"Krzyżacy": Ludzie tygodniami czekali, by obejrzeć ten film

Takiej widowni nie będzie miał już chyba żaden polski film – 32,3 mln. To więcej niż liczba ludności kraju w roku premiery. W 1960 roku ludzie tygodniami czekali, aby obejrzeć w kinie film "Krzyżacy".

Grażyna Staniszewska jako Danusia i Mieczysław Kalenik jako Zbyszko z Bogdańca w filmie Aleksandra Forda "Krzyżacy" (1960)

Do toruńskiego kina Bałtyk ludzi z okolicznych wsi dowożono na przyczepach traktorów podstawianych przez PGR-y. "Utrudzeni podróżą wielbiciele Sienkiewicza podczas wyświetlania PKF pokrzepiali się, szeleszcząc papierami, a nawet popijając z termosów. Ale kiedy na ekranie posłowie butnego wielkiego mistrza przynosili Jagielle dwa miecze, na sali panowała już idealna cisza" - pisała miejscowa prasa.

Reklama

Do "dantejskich scen" dochodziło w biurze kierownika opolskiego kina Odra, bo to na jego polecenie bilety wycofano z kas i sprzedawano tylko szkołom i zakładom pracy. W Bydgoszczy było tylu chętnych, że w kinie Pomorzanin wprowadzono zapisy na bilety, a w Warszawie niejeden konik dorobił się wtedy małej fortuny. Nie pomagały nocne seanse. Kolejki przed warszawskim kinem Skarpa nie malały. "Krzyżaków" jesienią 1960 roku chciał obejrzeć każdy.

Budżet? 33 mln zł

Jerzy Stefan Stawiński żartował, że scenariusz "Krzyżaków" był jego najłatwiejszą robotą: napisał go w zaledwie trzy tygodnie, wycinając odpowiednie kartki z dzieła Sienkiewicza i niektóre opisy zamieniając na dialogi. Przygotował go dla zespołu Kadr.

Początkowo film miał reżyserować cieszący się coraz większą popularnością (po sukcesach "Kanału" oraz "Popiołu i diamentu") Andrzej Wajda, ale - jak przyznał reżyser po latach - został "wykolegowany" i jego projekt przejął nazywany "carem polskiej kinematografii" Aleksander Ford i jego zespół filmowy Studio. Miał w tym swój cel. Dzięki "Krzyżakom" chciał "zmyć ideologiczną plamę", jaką dał swym odłożonym na półkę - jak się później okazało, aż na 25 lat - filmem "Ósmy dzień tygodnia" (1958) według Marka Hłaski. "Reżyserzy w Polsce widzą tylko picie wódki" - skrytykował go po projekcji I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka.

Ford, aby ratować swą pozycję, zaproponował więc ekranizację "Krzyżaków". I na ten pomysł Gomułka spojrzał już bardziej przychylnym okiem, widząc w nim szansę na podtrzymanie nastrojów antyniemieckich w kraju. Poza tym film idealnie wpasowywał się w zaplanowane na lipiec 1960 r. uroczyste obchody 550. rocznicy bitwy pod Grunwaldem.

Ówczesny minister kultury Tadeusz Galiński głęboko sięgnął do państwowej kasy. Film Forda otrzymał ogromny, jak na tamte czasy, budżet (33 mln zł). Na jego użytek kupiono pierwsze w kinematografii polskiej szerokokątne obiektywy i zamówiono amerykańską taśmę Eastman Color-Kodak, zamiast tańszej NRD-owskiej firmy AGFA. Nie wywoływano jej zresztą w Polsce, lecz wysyłano po każdym dniu zdjęciowym specjalnym samolotem do laboratoriów w Paryżu. Z planów innych filmów ściągano bezwzględnie cały przydatny sprzęt. Na ekranie pokazało się ponad stu aktorów zawodowych, ponad tysiąc statystów (pomagało oczywiście wojsko - całe plutony poprzebierano za Litwinów) i 600 koni. Uszyto 28 tys. kostiumów, przygotowano maszynę do produkcji zbroi z plastiku, które szybko deformowały się od upału.

Ford i jego ekipa nie ukrywali, że musieli zmagać się z wieloma trudnościami. Na polu, gdzie kręcono bitwę, stał słup wysokiego napięcia, więc ekipa przewróciła go, a mieszkańców Tczewa przekonała, że przez parę dni obejdą się bez prądu. Ktoś podczas transportu ukradł cztery z 60 filmowych sztandarów... Nie narzekali jedynie aktorzy. Ci drugoplanowi za dzień zdjęciowy kasowali ponad tysiąc, a "gwiazdy" nawet 3 tys. złotych. "Przez krzyżackiego konia do własnego samochodu" - mawiano, podnosząc się po każdym upadku.

Premiera w Olsztynie

Choć od przygotowania scenariusza minęło zaledwie 11 miesięcy, ekipa Forda zdążyła z premierą na rocznicę bitwy. Apogeum uroczystości był gigantyczny wiec na polach Grunwaldu 17 lipca 1960 r. Oficjalnie uczestniczyło w nim 200 tys. ludzi (głównie młodzież i wojsko), ale w wewnętrznych materiałach partyjnych przyznawano, że było ich nawet pięć razy mniej. Na wzgórzu, z którego przed wiekami dowodził ponoć swoimi wojskami Jagiełło, ustawiono trybunę dla partyjnych dygnitarzy, dyplomatów i oficjalnych delegacji z ZSRR i Czechosłowacji.

Moment przybycia Władysława Gomułki i premiera Józefa Cyrankiewicza uczczono wypuszczeniem w powietrze 30 tys. gołębi. Potem nastąpił salut armatni, po którym odśpiewano... nie, nie Bogurodzicę, jak przed 550 laty, ale Międzynarodówkę. "Wilcza natura imperializmu niemieckiego nie zmieniła się od czasów Ulricha von Jungingena do czasów Konrada Adenauera" [ówczesny kanclerz RFN - red.] - przekonywał z trybuny Gomułka.

Po zakończeniu uroczystości przywódca PZPR odjechał z pola bitwy otwartym mercedesem na kameralną premierową projekcję "Krzyżaków" do Olsztyna. Auto prowadził sam Cyrankiewicz. Pierwotnie lokalnym organizatorom uroczystości w Grunwaldzie marzyła się prezentacja filmu w autentycznej scenerii bitwy, na wolnym powietrzu. Ale na marzeniach się skończyło.

Po pierwsze, olbrzymi teren należałoby wyrównać spychaczami, by zbliżyć go wyglądem do sali kinowej. Nie było na to funduszy, podobnie zresztą, jak na budowę kabiny projekcyjnej i ogromnego ekranu do filmu panoramicznego. Poza tym w lipcowej aurze projekcja mogła się rozpocząć dopiero po godz. 22:00 i nikt nie byłby w stanie zagwarantować bezpieczeństwa rozchodzącym się w ciemnościach tłumom, nie mówiąc już o zapewnieniu im powrotu do domów ok. godz. 1:00 w nocy (film trwał aż 166 minut).

Ostatecznie premiera "Krzyżaków" odbyła się więc 17 lipca ok. godz. 15:00 w olsztyńskim kinie Polonia. Nie miała uroczystej oprawy, w każdym razie nic nie wspominała o tym lokalna prasa. Wiadomo, że oprócz partyjnych i państwowych oficjeli do obejrzenia filmu wytypowano 50 osób spośród przedstawicieli Polonii uczestniczących w obchodach, a przed seansem gości uraczono pokazem archiwalnych kronik z II wojny i powtórką przemówienia Gomułki z III Zjazdu PZPR. Sam pokaz zakończył się ok. 18:30. Następnie odbył się skromny bankiet, po którym goście wrócili do Warszawy.

Rekordzista absolutny

Do powszechnej dystrybucji film wszedł kilka tygodni później. Czekano na niego z niecierpliwością. Wreszcie 30 sierpnia gazety obwieściły: "Za kilka dni zobaczymy "Krzyżaków" na ekranach kin panoramicznych w 17 miastach wojewódzkich! Wersja normalnoekranowa jest opracowywana i wejdzie na ekrany w terminie nieco późniejszym [2 października - red.]".

Cała Polska podzieliła się szybko na dwie grupy: tych, którzy już "Krzyżaków" oglądali, i tych, którzy nie mogli jeszcze tego zrobić. O filmie dyskutowano na rodzinnych spotkaniach, w pracy, a na podwórkach dzieci porzuciły wcześniej znane zabawy i zaczęły walczyć na drewniane miecze. W rejestrach urzędów stanu cywilnego rekordy popularności biły imiona Zbyszek i Danuta.

Film Forda został entuzjastycznie odebrany przez publiczność. Tylko do końca 1960 r. zobaczyło go 5 mln Polaków, a wpływy z biletów wyniosły 73 mln zł. Zresztą do dziś "Krzyżacy" są niekwestionowanym polskim rekordzistą: do 1987 r. obejrzało ich ponad 32,3 mln widzów. To więcej niż Polska miała mieszkańców w roku premiery (29,7 mln). A do tego 29,6 mln w ZSRR, w Czechosłowacji 2,65 mln, 1 mln we Francji.

Jak zwykle nosem kręcili krytycy. "Byłoby chyba błędem uważać 'Krzyżaków' za kamień milowy w osiągnięciach sztuki filmowej" - to tylko jedna z opinii, autorstwa Jerzego Toeplitza. Na szczęście z polskimi recenzentami najwyraźniej nie zgodził się słynny amerykański reżyser Martin Scorsese, który uznał "Krzyżaków" za jedno z arcydzieł polskiej kinematografii i w 2014 roku wybrał dzieło Aleksandra Forda do prezentacji w USA i Kanadzie w ramach festiwalu polskich filmów "Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema".

WK

Dowiedz się więcej na temat: Krzyżacy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje