Marian Kociniak: Teraz czekam już głównie na śmierć

Uwielbiał film i teatr. Granie to była dla niego świętość, za to mówienie o rolach miał za nic. Nade wszystko na świecie kochał żonę Grażynę. Umarł krótko po niej, 17 marca 2016 w Warszawie.

Marian Kociniak w 2009 roku

Taka miłość zdarza się bardzo rzadko... On był genialnym aktorem, ona montażystką filmową i kobietą, bez której wszystkie role, zaszczyty, całe to niesłabnące uwielbienie, jakie spadło na niego po sukcesie "Jak rozpętałem drugą wojnę światową", okazały się niewiele warte. Przeżyli razem pół wieku. Grażyna Pliszczyńska-Kociniak odeszła 11 lutego. Pan Marian powiedział wówczas: - Teraz czekam już tylko na śmierć... Poszedł za nią miesiąc później, w nocy ze środy na czwartek 17 marca 2016. Miał 80 lat.

Reklama

Przyszedł na świat 11 stycznia 1936 roku w Warszawie. Był synem stolarza z Dolnego Mokotowa. W domu rodzinnym nigdy się nie przelewało, nic więc dziwnego, że młody Maniek miał jedno - nader przyziemne - marzenie: żeby się wreszcie dobrze najeść.

Sen o profesjonalnym aktorstwie przyszedł później i został z nim do samego końca. Świetny aktor o charakterystycznym głosie, kochający grać "bebechami", człowiek obdarzony niezwykłym poczuciem humoru, ale też zdrowym dystansem do tego wszystkiego, co kojarzy się z gwiazdorstwem, skończył studia w 1959 roku. Od tej pory uwodził na scenie charyzmą i dowcipem. Nigdy nie nudził - taki miał cel! A o tym, że w pełni panuje nad widzem, wiedział doskonale.. Sam się do tego przyznał, czując, że brzmi to... cóż, odrobinę nieskromnie.

Miałby o czym mówić - wystąpił w ponad 30 filmach, setkach spektakli (głównie na deskach Teatru Ateneum, z którym był związany w latach 1959-2010) i wielu inscenizacjach Teatru TV - dawno temu postanowił jednak, że nie będzie udzielał wywiadów. Podobno miał wstręt do teoretyzowania. Nie cierpiał gadać o postaciach, wolał je grać. Tego wstrętu nabrał po części za sprawą powtarzających się bez końca pytań o pewnego kanoniera robiącego w konia Niemców.

No właśnie... Polacy najlepiej pamiętają go z roli sprytnego strzelca Franka Dolasa w trzyczęściowej komedii "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" (1969) Tadeusza Chmielewskiego. Ba, wielu z nas do dzisiaj uśmiecha się, gdy z małego ekranu da się słyszeć słynną frazę: "Grzegorz Brzęczyszczykiewicz, Chrząszczyrzewoszczyce, powiat Łękołody".

Inna legendarna kreacja Kociniaka to tchórzliwy, przesadnie zapatrzony w siebie megaloman, czyli Murgrabia z serialu "Janosik" (1974) Jerzego Passendorfera. Jest także w każdym calu uroczy Marcin Kabat ze spektaklu "Igraszki z diabłem" (1979) Jana Drdy - ten nieustraszony żołnierz wraca z wojaczki, a że po drodze trafia do zamieszkanego przez wszelkiej maści diabły Czarciego Młyna, nieźle piekielnej braci popalić. Tu na planie Marian spotkał się ze stryjecznym bratem, Janem Kociniakiem.

Miał nie tylko talent aktorski, lecz także coś magicznego w głosie. To on śpiewał piosenkę tytułową w "Powtórce z rozrywki" na antenie Trójki. Wielu z nas pamięta go też z cyklu słuchowisk "60 minut na godzinę. Kulisy srebrnego ekranu", w których rozmawiał z Andrzejem Zaorskim o kinie. - Fajny film wczoraj widziałem - tak zaczynały się te błyskotliwe "debaty". Raz postać kreowana przez Kociniaka, niejaki Maniek, wyznała Jędrkowi-Zaorskiemu: - Tak żeśmy się z Ceśką umówili, że jak któreś z nas wcześniej umrze, to ja wracam na wieś... Ot, żart, ale jakże wymowny.

23 marca pan Marian spoczął na cmentarzu ewangelicko-reformowanym przy ul. Żytniej w Warszawie w grobie rodzinnym, obok ukochanej żony.

Maciej Misorny

Dowiedz się więcej na temat: Marian Kociniak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje