Reklama

Reklama

Najgorsze role hollywoodzkich aktorek

Nawet najlepszym zdarza się gorsza rola i hollywoodzkie aktorki nie są w tej kwestii wyjątkami. Zdobywczynie Oscarów i innych nagród często miały okazję postawić obok statuetki Akademii Złotą Malinę. Oto lista niesławnych ról, które najbardziej zapadły nam w pamięci.

Cameron Diaz - "Inna kobieta" i "Sekstaśma"

Rok 2014 nie był szczególnie udany dla Cameron Diaz. Aktorka zagrała wtedy w dwóch filmach, a oba jej występy spotkały się z negatywnym przyjęciem. W "Innej kobiecie" jej bohaterka odkrywa, że jej chłopak ma żonę oraz inną kochankę. Trzy panie planują wspólną zemstę, a przy okazji zaprzyjaźniają się. Wszystko prowadzi do szeregu zużytych niesmacznych dowcipów, na czele z użyciem środka na przeczyszczenie. 

Z kolei w "Sekstaśmie" Diaz wcieliła się w panią domu, która w ramach podniesienia temperatury małżeńskich zbliżeń, namawia męża na utrwalenie swych igraszek na tablecie. Niestety, film zostaje zapisany w "chmurze" i trafia do znajomych bohaterów. Para stara się uniemożliwić rozpowszechniania wideo za wszelką cenę, co w finale prowadzi ją do siedziby internetowego serwisu pornograficznego. Tutaj również twórcy sięgają po kloaczny humor. Obie role przyniosły Diaz Złotą Malinę, przyczyniły się także do ogłoszenia przez aktorkę przerwy w karierze. Zamiast je oglądać, lepiej przypomnieć sobie inną wulgarną, ale przynajmniej zabawną, komedię z Diaz - "Sposób na blondynkę".

Reklama

Natalie Portman - "Gwiezdne wojny: Część II - Atak klonów"

Gdy rozpoczynały się zdjęcia do "Mrocznego widma", pierwszego epizodu nowej trylogii "Gwiezdnych wojen", Natalie Portman dla większości widzów wciąż była Matyldą z „Leona Zawodowca”, młodą nadzieją kina. Rola księżniczki Amidali, władczyni planety Naboo oraz matki Luke'a Skywalkera i Lei Organy, okazała się dla niej pierwszą błędną zawodową decyzją. 

Największa fala krytyki przyszła wraz z premierą "Ataku klonów", drugiego epizodu sagi. Główny akcent filmu został położony na wątek miłosny Amidali i Anakina Skywalkera, który w przyszłości miał się stać Darthem Vaderem. Na wierzch wyszły wszystkie wady w warsztacie reżyserskim i scenariopisarskim George'a Lucasa, który wybitnie nie potrafi pisać romansów. Portman i wcielający się w Anakina Hayden Christiansen przez większość czasu patrzą się na siebie niezręcznie, co ma symbolizować zauroczenie. 

Najgorzej wypadają jednak łopatologiczne dialogi między dwójką zakochanych. Oboje deklamują je z kamiennymi twarzami, nie pozwalając sobie na jakiekolwiek emocje. Trylogia zakończyła karierę Christiansena. Na szczęście Portman udowodniła, że gwiezdna saga była dla niej tylko wypadkiem przy pracy. Już w 2005 roku została nominowana do Oscara za rolę w „Bliżej”. Statuetkę zdobyła w 2011 roku za kreację w "Czarnym łabędziu".

Susan Sarandon - "Spadaj, tato"

Adam Sandler taśmowo kręci kolejne komedie, w których wciela się w irytujących zdziecinniałych mężczyzn. Droga na dno jest długa, więc dla towarzystwa zabiera ze sobą znanych i utalentowanych aktorów, którym powierza role drugoplanowe. Do swoich filmów stale angażuje Steve'a Buscemiego i Johna Turturro, w "Jacku i Jill" zagwarantował Alowi Pacino najgorszy występ w karierze, a w "Pikselach" kazał Peterowi Dinklage'owi walczyć z kosmitami w kształcie Donkey Konga. 

W "Spadaj, tato", komedii z 2012 roku, Sandler wciela się w Donny'ego, czterdziestoletniego bezrobotnego, który w wieku dwunastu lat przeżył romans z jedną ze swoich nauczycielek. Wynikiem schadzek był wyrok więzienia dla kobiety oraz narodziny syna pary kochanków. Po 28 latach Donny postanawia odnowić kontakt ze swoją latoroślą, odnoszącym sukcesy biznesmenem, by ten pomógł mu spłacić długi. Susan Sarandon wciela się w nauczycielkę, będącą miłością bohatera. Aktorka po zdobyciu Oscara za "Przed egzekucją" nie otrzymywała już propozycji filmowych ról na miarę swojego talentu. Te znajdowała w telewizji, między innymi w produkcji "Jack, jakiego nie znacie" oraz mini-serialu "Konflikt: Bette i Joan". W "Spadaj, tato" pojawiła się tylko na chwilę, wystarczyło to jednak, by wywołać zgrzyt. Kiedy wydaje się, że nie może być gorzej, Sandler wyciąga z niebytu rapera Vanillę Ice'a. I wtedy boli naprawdę.

Halle Berry - "Movie 43"

"Movie 43" jest jednym z najgorszych filmów w historii kina. Spotkanie niezbyt utalentowanego scenarzysty z producentem jest punktem wyjścia do snucia mniej lub bardziej dennych pomysłów. W pierwszym Hugh Jackman ma jądra w miejscu jabłka Adama. Potem jest tylko gorzej. Apogeum żenady osiąga nowela "Prawda czy wyzwanie", w której bohaterowie grani przez Halle Berry i Stephena Merchanta zaczynają grać w czasie randki w tytułową zabawę. 

Oboje za każdym razem wybierają drugą opcję, co owocuje takimi „prześmiesznymi” sytuacjami, jak powiększenie piersi do ekstremum, poddanie się operacjom plastycznym w celu upodobnienia się do Azjaty czy masturbacja udkiem kurczaka oblanym ostrym sosem. Halle Berry zawsze miała dystans do swej kariery, co udowodniła odbierając Złotą Malinę z tytułową kreację w "Kobiecie-Kot", przy okazji parodiując swoją oscarową przemowę. Do swojego występu w "Movie 43" nigdy się jednak nie odniosła. Z kolei partnerujący jej Stephen Merchant tłumaczył, że bardzo chciał z nią współpracować i zgodziłby się na zagranie w czymkolwiek.

Rooney Mara - "Piotruś. Wyprawa do Nibylandii"

Obsadzenie Rooney Mary, aktorki obdarzonej jasną cerą, w roli Indianki nie było najlepszym pomysłem i wywołało liczne protesty. Zarzuty o "whitewashing" przypieczętowały porażkę filmu Joe Wrighta będącego prequelem opowieści o Piotrusiu Panie – chłopcu, który nie chciał dorosnąć. "Wyprawa do Nibylandii" okazała się nudnym pokazem komputerowych efektów specjalnych średniej jakości. Rola Mary jest jednym z najgorszych aspektów dzieła, nawet bez kontrowersji związanych z castingiem. 

Znana z "Dziewczyny z tatuażem" aktorka nie miała wcześniej większego doświadczenia z wysokobudżetowym kinem przygodowym i przez cały czas trwania filmu wydaje się zagubiona. Nie pomaga jej także fakt, że grający pirata Czarnobrodego Hugh Jackman czuje się na planie jak ryba w wodzie i zagarnia dla siebie uwagę widzów. Od czasu występu w obrazie Wrighta, Mara pojawia się w skromniejszych produkcjach. Jednym z nich jest lesbijski melodramat „Carol”, za który aktorka otrzymała nagrodę w Cannes oraz nominacje do najważniejszych wyróżnień, przede wszystkim Oscara i Złotego Globu.

Naomi Watts - "Diana"

Naomi Watts także pojawiła się w jednej z nowel w "Movie 43". Jednakże w tym samym roku trafił jej się film jeszcze bardziej kompromitujący. W „Dianie” wcieliła się w księżną Walii. Film opowiadał o ostatnich dwóch latach życia byłej żony księcia Karola, skupiając się przede wszystkim na jej romansie z pakistańskim chirurgiem Hasnatem Khanem. Przed premierą "Diana" wymieniana była w gronie filmów mogących zawalczyć o najważniejsze nagrody. Gdy jednak pojawiła się na ekranach kin, została zasypana negatywnymi recenzjami. Krytykowano spłycenie historii księżnej do poziomu adekwatnego dla tanich filmów telewizyjnych. Gorzkie słowa tyczyły się także gry Watts. Jeden z krytyków stwierdził nawet, że w roli głównej bardziej przekonujący byłby "Wesley Snipes w blond peruce".

Nicole Kidman - "Grace księżna Monako"

Historia lubi się powtarzać. "Grace księżna Monako", w którym Nicole Kidman wcieliła się w hollywoodzką aktorkę Grace Kelly, był - podobnie jak "Diana" - typowany przed premierą do Oscarów. Jednak jeszcze przed pierwszymi pokazami pojawiły się niepokojące informacje o konflikcie dotyczącym ostatecznej wersji montażowej między producentem Harvey'em Weinsteinem i reżyserem Olivierem Dahanem. Po premierze, która otworzyła 67. festiwal w Cannes, obecni na sali nie ukrywali swojego rozczarowania. Historia Kelly, która musiała zdecydować się, czy wróci do Ameryki kręcić kolejny film, czy pozostać przy mężu Reinerze III i wesprzeć go w konflikcie z Charlesem de Gaullem, została sprowadzona do taniego melodramatu. Niestety, negatywne wrażenie potęgowała kreacja Kidman. Aktorka przez połowę filmu rozsyła posągowy uśmiech. Gdy natomiast dochodziło do jakiegokolwiek ujawnienia emocji, szybko przeradzało się ono w nieznośną histerię. Film okazał się tak kiepski, że Weinstein ostatecznie zrezygnował z jego dystrybucji w Stanach Zjednoczonych.

Jennifer Lawrence - "X-Men: Apocalypse"

Jennifer Lawrence rozpoczęła swą przygodę z serią X-Men w momencie, gdy jej kariera dopiero nabierała rozpędu. Właśnie otrzymała swą pierwszą nominację do Oscara, ale największe sukcesy - morze nagród za "Poradnik pozytywnego myślenia" i występ w "Igrzyskach śmierci" - były wciąż przed nią. W "X-Men: Pierwszej klasie" wcieliła się w Mystique, zmiennokształtną mutantkę, która próbuje pogodzić się ze swoimi mocami. I wypadła świetnie. Jednak w sequelu pod tytułem "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie" jej zaangażowanie w rolę zdawało się być o wiele mniejsze. Z kolei w zamykającym trylogię "X-Men: Apocalypse" aktorka sprawia wrażenie zupełnie niezainteresowanej swoją rolą. Na ekranie znudzona wygłaszała kolejne kwestie bez jakichkolwiek emocji. W teorii Lawrence miała być nową twarzą serii po odejściu wcielającego się w Wolverine'a Hugh Jackmana. Chociaż jej udział w zapowiedzianym na 2018 rok "X-Men: Dark Phoenix" został potwierdzony, liczę, że jej rola zostanie zminimalizowana.

Penelope Cruz - "Zoolander 2"

Pierwsza część komedii "Zoolander" obfitowała w epizody gwiazd. Pojedynek modelów nadzorował David Bowie, Winona Ryder radziła bohaterowi, jak odbudować swoją karierę, a gdzieś w tłumie mignął nawet Donald Trump. Powstały w 2016 roku sequel kontynuował ten trend. Tym razem jednak gwiazdy mogły podchodzić do swoich epizodów z mniejszym entuzjazmem. Kiefer Sutherland okazywał się członkiem orgii Owena Wilsona, Ariana Grande brała udział w orgii zastępczej, Susan Sarandon też, a Benedict Cumberbatch wcielił się w żywy stereotyp osób transseksualnych. Boleśnie wypadła także Penelope Cruz - jako Valentina, włoska agentka Interpolu i obiekt uczuć tytułowego bohatera. Trudno zdecydować, kiedy hiszpańska aktorka męczy się bardziej - nieprzekonująco udając obcy akcent czy będąc świadkiem średnio zabawnych wygłupów Stillera i Wilsona.

Marion Cotillard - "Assassin's Creed"

Poziom gry aktorskiej Marion Cotillard zdaje się być odwrotnie proporcjonalny do wysokości budżetu jej filmów. Francuska aktorka jest wspaniała w skromnym produkcjach (chociażby u braci Dardenne w "Dwóch dniach, jednej nocy"), gorzej wypada natomiast w hollywoodzkich megahitach. Jej występ w superprodukcji "Mroczny Rycerz powstaje" z 2012 roku zaowocował nawet wysypem memów dotyczących jednej z kluczowych scen z jej postacią. W nieudanej adaptacji serii gier wideo "Assassin's Creed" Cotillard otrzymuje szczególnie niewdzięczną rolę. Jej postać stoi na czele projektu naukowego Animus, dzięki któremu możliwe jest odtworzenie genetycznej pamięci wybranego człowieka. Brzmi niezbyt logicznie, ale w grach pomysł ten stanowił jedynie punkt wyjścia do skakania po dachach i wspinania się na najwyższe wieże. Twórcy filmu postanawiają jednak dokładnie wytłumaczyć, jak działa to urządzenie, a kolejne monologi służące jedynie nudnej ekspozycji i wypełnione naukowym bełkotem wkładają w usta postaci Cotillard.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama