Reklama

​Premiera "Mulan" w atmosferze skandalu

11 września do polskich kin trafi najnowszy film Disneya, aktorska wersja animowanego hitu "Mulan". Film, który w USA ominął kina i trafił od razu na platformę streamingową Disney+, szykuje się też do premier w innych krajach świata. Wśród nich są Chiny, które ze względu na to, że akcja tego filmu rozgrywa się właśnie tam, mogą stanowić o powodzeniu kasowym tej produkcji. To jednak staje pod znakiem zapytania ze względu na coraz głośniejszy bojkot "Mulan" przez azjatyckich widzów. A nie są to jedyne problemy, z jakimi zmaga się film Disneya.

Yifei Liu w scenie z "Mulan"

#BoycottMulan to jeden z coraz bardziej popularnych hashtagów wśród internautów z Azji. Ruch, który ma na celu zbojkotowanie filmu Disneya, szczególną popularnością cieszy się w Hongkongu, Tajlandii i na Tajwanie. Powodem akcji są kontrowersyjne wypowiedzi wcielającej się w tytułową rolę Mulan, Yifei Liu.

"Ponieważ Disney kłania się przed Pekinem, a Yifei Liu otwarcie i dumnie popiera brutalność policji w Hongkongu, wzywam wszystkich wierzących w prawa człowieka do zbojkotowania filmu" - napisał na Twitterze aktywista Joshua Wong.

Reklama

Odniósł się tym samym do kontrowersyjnego wpisu aktorki, opublikowanego latem ubiegłego roku i odnoszącego się do prodemokratycznych protestów, jakie przeciwko chińskiemu rządowi wybuchły w Hongkongu.

"Wspieram policję z Hongkongu, możecie mnie teraz pobić. Co za wstyd dla Hongkongu" - napisała Yifei Liu. Aktorka wzbudziła wściekłość manifestantów, którzy oskarżają policję o brutalność, bezpodstawne aresztowania oraz tortury.

Nakręcone za 200 milionów dolarów widowisko opowiada historię dziewczyny, która przebiera się za mężczyznę, by zaciągnąć się do cesarskiej armii walczącej z najeźdźcą.

Według analityków finansowych sukces filmu w Chinach wcale nie jest pewny. Nakręcony w języku angielskim "Mulan" został zdubbingowany na język mandaryński, co może być dla chińskich widzów co najmniej dziwne. Doliczając do tego rozszerzający się bojkot filmu, Disney nie może być pewnym sukcesu na azjatyckim rynku.

Jakby tego było mało, kolejną falę protestów wzbudziła informacja zamieszczona w napisach końcowych filmu, który od piątku, 4 września, można oglądać na platformie Disney+. Wynika z niej, że twórcy filmu dziękują władzom chińskiej prowincji Sinciang, gdzie kręcona była część zdjęć.

Według dochodzących stamtąd raportów, w Sinciangu regularnie i na masową skalę łamane są prawa człowieka, szczególnie ponad miliona zamieszkujących tam muzułmańskich Ujgurów trzymanych w tzw. obozach reedukacyjnych. Rząd w Pekinie utrzymuje, że te obozy to element pokojowych starań władz o poprawę bezpieczeństwa regionu i wsparcie jego ekonomicznego rozwoju.

PAP life

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Mulan (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje