Reklama

​Orlando Bloom wytatuował sobie imię dziecka. Z błędem

"Nowy tatuaż. Zgadniecie kto?" - zapytał na Instagramie Orlando Bloom. Fani aktora szybko rozszyfrowali, że to znaki alfabetu Morsea, które układają się w imię syna Blooma i Mirandy Kerr - Flynna. Z kolei umieszczony nad nimi ciąg liczb to data jego urodzin. Nie zabrakło jednak i takich fanów, którzy dopatrzyli się literówki w imieniu dziecka.

Orlando Bloom nie zna alfabetu Morse'a

"Sorki, ale tu bez dwóch zdań jest napisane "Frynn" - zauważa jedna z internautek. "Tak jest, brakuje drugiej kropki dla "l" - wtóruje jej inny użytkownik Instagramu. Podobnego zdania są inni komentujący. "Podoba mi się ten pomysł, a tatuaż jest piękny, ale jeśli to rzeczywiście jest alfabet Morse'a, to napisano tu "Frynn", a nie "Flynn"; "Ile bym nie patrzyła na ten tatuaż, to cały czas widzę "Frynn". Tak czy siak świetny pomysł. Nigdy bym nie wpadła na zrobienie tatuażu z alfabetu Morse'a" - czytamy.

Reklama

Sprawę postanowiła sprawdzić redakcja jednego z serwisów internetowych. Jeden z zapytanych ekspertów, Roy Henrichs uważa, że Bloom zażartował sobie ze wszystkich, a jego tatuaż najwyraźniej nie oznacza nic. "To tylko seria kropek i kresek położonych pomiędzy dwoma długimi kreskami. Uważam, że to tylko kreacja artystyczna. Między literami powinny być przerwy, a tutaj takich nie ma" - komentuje.

Inny z ekspertów, Paul Reuvers, dodaje: "Bez dwóch zdań nie jest to 'Flynn'. Gdyby tak miało być, potrzebna byłaby jeszcze jedna kropka. Szczerze mówiąc, bez przerw między literami trudno jest czytać alfabet Morse'a. Moim zdaniem to przypadkowy ciąg znaków".

Na oryginalną literówkę popełnioną przez Blooma (a dokładniej przez jego tatuażystę) wskazuje też internetowy tłumacz alfabetu Morse'a. Według jego translacji, tatuaż aktora należy czytać jako "Frynn".

Przypomnijmy, że Orlando Bloom kilka lat temu był uznawany za najseksowniejszego i jednego z najbardziej wpływowych aktorów na świecie. Nic dziwnego, kiedy gra się w takich hitach, jak "Władca Pierścieni", czy "Piraci z Karaibów"... Idolem nastolatków przestał być jednak na własne życzenie.

Po zakończeniu studiów Bloom zagrał główną rolę w "A Walk in the Vienna Woods". Aktor zadebiutował na ekranie u boku Stephena Frya oraz Jude'a Law w filmie fabularnym "Wilde", opowiadającym o życiu autora "Portretu Doriana Graya". Bloom zdecydował się następnie odłożyć na jakiś czas plany aktorskie i uzupełnić swoje wykształcenie. Po ukończeniu szkoły Guildhall występował jeszcze w detektywistycznym serialu "Morderstwa w Midsomer".

Później pojawił się między innymi w małej rólce w "Helikopterze w ogniu" Ridleya Scotta, ale sławny stał się dopiero po angażu do roli Legolasa w trylogii "Władcy Pierścieni" Petera Jacksona.

Początkowo Bloom przymierzał się do roli Faramira, którą ostatecznie otrzymał David Wenham. Peter Jackson zdecydował jednak, że młody Brytyjczyk wcieli się w innego bohatera. Bloomowi sprzyjało szczęście, Faramir pojawił się dopiero w drugiej części trylogii, podczas gdy Legolasa oglądać możemy w każdym z filmów serii "Władca Pierścieni".

W ciągu dwóch lat z kompletnie anonimowego aktora stał się jednym z najgorętszych nazwisk Hollywood, czego doskonałym dowodem jest fakt, że w 2004 roku Bloom zdetronizował ... Britney Spears jako najbardziej poszukiwanego przez internautów (oraz internautki) gwiazdora.

"Ten film to był żart. Wiele osób kręciło nosem na sam pomysł zrobienia czegoś w typowym disnejowskim stylu. To Geoffrey Rush pierwszy wspomniał mi o tym projekcie" - Bloom wspomniał moment, kiedy dowiedział się o realizacji "Piratów z Karaibów".


"Pracowaliśmy wspólnie w Australii nad filmem 'Ned Kelly', Rush powiedział wtedy, że scenariusz 'Piratów...' jest świetny, i że powinienem się nim zainteresować. Nadal wiszę mu dziesięć procent mojej gaży, stale mi o tym przypomina" - śmieje się Bloom.

Był to idealny moment na rozpoczęcie nowej filmowej przygody, Peter Jackson zakończył bowiem właśnie realizację ostatniej części "Władcy Pierścieni". Bloom zainteresował się więc ciekawą propozycją i dostał rolę! Jego postać - Will Turner - była niewątpliwie marzeniem każdej dziewczyny - wierny, waleczny, przystojny, wysportowany.

Nic dziwnego, że w 2007 roku czytelniczki brytyjskiego wydania magazynu "Cosmopolitan" wybrały właśnie Blooma na gwiazdora, z którym najchętniej umówiłyby się na randkę, a brytyjski aktor począwszy od 2003 roku, nieustannie plasował się w czołówce najbardziej seksownych i najbardziej pożądanych "ciach" Hollywood.

Kolejnymi występami - w "Królestwie niebieskim" Ridleya Scotta, "Troi" Wolfganga Petersena czy "Elizabethtown" Camerona Crowe'a - utwierdził silną pozycję na międzynarodowej arenie.

Kiedy wydawało się, że każda rola jest dla niego na wyciągnięcie ręki, Bloom zdecydował się... na przerwę. Odmówił udziału w czwartej części "Piratów z Karaibów", stawiając sobie nowe wyzwanie. Teatr! Na londyńskiej scenie zadebiutował w 2007 roku w teatrze Duke of York sztuce "In Celebration".

Sztuka autorstwa Davida Storeya sceniczną premierę miała w 1969 roku na deskach Royal Court Theatre. W latach 70. na jej podstawie zrealizowano film z Alanem Batesem, Jamesem Bolamem i Billem Owenem w głównych rolach.

Bloom wcielił się w niej w postać jednego z trzech braci, powracających po latach rozłąki do swego rodzinnego domu, gdzie następuje ich emocjonalne pojednanie.

Gwiazdor zebrał za swój występ pozytywne recenzje. Aktor chwalony był za "szczególną wrażliwość", jedynie "Daily Mail" określiło debiut "rozczarowującym". Dodał jednak, że to "nie wina aktora, który dostał za małą rolę".

Ostatnie lata to jednak - wbrew wcześniejszym deklaracjom - powrót Blooma do bohaterów, którzy zapewnili mu popularność i status gwiazdy.

Najpierw ponownie wcielił się w postać rolę elfa Legolasa w dwóch częściach "Hobbita", w 2017 roku zobaczymy go zaś w "Piratach z Karaibów: Zemście Salazara". Tak to popkultura zjada własne dzieci...

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Orlando Bloom

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje