"Czas apokalipsy": nie mógł wrócić do mikrofonu!
"Czas apokalipsy" nie prowadzi widza klasycznymi dialogami. Ten film płynie - jak łódź Willarda - przez obrazy, dźwięki i nastroje, które czasem bardziej się czuje, niż rozumie od razu. Dlatego narracja zza kadru jest tu jak latarka w ciemnym korytarzu; nie wyjaśnia wszystkiego, ale daje kierunek i rytm.
Głos Willarda potrafi być chłodny, ironiczny, zmęczony, a chwilę później niemal intymny. To nie komentarz z boku, tylko wgląd w głowę człowieka, który im dalej płynie, tym bardziej traci pewność, że jakikolwiek porządek jeszcze istnieje. Właśnie dlatego każda dodatkowa fraza, doprecyzowanie i korekta tempa miały znaczenie - i dlatego problem z dograniem narracji stał się realnym kłopotem produkcyjnym.
W przypadku "Czasu apokalipsy" wszystko było ekstremalne: rozmiar przedsięwzięcia, tempo zmian i presja, żeby domknąć film, który już wtedy urastał do rozmiarów legendy.
Martin Sheen nie mógł dograć części swoich kwestii w wymaganym czasie. Brakowało fragmentów, bez których narracja traciła spójność. Co robić w tak trudnej sytuacji?
Nagle do studia trafił brat Sheena - Joe Estevez. I to był kompletny strzał w dziesiątkę. Ich barwa głosu i sposób mówienia były praktycznie nie do odróżnienia, a do tego Estevez był już zaznajomiony z mikrofonem i wiedział, jak działa ta branża. Wszelkie niedociągnięcia poprawiono w postprodukcji.
Ostatecznie podmianka udała się z chirurgiczną precyzją - widzowie nawet nie wiedzieli, gdy w tle pojawiał się "dodatkowy" aktor głosowy.
"Czas apokalipsy": stracili kontrolę
O "Czasie apokalipsy" mówi się często jak o produkcji, która sama stała się wyprawą w nieznane. I to nie jest przesada - film kręcono w warunkach, które potrafiły wywrócić plan do góry nogami z dnia na dzień.
Jedna z najsłynniejszych anegdot dotyczy zniszczeń spowodowanych pogodą; część scenografii i przygotowań miała ucierpieć przez gwałtowne zjawiska atmosferyczne, a ekipa musiała wracać do punktu wyjścia. Do tego dochodził ciągły problem z dostępnością sprzętu i zasobów - w tym z helikopterami, które w regionie nie były rekwizytem filmowym, tylko realnym narzędziem wojskowym. Gdy potrzeby operacyjne były ważniejsze, film schodził na dalszy plan.
Nie da się mówić o ciekawostkach z tej produkcji bez wspomnienia o postaci Kurtza i Marlonie Brando. Sam fakt obecności Brando w tym filmie działa jak osobna warstwa mitu. Rola jest zbudowana na tajemnicy, oczekiwaniu i aurze człowieka, który stał się czymś więcej niż oficerem - stał się ideą. A Brando potrafił tę ideę nosić samą obecnością.
Wokół jego pracy na planie narosło mnóstwo opowieści. Mniej tu wojennej akcji, więcej dusznego teatru psychologicznego.
Kilka wersji tego samego hitu
"Czas apokalipsy" to tytuł, który istnieje w świadomości widzów w kilku odsłonach. Z biegiem lat pojawiały się wersje różniące się długością i rozkładem akcentów - jedne bardziej zwarte, inne szerzej rozlewające świat po drodze rzeki. Dla fanów to kopalnia smaczków; można oglądać ten sam film jak różne montaże tego samego snu.
Dzięki tym zmianom narracja nabiera całkowicie innego smaku i klimatu, a zakulisowa praca wielu osób to dodatkowa ciekawostka, która jasno pokazuje - nawet narrator, który wydaje się absolutnie pewny każdego słowa, w rzeczywistości jest efektem pracy wielu rąk i kilku decyzji pod presją czasu.









