Nikolaj Coster-Waldau wraca do "Gry o tron"

- Nie chciałem do końca życia być trzymającym się na uboczu europejskim dziwakiem, który z dala od reszty towarzystwa popala własnoręcznie skręcane papierosy i ma wredny wyraz twarzy - śmieje się Nikolaj Coster-Waldau.

Gra o Hollywood

Reklama

43-letni duński aktor może dziś z czystym sumieniem powiedzieć, że udało mu się uniknąć tego losu. Coster-Waldau pokonał przeszkody piętrzące się na drodze wszystkich, którzy urodzili się poza Stanami Zjednoczonymi, a próbują swoich sił w Hollywood. Największy udział miał w tym chyba bijący rekordy popularności na całym świecie serial "Gra o tron", w którym gra jedną z głównych ról.

Produkcja HBO, oparta na serii powieści fantasy "Pieśń Lodu i Ognia" autorstwa George'a R. R. Martina, wyczarowuje przed oczyma widza świat nawiązujący do staroangielskich legend; świat zamków, rycerzy wymachujących mieczami i latających smoków.

W serialu Coster-Waldau mówi z brytyjskim akcentem, ale podczas naszej telefonicznej rozmowy brzmi zdecydowanie bardziej jak Amerykanin. Międzynarodowa kariera filmowa stała się udziałem nielicznych Duńczyków będących jego rówieśnikami (jako pierwsze do głowy przychodzą dwa nazwiska: Mads Mikkelsen i Connie Nielsen), ale Coster-Waldau od dawna polował na to trofeum.

- Zawsze chciałem pracować z Brytyjczykami i Amerykanami. Mam tu na myśli zarówno aktorów, jak i reżyserów - wyjaśnia. - Powód jest bardzo konkretny: jako dziecko i nastolatek oglądałem filmy brytyjskie i amerykańskie, chłonąłem je i zachwycałem się nimi, i tak w mojej głowie narodziło się marzenie o współpracy z ich twórcami.

- Tylko jedna droga prowadziła do tego celu - dodaje. - Musiałem szlifować angielski. Okazało się to jednak trudniejsze, niż przypuszczałem. Język zawsze jest problemem, bo to coś, co w oczywisty sposób ogranicza obcokrajowca. Możesz być najlepszym aktorem, ale jeśli twój akcent będzie zbyt słyszalny, będzie to miało przełożenie na perspektywy zatrudnienia.

Minęły już cztery lata od dnia, w którym Coster-Waldau po raz pierwszy ujął w dłoń miecz, przeistaczając się w pozbawionego zasad moralnych Jaime'ego Lannistera. Przez trzy sezony "Gry o tron" widzowie rozkoszowali się nienawiścią do tego bohatera, który pozostawał w kazirodczym związku ze swoją siostrą-bliźniaczką, Cersei (Lena Headey) i spłodził z nią troje dzieci. Kiedy mały Bran Stark (Isaac Hempstead Wright) przyłapał Jaime'a i Cersei w niedwuznacznej sytuacji, bezwzględny Lannister wypchnął go z okna wieży. Gdy w finale trzeciego sezonu odcięto mu prawą dłoń, wielu odebrało to jako zasłużoną karę za jego występki.

Jaime zaczyna dojrzewać

W pierwszym odcinku czwartego sezonu "Gry o tron" mogliśmy zobaczyć, jak Jaime Lannister - teraz już z charakterystyczną protezą odciętej prawicy - uczy się władać mieczem, trzymając go w lewej dłoni. Dla praworęcznego aktora było to nie lada wyzwanie. Coster-Waldau porównuje je do przerzucania rakiety z prawej do lewej ręki w tenisie czy badmintonie.

- Nie chodzi o to, że nie da się tego zrobić, ale jest to naprawdę niewygodne - mówi. - Trzeba się nauczyć danej czynności od nowa. Kiedy trzymasz miecz w lewej dłoni, a ktoś naciera na ciebie, czujesz coś, co w zasadzie można nazwać strachem. Nie ulega jednak wątpliwości, że będę się musiał mocno przyłożyć do nauki, bo coś mi mówi, że Jaime opanuje tę sztukę szybciej niż ja. Mam więc zadanie do wykonania.

Na początku sezonu czwartego Coster-Waldau walczy z Jerome'em Flynnem, który w serialu gra Bronna. - To była nasza pierwsza wspólna scena, w związku z czym musieliśmy się najpierw poznać pod względem czysto aktorskim. W takich sytuacjach zbudowanie obopólnego zaufania jest konieczne, zwłaszcza jeśli dwóch facetów ma się okładać mieczami - opowiada Coster-Waldau.

- Przygotowania do takich ujęć trwają zawsze dłużej niż ich rejestracja, bo na błędy naprawdę nie można sobie pozwolić. Za którymś razem Jerome zamierzył się, by zadać mi cios w głowę, a ponieważ ja zareagowałem z opóźnieniem, o mało mi jej nie uciął! Chociaż nic mi się nie stało, to uświadomiłem sobie, jak bardzo ostrożnym trzeba być w obliczu takich okoliczności - dodaje.

Jaime Lannister powraca do Królewskiej Przystani, stolicy Siedmiu Królestw, po długiej niewoli. Podczas podróży powrotnej rodzą się w nim ciepłe uczucia do Brienne z Tarthu (Gwendoline Christie), która pomogła 6mu w ucieczce. Wpływ Brienne na dumnego rycerza jest ogromny.

- Związek mojego bohatera z jego siostrą jest, najdelikatniej mówiąc, skomplikowany - mówi Coster-Waldau. - I oto nagle Jaime odkrywa, że może ufać komuś spoza swojej rodziny, i że na świecie są jeszcze ludzie honoru, jak Brienne. Wydaje mi się, iż on sam nie przypuszczał wcześniej, że ta nowa znajomość może mieć dla niego takie znaczenie.

Aktor sugeruje, że Jaime będzie powoli stawał się takim człowiekiem, jakim zawsze chciał widzieć go jego ojciec, lord Tywin (Charles Dance), głowa rodu Lannisterów i największy bogacz Siedmiu Królestw. - Późno, bo późno - ma w końcu 40 lat - ale wreszcie mój bohater zaczyna dojrzewać - mówi aktor. (...)

Dawno temu w Danii

Nikolaj Coster-Waldau przyszedł na świat w duńskim miasteczku Rudkobing. Świat filmu fascynował go od najmłodszych lat. Do dziś pamięta, jak z zapartym tchem oglądał "Dawno temu w Ameryce" Sergia Leone.

- Bardzo poruszyła mnie historia głównego bohatera, granego przez Roberta De Niro - wspomina. - W Nowym Jorku gangsterów i potomków włoskich imigrantów było coś, co mnie pociągało. Chociaż mieszkałem wówczas w maleńkim miasteczku w Danii, tak bardzo oddalonym od wielkiego świata, bardzo mocno utożsamiałem się z tymi postaciami. Widziałem ten film wiele razy. To on pomógł mi zrozumieć, co chciałbym robić w życiu. Ta historia ma w sobie niesamowitą głębię.

Mimo iż w Hollywood propozycji dlań nie brakuje, Coster-Waldau nie ma zamiaru wyprowadzać się z Danii na stałe. - W życiu ważna jest (a przynajmniej ja tak uważam) znajomość samego siebie i konkretny punkt odniesienia - mówi. - Jeśli na co dzień udajesz innych ludzi, nie możesz mieć problemów ze swoją tożsamością. Mój zawód wymaga też ode mnie nieustannego przemieszczania się, a w tej sytuacji dobrze jest móc zawsze wrócić do "bazy".

- Gdybyśmy rzeczywiście mieli się przenieść całą rodziną do USA, wybór siłą rzeczy padłby na Los Angeles. Ale szybko okazałoby się, że moi bliscy siedzieliby w domu sami, podczas gdy ja kręciłbym film w Toronto, Oslo czy jeszcze gdzieś indziej. Nie widzę w ewentualnej przeprowadzce żadnych plusów, chyba że mówimy o pogodzie. Ale właściwie to lubię deszczową aurę.

Obecnie Coster-Waldau przebywa w słonecznej Australii, na planie filmu "Gods of Egypt". Tytuł ("Bogowie Egiptu" - przyp. red.) jest jak najbardziej dosłowny. Duński aktor wciela się w mitycznego boga Horusa. Jego adwersarzem jest Gerard Butler, który gra boga Seta. - Właśnie wybieram się ćwiczyć sceny kaskaderskie w towarzystwie tej szkockiej bestii - żartuje mój rozmówca.

Po drugiej stronie

Ostatnio Nikolaj miał okazję spróbować czegoś zupełnie nowego. Po raz pierwszy wystąpił w komedii, w dodatku u boku samej Cameron Diaz. "Inna kobieta" wchodzi właśnie na ekrany kin.

- Świetnie się bawiłem - przyznaje. - To zupełnie inny gatunek filmowy: są żarty, są gagi... jak w przypadku każdego innego filmu, tak i tu chodzi jednak o to, by znaleźć w swoim bohaterze coś, do czego będą się mogli odnieść widzowie. Mimo to pewne rzeczy są poza moim zasięgiem. Są tacy aktorzy komediowi, którzy grają całym swoim ciałem i są w tym fantastyczni. Ja tego nie potrafię. Tak czy inaczej, ryzykownie jest rozmawiać o tym teraz, tuż przed premierą. Być może usłyszę, że powinienem zapomnieć o komedii.

Pytany o to, czy woli grać w komediach, dramatach czy dreszczowcach, Coster-Waldau przytomnie odpowiada, że najważniejsza jest dla niego osoba reżysera. - To klucz do sukcesu. Jeśli reżyser schrzani swoją robotę, to film zwyczajnie będzie kiepski. To samo dotyczy zresztą producenta, scenarzysty, operatora, kompozytora, montażystów i obsady. W moim zawodzie najbardziej podoba mi się to, że opiera się on na pracy grupowej. Owszem, reżyser stoi w centrum tego procesu, ale efekt jego starań zależy całkowicie od tego, czy inni wiosłują w tym samym kierunku.

- Z drugiej strony, nigdy nic nie wiadomo. Nawet jeśli jesteś przekonany, że zagrałeś w świetnym filmie, widzowie wcale nie muszą się nim zachwycić. Trzeba więc cieszyć się przygodą, dopóki trwa, dawać z siebie wszystko i być przygotowanym na każdy rezultat.

Aktor próbował już swoich sił jako scenarzysta i producent, a pewnego dnia chciałby też zasiąść na krześle reżyserskim. - Chciałbym przekonać się, jak to jest. Kiedy o tym myślę, widzę się w tej roli. Nie spodziewam się fajerwerków, ale mam ochotę spróbować. Pracowałem już z wieloma wybitnymi reżyserami, więc na pewno będę się miał czym inspirować.

© 2014 Karl Rozemeyer

Tłum. Katarzyna Kasińska

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje