Reklama

Leszek Teleszyński: Gwiazdor "Trędowatej" był bohaterem obyczajowego skandalu

Leszek Teleszyński zapisał się w historii polskiego filmu, teatru i telewizji wieloma wspaniałymi rolami. To on wcielił się w Radziwiłła w "Potopie", ordynata Waldemara Michorowskiego w "Trędowatej" i pilota Krzysztofa Wernera w pierwszej polskiej telenoweli "W labiryncie". Najbardziej traumatycznym doświadczeniem jego kariery była jednak współpraca z Andrzejem Żuławskim. Teleszyński był też bohaterem obyczajowego skandalu, kiedy odbił żonę znanemu pisarzowi Jarosławowi Abramowowi-Newerly'emu.

Leszek Teleszyński zapisał się w historii polskiego filmu, teatru i telewizji wieloma wspaniałymi rolami. To on wcielił się w Radziwiłła w "Potopie", ordynata Waldemara Michorowskiego w "Trędowatej" i pilota Krzysztofa Wernera w pierwszej polskiej telenoweli "W labiryncie". Najbardziej traumatycznym doświadczeniem jego kariery była jednak współpraca z Andrzejem Żuławskim. Teleszyński był też bohaterem obyczajowego skandalu, kiedy odbił żonę znanemu pisarzowi Jarosławowi Abramowowi-Newerly'emu.
Leszek Teleszyński w filmie "Trzecia część nocy" /Polfilm 1 /East News

Leszek Teleszyński urodził się 21 maja 1947 roku w Krakowie. W 1969 roku ukończył krakowską Państwową Wyższą Szkołę Teatralną i zadebiutował na scenie teatralnej rolą Roberta Faulconbridge'a w spektaklu "Król Jan według Szekspira" Durrenmatta w reżyserii Ireny Babel. Grał w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie, w warszawskim Teatrze Narodowym i Teatrze Polskim.

Jako aktor filmowy kojarzony jest przede wszystkim z kreacji Bogusława Radziwiłła w "Potopie" i ordynata Waldemara Michorowskiego w "Trędowatej". To właśnie reżyserowi tych obrazów - Jerzemu Hoffmanowi, Teleszyński zawdzięcza popularność.

Reklama

"To jego filmy - 'Potop', w którym zagrałem Bogusława Radziwiłła i przede wszystkim 'Trędowata', w którym wcieliłem się w ordynata Waldemara Michorowskiego - miały ogromną widownię i dały mi największą popularność" - uważa aktor.

Czarne charaktery? Kobietom to nie przeszkadzało

Kiedy w 1976 roku w kinach swoją premierę miała "Trędowata" Jerzego Hoffmana, wszystkie Polki oszalały na punkcie przystojnego ordynata Waldemara Michorowskiego. Teleszyński zyskał wówczas sławę, rozgłos i uwielbienie kobiet. 30-letni aktor był jednak na to przygotowany - od lat wzdychały do niego piękne kobiety, które nie wahały się zaczepiać go na ulicy.

"Szliśmy przez Kraków z Jurkiem Trelą i Leszkiem i słyszeliśmy damskie westchnienia: 'Patrzcie, co za facet. Ideał. Cudo'. Nie mieliśmy wątpliwości, który z nas wzbudzał takie emocje" - wspominał kolegę aktor Henryk Talar.

W latach 70. i 80. był jednym z najbardziej lubianych przez widzów polskich aktorów. Nawet gdy grał łajdaków, cieszył się sympatią, a kobiety kochały się w nim na zabój...

"Lubię wcielać się w czarne charaktery. Staram się nigdy nie grać... grubą czarną kreską, bo wydaje mi się to po prostu nieciekawe. Zawsze szukam szarości, czegoś pośredniego, staram się każdej postaci nadać cechy ludzkie" - mówił w jednym z wywiadów.

W 1998 roku aktor zaczął grać w serialu "Złotopolscy", w którym przez 13 lat wcielał się w rolę senatora Jerzego Kowalskiego. Niestety, kiedy TVP podjęło decyzję o zakończeniu produkcji telenoweli, Teleszyński zniknął z ekranów. Mogliśmy go jeszcze oglądać w epizodycznych występach w "Barwach szczęścia", pojawił się też w małych rolach w dwóch filmach: "Wyklęty" i "Na układy nie ma rady" -

"Miałem parę przerw w swej karierze, ale widocznie nie zawsze było zapotrzebowanie na aktora takiego jak ja. Nie walczę o role, nie walczę o siebie... " - mówi Leszek Teleszyński, pytany, dlaczego tak rzadko pojawia się na małym i wielkim ekranie.

"Reżyserzy najczęściej angażują tych, których po prostu znają, a ja nie jestem aktorem wciąż o sobie przypominającym i cały czas będącym pod ręką" - twierdzi Teleszyński.

Żuławski wysłał go do psychiatryka

Na początku swej zawodowej drogi zagrał w dwóch głośnych filmach Andrzeja Żuławskiego, pracę z którym wspomina jak gehennę, a czas spędzony na planie u niego jak... pobyt w piekle!

Spotkanie z Andrzejem Żuławskim było dla młodziutkiego Leszka Teleszyńskiego ogromnym wyróżnieniem.

"Moi koledzy ze szkoły teatralnej statystowali w 'Trzeciej części nocy', a mnie Żuławski zaprosił na zdjęcia próbne do głównej roli. Już wtedy wiedziałem, że jeśli dostanę tę rolę, to stanę przed ogromnym wyzwaniem. Nie myliłem się" - opowiadał aktor po latach.

 Akcja "Trzeciej części nocy" rozgrywa się we Lwowie w trakcie II wojny światowej a bohater Teleszyńskiego, by przeżyć niemiecką okupację, podejmuje pracę jako karmiciel wszy w Instytucie Weigla.

"Mój bohater miał karmić wszy, więc uznał, że powinienem wiedzieć, jak to wygląda. Pojechałem do instytutu w Gdyni. Dostałem kilka tysięcy wszy na nogę... Siedziałem, a one się mną karmiły - aktor opowiadał w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej".

Debiutant bardzo się bał, że może zarazić się tyfusem. Choć zapewniono go, że wszystkie wszy są zdrowe, na wszelki wypadek podano mu szczepionkę. "Wolałbym zachorować! Podanie szczepionki w postaci oleistego płynu da się chyba porównać tylko do uderzenia żelaznym prętem" - twierdzi.

Rok po zakończeniu zdjęć do "Trzeciej części nocy" Andrzej Żuławski przystąpił do kręcenia "Diabła". Żona reżysera - a była nią wtedy Małgorzata Braunek - uparła się, by zaangażował... Teleszyńskiego. Nie chciała grać z nikim innym! Tylko z tego powodu Leszek zgodził się wystąpić w "Diable" i... szybko tego pożałował.

Tym razem Żuławski wysłał aktora do psychiatryka. "Pojechałem do szpitala psychiatrycznego w Tworkach i dałem się zamknąć ze schizofrenikami w sali bez klamek" - wspomina Leszek Teleszyński i dodaje, że Andrzej Żuławski nie miał litości dla nikogo, nawet dla własnej żony.

"Małgosia Braunek w trakcie zdjęć dostała ataku nerwowego. On chciał z niej wyciągnąć coraz większe emocje i ciągle mu było za mało" - opowiadał.

Film był tak mocny, że cenzura nie pozwoliła, by wszedł na ekrany kin. Jeden z cenzorów uznał po kolaudacji, że polski widz nie jest przygotowany na oglądanie takich eksperymentów. "Diabeł" przeleżał na półce aż 16 lat!

Odbił żonę znanemu pisarzowi

W czasie studiów Leszek Teleszyński związał się z koleżanką z uczelni Alicją Jachiewicz, czyli Teresą Krasławską z "Rodziny Połanieckich". Byli najpiękniejszą parą w Krakowie, a gdy pod koniec lat 60. ubiegłego wieku ogłosili, że zamierzają się pobrać, całe miasto czekało na ich ślub. Zamiast jednak poprowadzić ukochaną do ołtarza, Leszek zostawił ją bez słowa wyjaśnienia...

Wkrótce potem w Teatrze Polskim poznał Irenę Szczurowską - starszą od niego o sześć lat aktorkę znaną przede wszystkim ze swych kreacji scenicznych i w spektaklach telewizyjnych. Zakochał się w niej, a ona szybko odwzajemniła jego uczucie. Wkrótce po tym, jak w jednej ze sztuk dyrektor Teatru Polskiego obsadził ich w rolach kochanków, zostali kochankami także w życiu prywatnym.

Niestety, aktor i jego prześliczna ukochana nie mogli obnosić się ze swą miłością, bo Irena była... mężatką. Przez kilka miesięcy ukrywali, że łączy ich coś więcej niż koleżeństwo, ale w końcu mąż aktorki odkrył, że żona przyprawia mu rogi. Małżeństwo Ireny Szczurowskiej zakończyło się skandalem towarzyskim, bo zdradzanym przez nią mężczyzną był powszechnie znany i szanowany pisarz, jeden ze współzałożycieli Studenckiego Teatru Satyryków, Jarosław Abramow-Newerly.

Początkowo pisarz postanowił walczyć o żonę, jednak po roku zaciekłej walki odpuścił i przestał stawać na drodze do szczęścia zakochanych aktorów.

Teleszyński i Szczurowska ślub wzięli w 1976 roku, a trzy lata później na świat przyszła ich córka - Karolina. Wkrótce po narodzinach dziecka w związku, o który tak zaciekle walczyli, zaczęło się psuć. Małżonkowie nie doszli do porozumienia i wzięli szybki rozwód. Plotkowano, że zabiła ich proza życia.

Prawdziwe szczęście Leszek Teleszyński odnalazł dopiero na początku lat 90. Z Jolantą, która została jego drugą żoną, do dziś tworzy szczęśliwy związek.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Leszek Teleszyński
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama