Reklama

Sophia Loren: Oscarowy jubileusz

Ikona światowego kina Sophia Loren świętuje 50 rocznicę zdobycia Oscara. Otrzymała go za główną rolę w filmie "Matka i córka" ("La Ciociara") w reżyserii Vittorio De Sica. Gwiazda w wywiadzie dla włoskiej prasy wyznała, że odkurza statuetkę codziennie.

W wywiadzie dla dziennika "Corriere della Sera" 77-letnia aktorka powiedziała, że nagrodę otrzymaną w 1962 roku trzyma w biblioteczce w salonie swego domu w Genewie. "Zamontowałam żarówkę, żeby dobrze go oświetlić i codziennie rano go odkurzam" - zdradziła.

Reklama

Statuetka Amerykańskiej Akademii Filmowej - przyznała Loren - "była upragnionym marzeniem, lecz mimo to ja w nią nie wierzyłam".

Jak stwierdziła, nie wierzyła głównie dlatego, że choć wcześniej otrzymała za ten film 11 innych nagród, m.in. dla najlepszej aktorki w Cannes, to jedyną Włoszką, która wcześniej otrzymała Oscara, za rolę w filmie anglojęzycznym była fenomenalna Anna Magnani.

"To nigdy nie zdarzyło się w przypadku filmu po włosku. Wśród nominowanych oprócz mnie były takie aktorki, jak Natalie Wood, Geraldine Page, Piper Laurie, Audrey Hepburn" - przypomniała Loren.

"Nie mogłam w to uwierzyć również i potem. Może dlatego postawiłam moje trofeum w widocznym miejscu. Patrzę na nie i mówię sobie, że to prawda" - podkreśliła. Zdradziła też, że pamięta każdą minutę wieczoru sprzed pół wieku.

"To była najdłuższa noc mojego życia, najbardziej niesłychana. Byłam bardzo zadowolona z nominacji, ale do tego stopnia nie wierzyłam w to, że wygram, że zostałam w Rzymie. Gdyby z jakiegoś szalonego powodu to miałoby się zdarzyć, zemdlałabym z emocji. W tej sytuacji lepiej być w domu niż na takiej scenie" - opowiedziała diva włoskiego kina.

Wyjaśniła, że ze swym przyszłym mężem - Carlo Pontim zaprosili do domu przyjaciół, by z nimi czekać na werdykt z Hollywood.

"W tamtych czasach tę wiadomość przekazywano w telegramie lub przez telefon. Ale noc mijała i nic się nie wydarzyło. W pewnym momencie myśląc, że ceremonia już się skończyła, pożegnaliśmy się ze wszystkimi i poszliśmy spać. Oczywiście nikt nie spał. Tuż przed świtem zadzwonił telefon. Carlo odebrał i zaczął wykrzykiwać moje imię. Wyrwałam mu słuchawkę. Po drugiej usłyszałam głosy Cary'ego Granta, który wrzeszczał jak szalony: 'Wygrałaś! Sophia, wygrałaś'" - wspomniała.

"W koszuli nocnej zaczęłam tańczyć. Chwilę później dziennikarze byli pod domem. Zdjęcia, pytania, rozgrzany do czerwoności telefon. Potem przyszedł De Sica. Znowu zdjęcia, uściski. Przyszła moja matka Romilda, która wyszeptała: 'Sophia, czy ja śnię?'. Zaczęła się wielka zabawa, niemal trzęsienie ziemi. Wszyscy wznosili toast szampanem, który Carlo roztropnie wstawił do lodówki" - powiedziała Loren. Według jej słów "był śmiech i łzy".

"Ten Oscar zmienił wszystko. Otworzył mi międzynarodowe drzwi, pracowałam z największymi w Hollywood, od Marlona Brando po Car'egoy Granta i Charlie'ego Chaplina. Stało się tak także dlatego, że nie wygrałam z powodu urody, ale za trudną rolę. Grałam w niedbałych ubraniach, bez makijażu" - zauważyła włoska aktorka, przypominając, że film opowiadał o gwałcie na matce i córce podczas wojny.

W opinii Sophii Loren w tym roku Oscara powinna dostać Meryl Streep za rolę Margaret Thatcher.

Aktorka ujawniła również w wywiadzie, że w tym roku zagra w następnym filmie we Włoszech. Szczegółów nie podała.

Sophia Loren swego drugiego Oskara otrzymała za całokształt twórczości w 1991 roku.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sophia Loren | Vittorio De Sica

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje