Reklama

Taylor Lautner wraca do ludzkiej postaci

Paparazzi uganiają się za Taylorem Lautnerem, ale dziewiętnastoletni aktor nie narzeka. Podejrzewa, że niedługo przestaną - jak tylko zorientują się, że obiekt ich zainteresowania nie stwarza okazji do interesujących ujęć.

Nie pociąga go świat celebrytów

Reklama

Mimo krótkiego, ubiegłorocznego romansu z gwiazdą country Taylor Swift, u boku której zagrał w filmie "Walentynki" (2010), Lautner zapewnia, że nie pociąga go świat celebrytów. Często zdarza mu się zrezygnować z uroczystej gali albo wypadu do nowej, modnej restauracji, na rzecz wizyty na siłowni lub w kręgielni.

- Tak już mam, że najbardziej lubię przebywać z rodziną i starymi znajomymi - wyznaje. - Idealny wieczór to taki, kiedy wspólnie oglądamy telewizję. Jestem tym typem faceta, który zostanie w domu, żeby obejrzeć sobie kolejny odcinek "American Idol". Sam gotuję sobie kolacje. Nie otaczam się żadną świtą. Wieść normalne życie - to dla mnie najważniejsze. To ode mnie zależy, czy ocalę tę normalność.

Czy naprawdę nie ma żadnych powodów do narzekań w związku ze sławą, która spadła nań tak nagle?

- Jestem młody. Gram w filmach - odpowiada Lautner. - Dlaczego miałbym narzekać?

Wspomina jednak, że są sytuacje, w których nie wie, jak się zachować. Kiedyś młody aktor złożył autograf na ramieniu fanki, a następnego dnia zauważył, że dziewczyna przerobiła sobie ten podpis... na tatuaż.

Młody aktor przeczesuję ręką swoje czarne włosy. Na nasz wywiad, na który umówiliśmy się w jednym z hoteli w Beverly Hills, przyszedł ubrany w ciemne dżinsy i białą koszulę, która ledwie okrywa jego imponującą muskulaturę. Były mistrz świata juniorów w karate zapewnia mnie, że niełatwo jest utrzymać taką sylwetkę.

- Wierz mi, utrzymać muskulaturę jest równie ciężko, co ją zbudować - mówi. - Spędzam wiele czasu na siłowni i muszę dużo jeść, ale muszą to być odpowiednie produkty. Są takie dni, kiedy mam autentyczną ochotę na lody i, jeśli akurat nie jestem w trakcie zdjęć, czasem funduję sobie tę przyjemność.

Oficjalnie - woli wiórki czekoladowe. A jeśli jacyś paparazzi będą chcieli zrobić mu ukradkiem zdjęcie, kiedy będzie jadł, wyszczerzy zęby w uśmiechu i wytrzyma.

- Jestem ostatnim, który będzie narzekał na bycie sławnym. Przecież chciałem takiego życia. Jako dzieciak chodziłem na różne castingi i wielokrotnie słyszałem "nie". Miałem nadzieję, że kiedyś będę mógł grać w filmach, i wiedziałem, że dam sobie radę ze wszystkimi okolicznościami, które takiemu życiu towarzyszą. Czasami sława staje się uciążliwa z uwagi na paparazzi, ale powtarzam sobie, że jest to wpisane w ten zawód. Nie pozwalam, żeby miało to na mnie jakiś wpływ, inaczej bym zwariował.

W ciągu najbliższych miesięcy Lautner będzie jeszcze bardziej niż zwykle zwracał na siebie powszechną uwagę. 23 września do kin wszedł nowy thriller z jego udziałem, "Porwanie" w reżyserii Johna Singletona. Ledwie dwa miesiące później, 18 listopada, Taylor powróci na ekran jako wilkołak Jacob Black w kolejnej, wyczekiwanej odsłonie Sagi "Zmierzch". Będzie to pierwsza część finału cyklu, "Przed świtem".

Wycia do księżyca nie będzie

Lautner jest ważnym ogniwem w obsadzie Sagi, chociaż jego postać, Jacob, jest drugorzędna w stosunku do Edwarda (Robert Pattinson) i Belli (Kristen Stewart). Jednak już w "Porwaniu" jest niekwestionowaną gwiazdą. Aktor wciela się w Nathana, młodego człowieka, który próbuje namierzyć zaginioną osobę, którą jest... on sam.

Tym razem żadnego wycia do księżyca nie będzie. Będzie za to walka na pięści i nie tylko, sporo pływania i szaleństwa na motocyklu.

- To była po prostu wspaniała historia, obfitująca w zawirowania i zwroty akcji - mówi Lautner. - Dla mnie osobiście fakt, że jest to film akcji, nie jest najważniejszy - wierz mi, proponowano mi mnóstwo ról w takich produkcjach. Tu chodzi o historię, która towarzyszy samej akcji. A historia opowiedziana w "Porwaniu" jest fantastyczna.

- Gram ucznia szkoły średniej, który znajduje swoje zdjęcie na stronie internetowej z informacjami o osobach zaginionych. Nathan wkrótce odkrywa, że całe jego życie było jedną wielką fikcją. Byłem niesamowicie podekscytowany, kręcąc ten film, bo to historia z rodzaju tych, które sprawiają, że ledwo możesz usiedzieć w fotelu.

Nathana, starającego się rozwikłać zagadki przeszłości, ściga grupa szkolonych zabójców. Jednocześnie nasz bohater staje w obliczu uczucia rodzącego się między nim a Karen (Lily Collins), której wkrótce zaczyna grozić to samo śmiertelne niebezpieczeństwo.

- Kiedy widz myśli, że już wie, o co chodzi w tym filmie - mówi Lautner - akcja skręca w zupełnie innym kierunku.


Po trzech częściach Sagi "Zmierzch" (i dwóch kolejnych, oczekujących na premierę), aktor z radością przyjął możliwość zagrania człowieka walczącego z innymi istotami ludzkimi. Wilkołakom i wampirom tym razem dziękujemy.

- Zależy mi na tym, żeby próbować nowych rzeczy i grać różne role - mówi. - Ta propozycja nie przypominała niczego, co robiłem w przeszłości.

Lautner powraca jako uwodzicielski Jacob w pierwszej odsłonie finału Sagi "Zmierzch", w której dochodzi do ślubu Belli i Edwarda. Uruchamia to ciąg wydarzeń nie pozostających bez konsekwencji dla wampirów, wilkołaków i ludzi.

Zmaga się ze swoją naturą wilkołaka

Wytwórnia Summit Entertainment poszła szlakiem wytyczonym przez twórców "Harry'ego Pottera", decydując się podzielić finał Sagi na dwie części. Lautner popiera ten wybór.

- Uważam, że to dobre rozwiązanie. Ciężko jest zmieścić pięćset stron powieści w 120-stronicowym scenariuszu. A co dopiero mówić o "Przed świtem", która liczy osiemset stron. W klanie wilkołaków tyle się dzieje - nie ma możliwości wpakowania tego wszystkiego do jednego filmu.

Aktor obiecuje fanom, że w "Przed świtem" zobaczą "nowego, dojrzałego Jacoba".

- Wciąż zmaga się ze swoją naturą wilkołaka - mówi - a wszystko wokół niego zmienia się diametralnie. Bardzo cierpi, patrząc na związek Belli i Edwarda. Wie, że ukochana wymknęła się z jego rąk.

Jeśli chodzi o szaleństwo towarzyszące całej serii, Lautner nie odczuwa takiego dyskomfortu, jak Pattinson i Stewart, którzy niejednokrotnie podkreślali, że dystansują się od medialnego zgiełku.

- To wspaniałe móc uczestniczyć w tak głośnym wydarzeniu filmowym; grać w filmach, których daty premiery fani zaznaczają w kalendarzu. Saga dała mi bardzo dużo, jeśli chodzi o moją aktorską karierę.

Przyjaciołom nie pozwala się odejść

Poza ekranem Lautner, Pattinson i Stewart są najlepszymi przyjaciółmi.

- Ich przyjaźń znaczy dla mnie wszystko - z prostotą wyznaje młody aktor. - Nie wyobrażam sobie, jak wyglądałaby praca nad serią, gdyby cała obsada nie była ze sobą tak zaprzyjaźniona. To byłby koszmar. Na planie jesteśmy otwarci i szczerzy wobec siebie. Dyskutujemy o tym, co robimy. Nawet weekendy spędzamy razem, co jest absolutnie fantastyczne. Moi koledzy z planu to świetni ludzie. Niesamowicie utalentowani. Na pewno nie utracimy tej przyjaźni. Tam, skąd pochodzę, mamy zasadę, że takim przyjaciołom nie pozwala się odejść.

A miejscem, z którego pochodzi Taylor Lautner, jest Grand Rapids w stanie Michigan. To tam spędził dzieciństwo, zgłębiając tajniki karate pod okiem siedmiokrotnego mistrza świata. Jako ośmiolatek zaczął reprezentować Stany Zjednoczone w mistrzostwach ligi World Karate Association. Podczas jednej z tych juniorskich imprez zdobył trzy złote medale i... tytuł posiadacza najpiękniejszego uśmiechu.

To właśnie trener przekonał go, by zawalczył o swoje marzenia o aktorstwie i zgłosił się na casting do spotu reklamowego sieci Burger King.

- Powiedział mi: "Co masz do stracenia? Najwyżej usłyszysz: nie, dziękujemy" - wspomina Lautner.

Roli w spocie Burger King nie dostał, ale Lautner postanowił próbować dalej. Udało mu się namówić rodziców, by pozwolili mu regularnie kursować z Michigan do Los Angeles, gdzie zgłaszał się na kolejne castingi. Poświęcenie wkrótce się opłaciło - młody aktor zaczął gościnnie występować w serialach "The Bernie Mac Show" (2003-2004), "On, ona i dzieciaki" (2004) i "Co nowego u Scooby'ego?" (2005). Jego debiutem w filmie pełnometrażowym była rola w "Shadow Fury" (2001), ale przełom przyszedł wraz z angażem do obrazu Roberta Rodrigueza "Rekin i Lawa: Przygoda w 3D" (2005). Potem przyszły kolejne role, m.in. w "Fałszywej dwunastce II" (2005), a wreszcie - "Zmierzch".

Po zakończeniu przygody z Sagą Lautner wystąpi w dramacie "Incarceron", gdzie zagra młodego więźnia, który zakochuje się w córce strażnika. Mówi się również o tym, że pojawi się u boku Dwayne'a Johnsona w filmie akcji zatytułowanym "Goliath".

- Wybieram produkcje, w których gram, kierując się instynktem - mówi Lautner. - Generalnie rzecz biorąc, robię takie filmy, na które sam wybrałbym się do kina w piątkowy czy sobotni wieczór.

Jeśli już wybiera się do multipleksu, ryzykuje spotkanie z różnymi dziwnymi osobami. Mimo to Taylor Lautner podkreśla, że nie ma problemu ze swoim statusem gwiazdy kina.

- Może i nie mogę spokojnie pospacerować po galerii handlowej, ale za to nic nie stoi na przeszkodzie, żebym raz na jakiś czas wybrał się do jakiejś dobrej, ukrytej restauracji z przyjaciółmi. Czasami też chodzimy na kręgle. Nikt nie wierzy, że kogoś takiego, jak ja, można spotkać na zwykłej kręgielni.

- Dlatego też bardzo często słyszę szepty: "Ten gość wygląda jak... Eee, nie, to zwykły koleś. W dodatku zaliczył rynnę!".

Cindy Pearlman

"New York Times"

Tłum. Katarzyna Kasińska

The New York Times

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Nie | Taylor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje