"Wielki błękit": najbardziej osobisty film w dorobku Bessona
Błękit śródziemnego morza przeciwstawiony żarowi sycylijskiego i greckiego słońca, majestatyczne delfiny i beznadziejna miłość - film Luca Bessona był w moich licealnych czasach pozycją obowiązkową w wypożyczalni kaset VHS. Jego fatalistyczny romantyzm pasował do lat 90. XX wieku. Przez swoją szczerość? Możliwe. "Wielki błękit" to najbardziej osobisty film w dorobku Bessona.
Podoba mi się oficjalny opis filmu na stronach dystrybutora Past Perfect, który wprowadza tytuł ponownie do polskich kin. "Historia relacji dwóch nurków, Enza Molinariego (Jean Reno) i Jacques'a Mayola (Jean-Marc Barr) oraz jego dziewczyny Johany Baker (Rosanna Arquette) to wyprawa w morskie głębiny - oraz w głąb ludzkiej duszy" - czytamy.
Rzeczywiście jest to film dotykający również duszy jego twórcy. Reżyser od dziecka był związany z nurkowaniem i gdyby nie wypadek to możliwe, że zostałby profesjonalnym nurkiem, jak jego rodzice. Losy Jacques'a Mayola, którego biografia luźno zainspirowała postać graną przez Barra, zafascynowały Bessona na tyle, że jak sam przyznawał, nakręcił film w swojej wyobraźni, na długo zanim pierwszy raz wziął do ręki kamerę. Co takiego pociągało go w historii dwóch nurków, którzy są gotowi poświęcić wszystko w imię eksploracji morskiej otchłani?
Jacques widział w otchłani morza wybawienie. W jego mroku doświadczał prawdziwego szczęścia. Ten sam mrok przerażał Bessona. "Doprowadził mnie do łez nie sam fakt, że ujrzałem człowieka, który wstępuje w czarną nicość, nie oddychając przez cztery minuty i wytrzymując straszne ciśnienie, ale to, że wydawał się szczęśliwy, czyniąc coś, co według mnie było koszmarem" - mówił w jednym z wywiadów.
Pisano, że film jest kiczowaty, sztuczny i zbyt powolny
Besson nakręcił "Wielki błękit" w 1988 roku, więc jeszcze przed swoimi wielkim sukcesem, jakim była "Nikita" oraz przed podbojem Hollywood ("Leon Zawodowiec", "Piąty element"). Po "Metrze" (1985) był już uważany za czołowego przedstawiciela fali zwanej Cinéma du look, której "Wielki błękit" stał się ważnym symbolem. Zresztą po premierze atakowano film za coś, co było nieodłącznym elementem francuskiego neobaroku w kinie lat 80. XX wieku. Pisano, że film jest kiczowaty, sztuczny i zbyt powolny.
Filmoznawczyni dr Aleksandra Drzał-Sierocka w swojej książce "Luc Besson. Uśmiechnięta twarz filmowego postmodernizmu" zauważa, że "owa sztuczność, sztywność i powolność doskonale współgra z pozostałymi elementami tej filmowej układanki: kreacją głównego bohatera, wątkiem melodramatycznym oraz warstwą wizualną". Trudno się nie zgodzić.

Na papierze ta historia wygląda rzeczywiście pretensjonalnie. Dwóch przyjaciół z dzieciństwa, Francuz Jacques i Sycylijczyk Enzo kochają się jak bracia, ale też rywalizują ze sobą, kto zejdzie niżej bez butli w zawodach nurkowania głębinowego. Enzo jest typowym Włochem z Południa. To krzykliwy i pewny siebie kobieciarz i jednocześnie ekstrawertyk bojący się panicznie swojej matki. Natomiast Jacques to zamknięty w sobie cichy introwertyk, który najlepiej czuje się w towarzystwie delfinów, choć o jego serce walczy atrakcyjna dziennikarka z Nowego Jorku.
Po premierze film krytykowano za banalny scenariusz i prostacką konstrukcje postaci. "Nie mieli dla nas litości!"- opowiadał w rozmowie z Arturem Zaborskim Jean-Marc Barr, dodając, że bardzo bolesne było dla niego czytanie, iż został zatrudniony "nie z powodu umiejętności aktorskich, tylko ładnej buzi".
Natomiast Enzo Maiorca, będący inspiracją dla postaci Enza Moliniarego, miał tak wielkie pretensje do Bessona za pokazanie go jako stereotypowego południowca, iż przez 14 lat sądził się z producentami, co skutkowało tym, że film przez lata nie miał oficjalnej premiery we Włoszech, choć to w Taorminie kręcono jego najpiękniejsze sceny.

Film został wybuczany po pokazie Cannes. Widownia go jednak pokochała
Film został wybuczany po pokazie Cannes, zaś krytycy pisali, że fabuła nie ma żadnego sensu. Widownia go jednak pokochała. Barr idealnie wpasował się w wizerunek wyalienowanego bohatera, który zapowiedział nadchodzące kino lat 90. XX wieku. Kino o samotnikach, buntownikach i ludziach, którzy kwestionują globalnie zwycięski kapitalizm.
"Wielki błękit" stał się wielkim sukcesem komercyjnym (10 mln widzów w samej Francji) i otworzył Bessonowi drogę do Hollywood, ale wywoływał też polityczne kontrowersje długo po premierze. Po samobójczej śmierci Jacques'a Mayola w 2001 roku prezydent Francji Jacques Chirac mówił o generacji "Wielkiego błękitu". Amerykanie nie chcieli widzieć tej generacji i absurdalnie przemontowali film na swój rynek. Zmieniono zakończenie na nieznośnie ckliwy happy end, zaś hipnotyzującą muzykę Érica Serry zastąpiono kompozycjami Billa Contiego.
Film został zmiażdżony przez amerykańskich krytyków i nie znalazł fanów w amerykańskiej publice. Jednak w Europie jego legenda rosła z każdym kolejnym rokiem. Właśnie przez niejednoznaczny finał niezrozumiały w Hollywood.

Najpiękniejsze sceny podwodne w historii kina
Oglądając po latach "Wielki błękit", finał wydał mi się jeszcze mroczniejszy. Inaczej też patrzę na wątek ojcowskiej miłości, której Jacques przez całe życie szuka. Czy dlatego delfiny ciągną go w otchłań, bo tam czeka na niego utracona miłość? Czy noszone przez niego w portfelu zdjęcie delfina ma podwójne znaczenie? Besson przestał nurkować po wypadku, ale też po traumatycznym dla niego rozwodzie rodziców.
"Wielki błękit" jest powszechnie uznany za film, który zawiera najpiękniejsze sceny podwodne w historii kina. Paradoksalnie, w erze drogich efektów specjalnych z "Avatara", pozbawione SGI dzieło Bessona broni się jeszcze bardziej. Dopiero teraz widać jak wizjonerski i przełomowy był film 29-letniego Francuza.
Oglądając "Wielki błękit" przed laty, skupiałem się na skąpanej w błękicie wizji ucieczki od świata. Dziś widzę w filmie o wiele więcej szarości. Mrok głębin, w który wpatrują się Jacques i Enzo, przypomina maksymę Nietzschego o mroku, który zaczyna się wpatrywać w nas. Jest w wizji Bessona ulotny smutek i nie do końca zdefiniowana nostalgia, której potem w swoim kinie już nigdy nie powtórzył. Może przestraszył się, że "tam na dole jest lepiej"?












