.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Bartosz Bielenia | Prime Time

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje