Reklama

Reklama

"Żeby nie było śladów": Afera wciąż trwa. Kogo nie było na czerwonym dywanie?

Po projekcji filmu "Żeby nie było śladów" Jana P. Matuszyńskiego na festiwalu w Wenecji wybuchł głośny skandal. Znani polscy pisarze i publicyści zarzucali twórcom, że nie zaprosili na czerwony dywan na Lido Cezarego Łazarewicza, czyli autora reportażu, na podstawie którego powstał scenariusz produkcji. Ten ostatni postanowił w końcu zabrać głos w całej sprawie.

Twórcy "Żeby nie było śladów" na fesiwalu filmowym w Wenecji

W czwartek podczas 78. Międzynarodowego Festiwalu w Wenecji premierę polski film "Żeby nie było śladów", wyreżyserowany przez Jana P. Matuszyńskiego. Obraz zebrał dobre recenzję, ale dostało się jego twórcom. Rodzimi pisarze skrytykowali ich za to, że na czerwony dywan nie zaprosili Cezarego Łazarewicza, autora reportażu, bez którego film by nie powstał.

Pokazany w Wenecji film "Żeby nie było śladów" to poruszająca opowieść o sprawie Grzegorza Przemyka, warszawskiego maturzysty, który w 1983 roku został pobity przez milicjantów, a po dwóch dniach zmarł. Podstawą do napisania scenariusza stała się książka Cezarego Łazarewicza, która w 2017 roku dostała Nagrodę Literacką Nike. Reportaż "Żeby nie było śladów" to efekt wielu lat drobiazgowej i żmudnej pracy autora, który pokazał kulisy śmierci Przemyka i działań, które miały zatuszować tę zbrodnię.

Reklama

Okazało się, że Łazarewicz zaproszenie na festiwal w Wenecji dostał w ostatniej chwili, jednak na festiwalowy czerwony dywan, gdzie pojawiła się cała ekipa twórców, już nie. W obszernym wpisie na Facebooku ujawnił to Marcin Meller, zbulwersowany tym faktem.

Meller na Facebooku opublikował zdjęcie z festiwalu w Wenecji i napisał: "Kogo brakuje na tym zdjęciu? Może się zdziwicie, ale człowieka, bez którego nie byłoby tego filmu: Cezarego Łazarewicza, który napisał wstrząsającą, rewelacyjną książkę reporterską 'Żeby nie było śladów', na podstawie której zrobiono film. W kółku zakreślony jest projektant mody Ossoliński, dla którego znalazło się miejsce na dywanie, ale nie dla Łazarewicza. Pewnie Ossoliński zrobił im kiecki (ale nie Łazarewiczowi, który pożyczał garnitur od kolegi). Łazarewicz tylko napisał książkę, dzięki której się dzisiaj pysznią. W ostatniej chwili przypomnieli sobie, żeby w ogóle go do Wenecji zaprosić. Ale przecież nie na czerwony dywan" - punktował producentów Meller i dodał: "Słuchajcie aroganckie dzbany! Gdyby nie pasja Cezarego, gdyby nie jego wrażliwość i poszukiwanie prawdy, lata pracy, gdyby nie jego genialna książka, to by Was tam nie było".

Do sprawy odniósł się także Zygmunt Miłoszewski, który - podobnie jak Meller - jest zbulwersowany brakiem zaproszenia dla Łazarewicza. "Książka Czarka 'Żeby nie było śladów' o zabójstwie Grzegorza Przemyka jest mistrzowska. Nawet ja to mówię, a ja jestem #teamfikcja, nonfiki mi nie wchodzą. Łapie za gardło nie tyle zabójstwo, co pokazanie, jak można zaprząc całą machinę państwa do kłamstwa. Aktualne teraz i zawsze i na wieki wieków amen. (...) Czarek zrobił z tego wielką opowieść o istocie zepsutego, bezkarnego państwa. Dlatego dostał Nike - jako pierwszy reportaż w historii nagrody. Dlatego moi dobrzy znajomi z Aurum kupili prawa do ekranizacji. A Jan Matuszyński zrobił film, który dziś miał premierę na festiwalu w Wenecji. Oklaskiwaną na stojąco. Super, co nie?" - napisał na Facebooku Miłoszewski.

Potem jednak pisarz przeszedł do sedna. "Zgadnijcie, kogo nie ma na czerwonym dywanie. Kto nie bierze udziału w konferencjach. Kto nie pozuje razem z ekipą. Właśnie ten pisarz, bez którego talentu, uporu, potrzeby opowiedzenia tej historii, jej zrozumienia - nie byłoby tego święta polskiej kultury. Trochę to piszę, bo Czarka znam i lubię i podziwiam. Trochę, bo jako literacki działacz czuję się odpowiedzialny za to, żeby walczyć o niepomijanie tych, którzy różne historie stworzyli, wymyślili, opisali. To jest nagminne, i ja z bratem i Szczepan Twardoch i Jakub Żulczyk mamy podobne historie do opowiedzenia" - punktował pisarz.

Do ich komentarzy postanowił odnieść się w końcu sam Cezary Łazarewicz. "Widziałem, że rozpętała się burza po światowej premierze 'Żeby nie było śladów'. Stałem tam, gdzie mi wskazali organizatorzy. Nie czuję się pominięty. 'Żeby nie było śladów' widziałem w Wenecji i cieszę się, że Jan P. Matuszyński zrobił piękny film na podstawie mojej książki (scenariusz napisała Kaja Krawczyk-Wnuk. Bardzo dziękuje wszystkim, dzięki którym mogłem wejść na światową premierę i zapewniam, że pojechałbym na koniec świata, by to zobaczyć, bo warto. Jankowi kibicuję i trzymam kciuki za jego sukcesy. Dziękuje moim przyjaciołom Marcin Meller i Zygmunt Miłoszewski za wsparcie, ale chłopaki przecież wiecie, że największe szczęście, że dzięki temu filmowi ta historia pójdzie w lud i będzie poruszać ludzi. To teraz najważniejsze" - napisał.

Sprawy bez komentarza nie zostawił również Leszek Bodzak, jeden z producentów "Żeby nie było śladów, który w niezwykle obszernym poście na Facebooku odniósł się do wszystkich zarzutów Mellera i Miłoszewskiego. "Jeśli dobrze czytam intencje Pana Mellera (podchwycone potem przez skądinąd uroczego człowieka, jakim jest Zygmunt Miłoszewski) panowie stanęli dzielnie w obronie kolegi, czy nawet przyjaciela, Cezary Łukaszewicz. Jak się jednak okazuje nikt z nich tak naprawdę nie sprawdził czy tenże kolega jest pokrzywdzony i tej pomocy potrzebuje. Nikt z nich również nie zweryfikował i nie skontaktował się z nami, producentami (ja i Aneta Hickinbotham), aby zapytać/przedyskutować/dowiedzieć się jak w ogóle wygląda kwestia doboru i zasad pobytu delegacji filmu "Żeby nie było śladów" w Wenecji. Po co pytać, prawda? Jeśli ma się już tezę, którą chce się głośno wypowiedzieć i być może dzięki niej zaistnieć, to nie warto pytać, żeby ją zweryfikować, bo mogłoby to zagrozić tezie. Jak już wiadomo z postu samego Cezary Łazarewicz, był on z nami na premierze w Wenecji jako jeden z pełnoprawnych członków ekipy i cieszę się bardzo, Czarku, że mogliśmy wspólnie przeżywać to, co tam się wczoraj działo" - napisał.

"Pan Meller pisze, że gdyby nie "wrażliwość i poszukiwanie prawdy" oraz "lata pracy" Cezary Łazarewicz to ekipy filmu nie byłoby w Wenecji. Ktoś już wspomniał, chyba Andrzej Saramonowicz, że to niestety raczej "zasługa" generała Kiszczaka i zbrodni, jakiej dokonano w 1983 na młodym, niewinnym chłopcu. Ale nie umniejszając zasług wspaniałego reportażysty czy Pan Meller widział film? Czy wie ile osób przy nim pracowało? Czy ma świadomość jak obraża przy tym takich ludzi jak reżyser, scenarzystka (która dokonała niezwykle trudnej sztuki adaptacji reportażu!!), aktorzy, operator, scenograf, kostiumografka, charakteryzatorka, montażysta, kierownik produkcji i wielu innych twórców tego filmu, którzy pracowali nad nim przez ponad 1,5 roku, często po kilkanaście godzin dziennie. A wielu z wymienionych wyżej osób też nie mogło znaleźć się na niektórych pięknych zdjęciach, bo zwyczajnie nie można było tego zorganizować w taki sposób. I mi osobiście jest równie przykro z tego powodu, z całym ogromnym szacunkiem, jakim darzę autora książki. Bo film to praca zespołowa co najmniej setki ludzi i to oni go stworzyli. Film nigdy nie jest niczyją wyłączną zasługą. Nigdy. A przeniesienie na ekran książki to jedna z najtrudniejszych filmowych sztuk" - stwierdził Bodzak, którego post udostępnił na swoim koncie reżyser "Żeby nie było śladów" Jan P. Matuszyński.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje