Reklama

Reklama

Marilyn Monroe i Arthur Miller: Dla niego chciała rzucić Hollywood

Oboje byli sławni i mieli status gwiazd. W niej podziwiano urodę i seksapil, jego ceniono za intelekt i literacki talent. Związek Marilyn Monroe i Arthura Millera pełen był wielkiej namiętności oraz burz.

Marilyn Monroe i jej mąż Arthur Miller w Nowym Jorku (1957), fot. Jack Clarity

"Powinnaś grać w teatrze" - powiedział jej przy pierwszym spotkaniu Arthur Miller. Ci, którzy stali obok nich, parsknęli śmiechem. Kto, Marilyn? Był rok 1951, plan komedii "As Young As You Feel", Monroe grała w niej małą rólkę. Na taką szansę czekała od dawna, raptem rok wcześniej pozowała do rozbieranych zdjęć, by zapłacić rachunki, teraz krytycy zaczęli ją dostrzegać.

Mężczyźni za to dostrzegali ją zawsze. Obojętnie, prości czy skomplikowani, sportowcy czy intelektualiści. Joe DiMaggio, bejsbolista, czy właśnie Miller, pławiący się w blasku nagrody Pulitzera za "Śmierć komiwojażera". Gdy podała mu rękę, przeszedł go dreszcz. Ją też. "Spotkałam dziś mężczyznę..." - zapisała w dzienniku.

Reklama

To Marilyn czy Norma?

Gdy po pięciu latach spotkali się znowu, tym razem na planie "Przystanku autobusowego", stawki nieco się wyrównały. Marilyn okrzyknięto właśnie najszybciej wschodzącą gwiazdą filmową USA, Miller zaś męczył się akurat nad kilkoma nowymi scenariuszami, a oskarżenia o rzekomą działalność komunistyczną groziły mu zawodową katastrofą.

W jego małżeństwie z poznaną jeszcze w college’u dziewczyną od dawna nie działo się najlepiej, Marilyn w międzyczasie zdążyła wziąć głośny ślub i jeszcze głośniejszy rozwód z wiecznie zazdrosnym DiMaggio. Dobrze pamiętała tamtą uwagę Millera o teatrze - całe życie czekała, by usłyszeć takie słowa. Skoro on coś w niej dojrzał - starszy o 10 lat literat, żydowski myśliciel - widocznie musiało w niej coś być.

"Jesteś najsmutniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek spotkałem" - powiedział jej później. Uśmiechnęła się z wdzięcznością. "Nikt nigdy jeszcze mnie tak nie nazwał" - odparła.


Miller dostrzegł w niej to, co inni mężczyźni woleli ignorować. Nie była trzpiotką, zahukaną królewną, a w każdym razie nie tylko.

Były dwie Marilyn, a raczej Marilyn i Norma, Norma Jean Baker, bo tak naprawdę się nazywała. Norma miała paskudne dzieciństwo. Matka - wariatka, lekomanka i alkoholiczka, wczesna śmierć ukochanej babci, parada rodzin zastępczych, sierociniec, molestowanie, bicie, duszenie, pożar. Wreszcie ślub z chłopakiem z sąsiedztwa w dniu jej 16. urodzin: najszybciej, jak się dało, żeby tylko uciec, no i oczywiście zaraz potem rozwód.

Kiedy odurzona środkami nasennymi Marilyn zasypiała w pełnej pachnącej piany wannie i nie pojawiała się na planie zdjęciowym, tłumaczyła się potem słodkim głosikiem: "Och, ale to nie Marilyn wyleguje się w wannie, to Norma! Daję jej trochę przyjemności, przecież wcześniej kąpała się w brudnej wodzie po ośmiu osobach".

Millerowi takie rozdwojenie jaźni i niezaspokojone ambicje nie były obce. Był biednym żydowskim chłopakiem z Manhattanu, synem ciężko pracujących imigrantów z Galicji. Niepiśmienny ojciec prowadził małą fabryczkę damskiej odzieży, ale po Wielkim Kryzysie rodzina nie miała pieniędzy na studia i Arthur, by opłacić czesne, tyrał po nocach.

Oboje śnili podobne sny. Ona o tym, by mimo platynowej fryzury zostać poważną aktorką, on, by mimo rogowych okularów zaznać trochę blasku. Zdjęcia do "Przystanku" zakończyły się pod koniec maja 1956 r., a dwa tygodnie później Miller był już rozwiedziony. 29 czerwca w jego domu w Connecticut państwo młodzi powiedzieli sobie "tak". Ceremonia trwała cztery minuty, a na żydowskie wesele dwa dni później zaproszono zaledwie 25 gości. Jeden z nich życzył: "Oby wasze dzieci miały urodę Arthura i inteligencję Marilyn!".

"Jajogłowy żeni się z Klepsydrą" - podsumował magazyn "Variety", a poważniejsze tytuły zastanawiały się, czy aby ślub z najseksowniejszą kobietą na świecie nie był sprytnym planem pisarza, by odwrócić uwagę od rozpoczynającego się przeciw niemu śledztwu opętanego antykomunistyczną paranoją senatora McCarthy'ego. Oskarżenie o wspieranie Rosji w zimnowojennej Ameryce równało się wręcz zawodowemu wyrokowi śmierci.

Marilyn, ryzykując karierą i wbrew sprzeciwom wytwórni filmowych, towarzyszyła Millerowi na każdym przesłuchaniu.

Będę się bardziej starać

Niebawem nadarzyła się okazja, by uciec od plotkarskiej i politycznej nagonki. "Najdziwniejsza para Ameryki" ruszyła do Londynu, na plan "Księcia i aktoreczki" z Laurence'em Olivierem w roli głównej. Niestety, sir Larry nie dostrzegał w Monroe żadnej złożoności, a jej ciągłe wahania i tremę perfekcjonistki brał za fochy rozpaskudzonej gwiazdeczki.

Miller niechętnie zajął pozycję mediatora, a Marilyn widziała, że wije się jako jej obrońca i w głębi ducha bliżej mu do Oliviera. Któregoś wieczora natknęła się na otwarty dziennik męża, w którym wyrażał wątpliwości, czy aby ich ślub był dobrym pomysłem. Żona miała być przecież boginią, a okazała się zwykłą dziewczyną.

A więc znowu! Znów ją zdradzono, znów wyszła na idiotkę, znów była nic nie warta. I znów na to zasługiwała, bo przecież wszyscy widzieli, że nie umie się dobrze posługiwać sztućcami, że nie przebrnęła przez "Ulissesa", choć na pozowanych fotografiach udaje, że go czyta, że nie pamięta swoich kwestii i nie może rano wstać z łóżka.

Znajomi opisywali, jak to Millerów miało odwiedzić zaprzyjaźnione małżeństwo. Marilyn przygotowała jedzenie i chciała wycofać się do pokoju obok, zostawiając męża samego z gośćmi.  "Ależ oni przyjeżdżają do nas obojga" - tłumaczył. A Marilyn: "Kto by się chciał ze mną spotykać". Przecież będą się z niej śmiać.


Rozpacz zalewała litrami wina i garściami środków na uspokojenie, doprowadzając Oliviera, Millera i resztę filmowej ekipy do granic wytrzymałości. Pod koniec zdjęć przeprosiła współpracowników za swoje zachowanie. A po powrocie do Nowego Jorku będzie się bardzo, bardzo starała. I wszystko się zmieni.

Marilyn na 18 miesięcy bierze wolne od filmu. Uczy się gotowania żydowskich potraw według przepisów teściowej, usiłuje zostać prawdziwą panią domu. "Nienawidzę Hollywood - mówi Arthurowi. - Nie chcę już tego wszystkiego. Chcę cichego życia na wsi i być na wyciągnięcie Twojej dłoni". "Nauczę się piec chleb, będę sama robić makaron" - zapowiada. I znów klęska... "W kuchni nie było niczego do jedzenia, Marilyn wydawała się smutna, Arthur zirytowany" - opisywał swoją wizytę jeden ze znajomych. - W końcu wzięliśmy coś na wynos".

Nie wychodziły im też starania o dziecko. Marilyn poroniła dwa razy.

Ostatni dramat

Uważaj, o czym marzysz, bo marzenia mogą się ziścić. Może Marilyn nie znała tego powiedzenia? Mąż spełnia jej największe pragnienie - pisze dla niej scenariusz. Nie głupią komedię, a "prawdziwy" film, w którym mogłaby w pełni pokazać swój talent.

"Skłóceni z życiem" okażą się wielkim sukcesem, ale przyniosą koniec ich związku. Bohaterka stworzona przez Millera niepokojąco przypomina prawdziwą Marilyn i jej życiowe dramaty. Takiej prawdy o sobie  i tego, że właśnie w ten sposób postrzega ją podziwiany mąż, aktorka nie potrafiła znieść.

Zdjęcia ruszyły w lipcu 1960 r. w skwierczącym upale pustyni Nevada. Choć wydawało się to niemożliwe, Marilyn udało się zachowywać jeszcze gorzej niż przy poprzednich filmach. Zapominała tekstu, przychodziła spóźniona pół dnia, charakteryzatorzy przygotowywali ją nieprzytomną od koktajlu środków nasennych, a w połowie zdjęć musiano ogłosić przerwę, by aktorka przeszła w szpitalu detoks.

Miller zresztą nie ułatwiał Monroe zadania - miał zwyczaj zmieniać jej sceny w przeddzień kręcenia. Sam rozpoczął romans z fotosistką filmu, Inge Morath, która niebawem zostanie jego trzecią żoną. Rozwód z Marilyn wziął tak szybko, jak ślub - 11 listopada 1961 r.

"Skłóceni z życiem" okazali się ostatnim ukończonym filmem w karierze Marilyn. Półtora roku później znaleziono ją martwą.

MP

Życie na Gorąco Retro
Dowiedz się więcej na temat: Marylin Monroe | Arthur Miller

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje