Reklama

"Nigdy nie przeglądam się w lustrze"

Emmanuelle Seigner urodziła się w 1966 roku w Paryżu. Już jako czternastolatka rozpoczęła karierę modelki. Pierwszą większą rolę filmową zagrała w 1985 roku w "Detektywie" Jean-Luca Godarda. Z Romanem Polańskim spotkała się na planie thrillera "Frantic" (1988), a rok później została jego żoną. Aktorka wystąpiła także w dwóch późniejszych produkcjach polskiego twórcy, obrazach "Gorzkie gody" (1992) i "Dziewiąte wrota" (1999).

Reklama

W swoim najnowszym filmie "Pozory i złudzenia" Emmanuelle Seigner wcieliła się w postać striptizerki, która wskutek wypadku samochodowego traci słuch i do końca życia pozostaje oszpecona bliznami. "Pozory i złudzenia" porównywane są do "Gorzkich godów" Romana Polańskiego. Jednak zdaniem Seigner, ten film "bardziej przypomina Dziecko Rosemary". "To thriller bez podtekstu erotycznego" - twierdzi francuska aktorka. Produkcja, która jest debiutem reżyserskim Francois Hanssa i Arthura-Emmanuela Pierre'a, trafiła do polskich kin 27 lutego 2004 roku.

O pracy nad rolą w filmie "Pozory i złudzenia" opowiada Emmanuelle Seigner.

W jaki sposób dowiedziała się pani o pomyśle nakręcenia "Pozorów i złudzeń"?

Emmanuelle Seigner: To było trzy lata temu. Poszłam zobaczyć się z moim agentem Dominiquiem Besnehard. W tym czasie żadna z ról, które mi proponowano, nie wzbudzała mojego entuzjazmu. Agent dał mi scenariusz Arthura. Po powrocie do domu zaczęłam czytać i już nie wypuściłam go z rąk.

Co panią urzekło w tym scenariuszu?

Emmanuelle Seigner: Prawdziwa rola w prawdziwej historii, coś czego warto bronić i co warto przekazać. Ładunek emocjonalny, konstrukcja i filmowy rozmach sprawiały, że miałam naprawdę ochotę zaangażować się jako aktorka w to przedsięwzięcie. Natychmiast więc spotkałam się z Francois i Arthurem, którzy dali mi rolę. Stało się to w bardzo naturalny sposób i pod koniec pracy mieliśmy poczucie, że stworzyliśmy dobry zespół. Nigdy nie byłam bardziej zaangażowana w projekt zarówno przed, podczas jak i po zdjęciach.

Nic pani nie zaniepokoiło podczas czytania scenariusza? Film zdaje się balansować na krawędzi...

Emmanuelle Seigner: Nie. Upewniał mnie świat obrazów stworzony przez Francois, który znałam już z jego krótkometrażówek, zwłaszcza tych ze zdjęciami Dariusa Khondji. Jego styl jest bardzo elegancki.

"Pozory i złudzenia" reżyserowały dwie osoby. Nie utrudniało to pani pracy?

Emmanuelle Seigner: Nie, Francois i Arthur pracują wspólnie w szczególny sposób. Pierwszy jest bardzo przywiązany do opowiadanej historii, dla drugiego większe znaczenie ma jej aspekt wizualny. Bardzo przyjemnie jest mieć dwóch rozmówców. To wzbogaca pracę i pozwala na pogłębienie postaci.

Nie powoduje to nieporozumień?

Emmanuelle Seigner: Nie, ponieważ reżyserzy się dopełniają.

Jaką osobą jest Laura, którą pani gra?

Emmanuelle Seigner: Laura jest trochę zagubiona, ma tylko jedną przyjaciółkę, Doris. Spróbowałam, chcąc ją uprawdopodobnić, zrobić z niej dziewczynę trochę niewinną, a nawet naiwną. Ona nie jest ani inteligentna, ani wykształcona, ani wyrafinowana. Gdyby miała więcej rozumu, nie wierzyłaby we wszystko, co opowiada jej Marco. Zastanawiałam się z Jackiem Waltzerem, moim wykładowcą z Actor's Studio, w jaki sposób zbudować osobowość tej postaci. Z Francois i Arthurem zdecydowaliśmy, że Laura wychowała się w domu dziecka, a swoją pracę w Moon Side zaczęła bardzo wcześnie, mając 13 albo 14 lat. Oferta Marca była więc dla niej bardzo kusząca.

Laura zmienia się uczuciowo w trakcie filmu...

Emmanuelle Seigner: Na początku to dziewczyna ulicy, o mocnym charakterze, która niczego się nie boi. Potem dochodzi do spotkania z Marco i wypadku. Laura traci słuch. Aby przetrwać, musi się zmienić. Poznaje stopniowo wartość czułości, zaufania i miłości. Uczuć dla niej nowych, których najwyraźniej dotąd nie znała w relacjach z mężczyznami. Niestety, to co wzięła za bajkę, jest koszmarem.

Chcąc ratować siebie i swego synka, musi z powrotem stać się silna, zdeterminowana, a także bardziej brutalna. Ujawniają się ponownie jej cechy charakteru związane z ulicą. Bunt staje się możliwy. Na końcu filmu Laura całkowicie się zmienia. Nigdy nie będzie już taka, jak przedtem i to połączenie woli i wrażliwości pozwoli jej na prowadzenie spokojniejszego życia.

Spodziewała się pani, że film będzie męczący?

Emmanuelle Seigner: Tak, moja rola wymagała ciągłej obecności na planie. Wiedziałam o tym i dobrze się przygotowałam zarówno fizycznie jak i mentalnie. Przez cztery miesiące uczyłam się języka migowego. Wszyscy zresztą, których w tym czasie spotkałam zauważyli, że byłam niezwykle skoncentrowana. Dzięki temu na planie pojawiłam się spokojna i rozluźniona.

Trudno było pani rozstać się z tą postacią?

Emmanuelle Seigner: Kiedy uczyłam się udawać, że jestem niesłyszącą, poszłam do laboratorium i poprosiłam o specjalny aparat. Nosząc go słyszałam, ale bardzo słabo. Zachowywałam się jak niesłysząca. Zależało mi na tym, aby wszyscy na planie traktowali mnie, tak jakbym naprawdę nią była; niektórzy zwracali się do mnie za pomocą znaków. Dużo mi to dało. Najdziwniejsze było odzyskanie słuchu. Jeszcze dzisiaj przyłapuję się na prowadzeniu samochodu w sposób, w jaki robią to niesłyszący.

Spotkała pani wielu niesłyszących?

Emmanuelle Seigner: Obserwowałam ich, aby nie popaść w przesadę. Nie zawsze zauważa się głuchotę. Istnieje coś bardzo subtelnego w ich sposobie poruszania się, co może zdradzać upośledzenie.

Czy nie słysząc, nie czuła się pani bardziej bezbronna?

Emmanuelle Seigner: Poprosiłam kiedyś w instytucie, aby mnie umieszczono w warunkach całkowitej izolacji akustycznej. Czułam się jak dziecko. To był klucz do mojej postaci. Laura miała wierzyć we wszystko co się jej przytrafia, zachowywać się jak mała dziewczynka. Ona zależy od Marca i jest całkowicie odcięta od świata. Tak właśnie czułam się w laboratorium.

Co było najtrudniejsze w pani roli?

Emmanuelle Seigner: Nie mogłam cały czas płakać, to by wszystkich zmęczyło. Aby uwiarygodnić Laurę, chciałam ukryć cierpienie i nie uciekać się do aktorskich sztuczek. Francois, Arthur i ja dużo zastanawialiśmy, jak to zrobić. Próbowaliśmy stopniować emocje, istnieją przecież różne stopnie nieszczęścia. Kolejno dodawaliśmy małe elementy, w miarę możliwości oryginalne.

Charakteryzacja musiała dodatkowo komplikować pani zadanie?

Emmanuelle Seigner: Zabierała dwie godziny każdego dnia. Czasami zaczynałam o czwartej nad ranem. Plus godzina drogi z Paryża. Czasami lepiej by było wcale nie kłaść się spać.

Czy oszpecanie się bliznami bawiło panią?

Emmanuelle Seigner: Uwielbiałam to. Chciałam nawet posunąć się dalej, jak gram, to gram. Mogłabym dać ogolić sobie głowę, wszystko jedno. Nigdy nie przeglądam się w lustrze. Wiem, że ludzie nie tego po mnie oczekują.

Czy w filmie były sceny szczególnie trudne do nakręcenia?

Emmanuelle Seigner: Wyłącznie takie (śmiech). Było naprawdę ciężko. Część w Moon Side wydawała się najłatwiejsza.

Jak można zaufać ludziom, którzy robią pierwszy film?

Emmanuelle Seigner: Zdałam się na intuicję. Mam w sobie coś zwierzęcego. Podczas naszego pierwszego spotkania natychmiast zrozumiałam, że Francois jest prawdziwym filmowcem. I wierzyłam w scenariusz Arthura, miałam zaufanie do jego historii.

Dziękuję za rozmowę.

(Na podstawie materiałów dystrybutora, firmy Kino Świat International)

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Emmanuelle Seigner
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama