Reklama

Reklama

"Wesele" Wajdy: Wirujący Wyspiański

W środę, 9 stycznia, mija 40 lat od premiery "Wesela" Andrzeja Wajdy. "Wielu uważało, że przenieść na ekran taki utwór, wierszowany, jak 'Wesele' - to niemożliwe, że z tego wyjdzie tandeta. Tymczasem powstał wielki film" - wspominał po latach wcielający się w postać Jaśka Marek Prepeczko.

"'Wesele' jest najbardziej oryginalną sztuką teatralną, jaka została napisana w języku polskim i trudno wprost wyobrazić sobie nasze życie literackie i teatralne bez tego utworu. Łączy on w sobie w jakiś niezwykły sposób opis prawdziwego wesela, którego Wyspiański był świadkiem późną jesienią 1900 roku, z całą problematyką filozoficzną, historiozoficzną i wolnościową, bliską w tym czasie polskiemu społeczeństwu" - Andrzej Wajda nigdy nie ukrywał twórczego długu wdzięczności w stosunku do arcydzieła Wyspiańskiego dodając, że "jest to utwór, z którego wszyscy wyrośliśmy: cała legenda 'szkoły polskiej"', ja sam, 'Popiół i diament'".

Reklama

Wajda adaptował już wcześniej "Wesele" na scenie, kinowa ekranizacja była jednak nie lada wyzwaniem: jak przełożyć na język filmu stworzony przez Wyspiańskiego "narodowy dekalog mitów, postaw i losów"? Reżyserowi pomóc miał w tym Andrzej Kijowski, który zobowiązał się do napisania scenariusza.

"Początkowo moja praca polegała na wielokrotnym przepisywaniu tekstu Wyspiańskiego. Każdorazowe przepisywanie przynosiło odrzucenie jakichś zbędnych fragmentów. Było to jakby 'odcedzanie', kondensowanie tekstu. Chodziło mi o pozostawienie tego tylko, co doskonale z dramatu Wyspiańskiego znamy, co mamy w uchu i w pamięci, wszystkich jego refrenów" - Kijowski wyjaśniał scenopisarską strategię dodając, że Wajda nigdy nie uważał "Wesela" za "historię, która zdarzyła się kiedyś, gdzieś, ale dzieje się ciągle, dzieje się dziś, w nas".

"Uczynienie rzeczywistości tego dramatu materialną, dotykalną, konkretną" - tym zabiegiem według Krzysztofa Teodora Toeplitza triumfował reżyser kinowej wersji "Wesela". "Izba weselna u Wajdy jest ciasna, duszna, tłoczna, sień wąska, podwórze błotniste, nijakie, w szopie obok sprzętu gospodarskiego walają się napoczęte płótna Gospodarza. I oto nagle ta rzeczywistość materialna przełamuje konwencję teatru" - pisał Toeplitz w 1973 roku w "Miesięczniku Literackim".

Niedomówiona komediowość

Gwoli przypomnienia... Akcja filmu zaczyna się od wyjazdu orszaku weselnego sprzed kościoła Mariackiego. Następnie, mijając okoliczne wsie, kawalkada dociera do domu Gospodarza. Rozpoczyna się wesele Pana Młodego, który jest inteligentem, z Panną Młodą, pochodzącą z chłopskiej rodziny. Goście również wywodzą się z obu stanów. Zabawa szybko się rozkręca.

Nocą pod dach Gospodarza przybywa Rachela, młoda Żydówka o wrażliwej, "poetycznej" duszy. To ona, ulegając weselnej euforii, "zaprasza" na zabawę Chochoła, stojącego za oknem. W wesoły gwar weselnej biesiady niepostrzeżenie wsącza się aura niesamowitości. Niektórym gościom ukazują się tajemnicze widma. Z zakamarków dusz odzywają się tajone urazy, kompleksy i tęsknoty. Najsilniejszą z nich jest marzenie o odzyskaniu niepodległości przez ojczyznę.

Według Stanisława Marczaka-Oborskiego jeśli filmowe "Wesele" wywarło tak potężne wrażenie, działo się tak w znacznej mierze dzięki prawdziwie zachwycającej obsadzie.

"Nie chciałbym powiedzieć, że niektórzy aktorzy kreujący główne i mniejsze role prześcignęli tu jak gdyby samych siebie, ale w każdym razie ujawnili nieznane dotąd, a frapujące możliwości" - pisał na łamach "Filmu" Marczak-Oborski.

Jakie według recenzenta było "aktorskie założenie filmu"? Chodzi o "niedomówioną komediowość, która jednak nie rozcieńcza materii dramatu, tylko przydaje mu jeszcze jedno intrygujące i filozofujące dno".

Najwybitniejszą egzemplifikacją tej strategii była postać Czepca w kreacji Franciszka Pieczki. "Ma w sobie porywczość, upór, i zdecydowanie watażki, a równocześnie swoistą gospodarską godność podkrakowskiego wójta. Znakomicie operuje przy tym Pieczka elementami gry komediowej: soczyście prowadzona rola Czepca wielokrotnie ociera się o efekty humoru, ale bardzo subtelnie utrzymuje się na chybotliwej granicy między śmiesznością a sprawą serio" - pisał z zachwytem Marczak-Oborski.

Pan Młody, Poeta, Rachela...

Według recenzenta "Filmu" metodę "podwójnej gry" brawurowo stosuje też w "Weselu" Daniel Olbrychski. "Jego pan Młody jest nieodparcie zabawny w swoich wszelakich egzaltacjach i zapałach miłosnych, a jednocześnie prześwietla go fantazja autentycznego artysty, człowieka obdarzonego rozmachem życiowym, odwagą i ujmująca szczerością" - pisał po premierze Marczak-Oborski nazywając kreację Pana Młodego "najbardziej finezyjną z dotychczasowych ról Olbrychskiego".

Z nie mniejszym zachwytem przyjęto występ Andrzeja Łapickiego, który "zastanawiająco i niebanalnie w stosunku do poprzednich ujęć tej postaci kreuje Poetę". "Jest to Poeta pewny swej nie byle jakiej pozycji, ale już z gorzkniały, zniechęcony ceremoniałami towarzyskimi przynależnymi zawodowi wziętego literata. Na jego poszarzałej twarzy znaczą się przebyte szały młodopolskie, wypite morza absyntu i oceany czarnej kawy. Widz odnosi jednak wrażenie, że za tą maską ukrywa się człowiek ciekawszy od tego, co prezentuje jako causeur i być może ciekawszy również od swych rękopisów, które drze z niechęcią i odrzuca precz" - notował Marczak-Oborski.


"Powiew poetyckiego szaleństwa" wnosi do filmu z kolei Rachela Mai Komorowskiej. "Jest tu ona nie tyle snobką polującą na artystów, ile niecierpliwą i niezaspokojoną muzą, przypomina raczej dziwny stwór balladowy, a nie córkę żydowskiego karczmarza. Jej pojawienie się, prośba o zaproszenie Chochoła, jej odejście -odpłynięcie w nocne mgły, znakomicie potęgują nastrój niezwykłości i stają się w filmie zasadniczą komponentą poszerzenia planów rzeczywistości, która w miarę trwania spektaklu zagarnia obszary spoza empirycznych granic" - zauważył recenzent "Filmu".

Nieustanny wir

Wajda wiedział, że kluczem do udanej ekranizacji było znalezienie adekwatnego rozwiązania wizualnego. Operatorem filmu był Witold Sobociński.

"Najważniejszym zadaniem realizacji było nadanie całej materii filmowej zachłystującego rytmu, stworzenie czegoś w rodzaju biegu bez chwili wytchnienia, który by pociągnął widza w głąb przedstawionej rzeczywistości i zmusił do oglądania, do uczestniczenia w niej" - Wajda zwierzał się jeszcze w trakcie prac nad "Weselem".

"Wielu uważało, że, że przenieść na ekran taki utwór, wierszowany, jak 'Wesele' - to niemożliwe, że z tego wyjdzie tandeta. Tymczasem powstał wielki film, obraz żywy, rytmiczny. Tę rytmikę zbudował kamerą Witek Sobociński" - wspominał Marek Perepeczko, który w filmie Wajdy wcielił się w postać Janka.

"Miał świetne pomysły. Kiedy w Czosnowie pędziłem na koniu ze złotym rogiem, wpadł na pomysł, żeby dać trochę dymu. 'Wpadaj w ten dym z koniem i stawiaj go dęba' - mówił. Ale ten biedny koń, którego kłułem, dęba nie chciał stawać. Za to ja kilka dni chodziłem zatruty, bo używaliśmy paskudnych świec, wojskowych. I w tym dymie biegaliśmy i jeździliśmy na koniu cały tydzień" - późniejszy Janosik chwalił operatora "Wesela".

Także Franciszek Pieczka uważał, że "nieustanny wir" filmu Wajdy możliwy był dzięki operatorskiej inwencji. "Praca przy 'Weselu' była wspaniała, ale męcząca. Najbardziej utkwiła mi w pamięci realizacja sceny tańców w chacie, nieustanny wir. Witek Sobociński kręcił wszystko kamerą z ręki, w każdym momencie w tym wirze operator mógł zrobić komuś zbliżenie. Trzeba było grać na sto procent. Ostateczny efekt był wspaniały" - zachwycał się aktor.

Wrzask i bełkot?

Nie wszystkim jednak filmowa wizja "Wesela" przypadła do gustu. Najbardziej obruszył się Antoni Słonimski, który w "Tygodniku Powszechnym" oskarżył Wajdę o dwa przestępstwa: "Prawdę historyczną zlekceważono, poezję zmasakrowano".

Według recenzenta Wajda, tłumacząc "Wesele" na język filmu, sprowadził Wyspiańskiego do poziomu "wrzasku i bełkotu".

"Inteligencję tych czasów przedstawił nam jako bandę niezdolnych do czynu kabotynów, którym w pijackim zamęcie coś tam we łbach się majaczyło. (...) Ambitny Wajda chciał zrobić z 'Wesela' film światowy. Potrzeba mu było krwi i Cepelii, i aby dla tych dwu elementów miejsca starczyło, poobcinał kosą chłopską najpiękniejsze strofy naszej poezji narodowej. Wszystkie niemal delikatne dialogi Wesela zagłuszył muzyką taneczną i wrzaskiem pijanej czeredy" - emocjonował się Słonimski.

Głos recenzenta "Tygodnika Powszechnego" był jednak odosobniony. Co ważne, film spodobał się także za granicą. "To arcydzieło Andrzeja Wajdy wprowadza nas w samo serce rzeczywistości polskiej. (...) Na pierwszy rzut oka chodzi o atmosferę szczęścia, w czym kamera uczestniczy bez umiarkowania. Jak gdyby była zaproszonym gościem, przywiera do tanecznych zwrotów, upija się ludową muzyką, wtrąca się do rozmów, podkreśla repliki, analizuje twarze, po czym znów rzuca się w wir tańca. Niestrudzona, ciekawa, szalona, ale beznadziejnie przenikliwa" - Raymond Lefévre pisał w czasopismie "Image et Son".

Przygodę z dramatem Wyspiańskiego świetnie podsumowuje opowiedziana przez samego Wajdę anegdota z Elia Kazanem w roli głównej.

"Po wielu latach od premiery filmu spotkałem w Paryżu mistrza amerykańskiego kina, Elię Kazana. Kiedy powiedziałem swoje nazwisko, zapytał mnie: 'Czy to pan zrobił film, który dzieje się w ciągu jednej nocy?'. Pomyślałem natychmiast, że chodzi o 'Popiół i diament'. Okazało się, że miał na myśli 'Wesele': 'Kto panu napisał taki dobry scenariusz?'. Byłem szczęśliwy i dumny z tego, że umiałem nadać sztuce teatralnej tak dalece filmowy kształt i że Elia Kazan poznał się tak dobrze na genialności dramaturgii Stanisława Wyspiańskiego" - wspominał Wajda.

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Wesele | Andrzej Wajda | 40 lat

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama