Reklama

Reklama

"Wesela" Wojciecha Smarzowskiego

Od kilku dni w kinach gości długo oczekiwane "Wesele" Wojciecha Smarzowskiego. Chociaż film spotyka się z różnym przyjęciem - jedni chwalą go pod niebiosa, inni odsądzają od czci i wiary, to dominuje pogląd, że o wiele bardziej udany był poprzedni obraz reżysera pod tym samym tytułem, czyli jego debiut z 2004 roku.

"Wesele" 2004 a "Wesele "2021"

"'Wesele' to realistyczna komedia tragiczna. Opowieść o miłości i o pieniądzach. A właściwie o miłości do pieniędzy" - mówił o swym debiutanckim obrazie Wojciech Smarzowski.

Przypomnijmy w skrócie zarys fabuły. Wiesiek Wojnar (Marian Dziędziel) - zamożny mieszkaniec małego miasteczka, urządza ciężarnej córce Kasi wystawne wesele. Zgodnie z "polską tradycją" impreza przybiera charakter pokazowy. Kiedy zabawa rozkręca się na całego, panna młoda (Tamara Arciuch) dostrzega wśród gości weselnych kamerzystę, swojego byłego chłopaka (Maciej Stuhr), którego nadal kocha. Wcześniej ustalony scenariusz wesela zaczyna wymykać się spod kontroli ojca. Chęć pokazania się przez gospodarza z jak najlepszej strony doprowadza do katastrofy.

Reklama

Akcję "Wesela" umiejscowił Smarzowski na Podkarpaciu. "To specyficzny region. Bez obcego kapitału, zdany sam na siebie. Ludność jest tu zaradna, każdy wszystko potrafi sam naprawić. Każdy jest specjalistą w kilku przynajmniej dziedzinach. A już na pewno w budownictwie. I każdy buduje jak umie, aby taniej i szybciej (...) Prowizorka goni prowizorkę. Daleko tu do niemiecko-poznańskiego porządku. Próżno też szukać gustu i smaku" - tłumaczył reżyser, dodając, że osadzenie akcji filmu w "tanim, brzydkim ale za to praktycznym otoczeniu" miało służyć uniwersalności całej opowieści.

W pierwszym "Weselu" wszystko toczy się dosyć spokojnie do momentu, gdy do głosu dochodzą "procenty". "Lejący się strumieniami alkohol odziera z masek, obnaża prawdziwą naturę: eleganccy goście stają się coraz bardziej prostaccy, pazerni, pozbawieni zasad. 'Królewski szczep piastowy', który pod koniec wesela pijackimi głosami ryczy wspólnie 'Rotę', budzi przed wszystkim zażenowanie i wstyd. Ale 'to Polska właśnie'. Nieuniknione odwołania do 'Wesela' Stanisława Wyspiańskiego służą głównie pokazaniu, że po stu latach w sumie niewiele zmieniło się w społecznym pejzażu" - czytamy w Internetowej Bazie Filmu Polskiego.

Weselne pijaństwo reżyser podzielił na pięć etapów. "Są one ściśle powiązane z przyjmowaniem alkoholu - na początku drętwota, czyli wstępny rozruch, pierwsze, nieśmiałe lufy. Po nim następuje stan radosnego podpicia, przechodząc stopniowo w pijaństwo (żarty się kończą, pojawiają się spory i kłótnie, budzą się skrywane namiętności, powoli puszczają hamulce). Kolejnym etapem, tylko dla twardzieli, jest picie poważne, czyli - na umór . Rwą się opowiadane historie, sceny i wątki, tak samo jak i bohaterom, którym często 'urywa się film'" - tak opisywał ten akt Smarzowski. Na koniec - "dożynki", czyli stan dopijania, zasypiania lub trzeźwienia.

A co z przesłaniem? "Film ma kilka warstw. Ta podstawowa, skierowana do masowego, nastawionego na rozrywkę widza, zawiera logicznie skonstruowaną, trzymającą w napięciu fabułę; żywy tok narracji, humor oraz grozę, jasne motywacje działań bohaterów i zabawne dialogi. Zawiera także proste przesłanie, że pieniądze szczęścia nie dają. Albo, że chytry dwa razy traci. Że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej" - Smarzowski tłumaczył w eksplikacji reżyserskiej. - "Warstwy właściwe zawierają aluzje, cytaty, skojarzenia i całą gamę bezlitosnej obserwacji obyczajowej" - uzupełniał reżyser "Wesela".

A jak to się ma w porównaniu z najnowszym "Weselem" reżysera? "Produkcja z 2004 roku była przede wszystkim wnikliwym, gorzkim portretem naszego społeczeństwa. Przez ostatnie kilkanaście lat Smarzowski stał się jednak twórcą, który na warsztat konsekwentnie bierze najbardziej palące narodowe tematy i traumy.

Nie wystarczyło więc jedynie pokazać, jak zmieniło się przez ostatnich kilkanaście lat świętowanie na polskich weselach, sama impreza stanowi tu jedynie pretekst do opowiedzenia bolesnej historii z przeszłości.

I choć opis pierwszej części filmu jest mocno zbliżony do tego z pierwszego 'Wesela": Gromada podchmielonych gości szaleje na parkiecie w rytm disco polo, druhny zacięcie rywalizują ze sobą w konkursach, ktoś nagrywa wideo życzenia dla młodej pary. Kasia, panna młoda w zaawansowanej ciąży (Michalina Łabacz), zdecydowana na emigrację, z rosnącym niepokojem obserwuje wybryki właśnie poślubionego Janka (Przemysław Przestrzelski). Jej ojciec, lokalny biznesmen Rysiek (Robert Więckiewicz), tej nocy też ma więcej zmartwień niż tylko zamieszanie wokół ślubu córki. Interes życia wisi na włosku, a w tle są nie tylko wielkie pieniądze, ale także szczęście jego najbliższych.

To już spojrzenie na pozostałe wątki filmu pokazują, że tym razem reżysera interesuje przede wszystkim rozliczenie z traumami przeszłości: Wszystko to obserwuje senior rodu, Antoni Wilk (Ryszard Ronczewski), do którego wracają wspomnienia dramatycznych wydarzeń sprzed lat, kiedy poznał miłość swojego życia, piękną Żydówkę (Agata Turkot). Z każdą minutą rosną emocje i odżywają najgłębsze uczucia, historie burzliwych miłości dawnych i nowych kochanków przenikają się nawzajem. Stopniowo zatraca się granica między tym co kiedyś, a tym co teraz. Na jaw wychodzą tajemnice przeszłości, nakręcające spiralę zła, z której nie ma ucieczki.

Oba filmy starają się zresztą porównać twórcy nowego "Wesela". "Jest kilka wspólnych elementów: temat, miejsce akcji, fakt, że jest to polskie wesele. Tym razem pole jego działania jest jednak o wiele szersze" - przekonuje Wojciech Smarzowski.

"O ile tamto 'Wesele' było socjologicznym obrazkiem polskiego społeczeństwa, jego norm, przyzwyczajeń, tradycji, teraz dochodzi jeszcze do tego opozycja: Polacy a inni, obcy" - analizuje wcielający się w jedną z ról Andrzej Chyra.

Wątpliwości rozwiewa też Arkadiusz Jakubik, który w filmie z 2004 roku wcielił się w postać notariusza, a teraz przyszło mu zagrać rolę wokalisty disco polo i wodzireja całej imprezy. "Po osiemnastu latach mamy nowe otwarcie. 'Wesele' Smarzowskiego na bogato. Imprezę, która ze strażackiej remizy przenosi się do pałacu, bo zupełnie inny jest też status majątkowy biesiadników" - zapowiada gwiazdor.

Tematów jest jednak więcej, bo samo wesele stanowi pretekst do opowiedzenia bolesnej historii z przeszłości. Jak przekonuje reżyser, jego nowa produkcja to tak naprawdę dwa filmy w jednym - część współczesna i rozgrywająca się w 1941 roku - historyczna. "To film o pamięci, a tak naprawdę o niepamięci. Wszystkie moje filmy wynikają z niezgody na coś" - tłumaczy reżyser.

"Nie ma takiego narodu, który nie miałby w swoich kartach nierozliczonych historii, takich, o których nie ma ochoty opowiadać, albo o których chciałby zapomnieć. Tyle że dzisiaj zaczynamy swoją historię prostować do granic niemożliwości. Gdy Wyspiański pisał 'Wesele', chodziło o wolność i niepodległość. Gdy ja robiłem swoje pierwsze 'Wesele', to z 2004 r., wolność i niepodległość już mieliśmy, ale nie było wartości. Liczyła się kasa i fasada. Dziś nastał czas rozliczenia z własną historią" - zapowiadał Smarzowski w "Newsweeku".

I przyznawał, że "Wesele" zrodziło się m.in. z pragnienia ekranizacji głośnej książki Jana Tomasza Grossa "Sąsiedzi". "Byłem jednym z tych Polaków, którym Jan Tomasz Gross otworzył oczy. Od razu pomyślałem, że 'Sąsiedzi' to jest temat na film i bardzo chciałem go zrobić. Jednak szybko powstało "Pokłosie" i z perspektywy czasu myślę, że bardzo dobrze się stało, że wtedy w ten temat nie wszedłem, bo dzisiaj wiem, że nie byłem na niego gotowy" - wspominał reżyser.

Mimo że Smarzowski w ramach przygotowań do "Wesela" odwiedził Jedwabne, zastrzegał, że jego nowy film "nie jest o Jedwabnem". "To jest opowieść o miejscu, o ludziach, o emocjach i o tym, dlaczego wyparliśmy Żydów z pamięci, dlaczego polski antysemityzm ma tak mocne fundamenty i dlaczego radzi sobie świetnie, nawet bez Żydów" - Smarzowski mówił "Newsweekowi".

Reżyser zaznaczył, że jego nowym film jest "odpowiedzią na zakłamywanie historii". "Żyję w Polsce, jestem Polakiem i moje dzieci też jeszcze są tutaj. Ja zrobiłem film o tym, co dzieje się w mojej głowie. Co mnie boli. A boli mnie to, że w podręcznikach do historii jest jakaś wzmianka o Jedwabnem, że zbrodni dokonali Niemcy albo faszyści. I widzę, że może być jeszcze gorzej. Za chwilę pan Czarnek wprowadzi do podręczników dziesięć napisanych biblijną czcionką stron o bestialsko zdradzonych o świcie. Pogromy wygumkuje. Smoleńsk będzie jedynym punktem odniesienia w naszej historii. Następny etap to zastąpienie podręczników Biblią" - prognozował Smarzowski.

"To nie jest koniunkturalna produkcja, bo Smarzowski wyczuł temat. Ten film powstał z głębokiej i wewnętrznej potrzeby" - puentował reżyser "Wesela", przyznając, że liczy się z krytycznym odbiorem jego dzieła. "Robiąc ten film, miałem świadomość, że wyleją się na mnie pomyje. Prawdopodobnie na lata stanę się nadwornym Żydem polskiej kinematografii i przejmę od Maćka Stuhra berło po 'Pokłosiu'" - konkludował Smarzowski.

Pewne jest jedno. Smarzowskiemu znów udało się przyciągnąć Polaków do kin. W pierwszy weekend wyświetlania w kinach nowe "Wesele" obejrzało niemal 140 tysięcy widzów. To najlepsze otwarcie polskiego filmu w tym roku!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje