Reklama

Reklama

Krzysztof Kolberger: Uważał, że choroba jest częścią życia

Nawet w cierpieniu był zawsze uśmiechnięty, uczynny, życzliwy. Nie grał. Krzysztof Kolberger po prostu taki był. "Od lat namawiam ludzi, żeby się uśmiechali, nie wtedy, kiedy jest dobrze, kiedy są radośni, szczęśliwi, bogaci i zdrowi, tylko właśnie wtedy, kiedy są smutni i chorzy, kiedy jest im źle. Wiem, co mówię. Uśmiech ma moc uzdrawiającą" - mawiał aktor.

Krzysztof Kolberger na Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach (2001)

Z takim nazwiskiem może zostać dyplomatą!" - zakrzyknął Antoni Kolberger na wieść, że ma syna. Na imię dał mu Krzysztof, Christopher - bo do międzynarodowego nazwiska pasują międzynarodowe imiona. Jednak w domu na Krzysztofa Kolbergera wołano Wojtek.

"Rodzicom podobało się to imię, bo jest typowo polskie" - uśmiechał się aktor.

Marzenie ojca spełnił o tyle, że został ambasadorem polskiego słowa. Bo kto piękniej potrafiłby przeczytać Mickiewicza? Ba! Bywało, że młodzi ludzie mówili mu z wyrzutem: "No, ja przez pana to chyba polubię Herberta!".

Miał czarodziejski głos

A mało brakowało, że przemawiałby nie ze sceny, lecz... z ambony - zastanawiał się bowiem, czy nie wstąpić do seminarium. Myślał też przez chwilę, by zostać sportowcem. Ewentualnie turniejowym tancerzem.

Reklama

"Gdybym nie zdał do szkoły teatralnej, byłbym chyba dziś mistrzem jakieś klasy w tańcu - mówił. - Kiedy tylko mam okazję, schodzę ostatni z parkietu. Nie ma rytmów, przy których bym się źle czuł".

Na aktorstwo dostał się jednak za pierwszym razem. Choć nie bez przygód. W komisji, przed którą zdawał, zasiadały sławy: profesorowie Bardini, Sempoliński, Hanin. Czuł, że świetnie mu poszło, lecz szampański nastrój opadł, gdy nie znalazł swego nazwiska na liście przyjętych.

"Komisja stwierdziła, że mam martwy wzrok - śmiał się po latach. - Dopiero po badaniach lekarskich otrzymałem zaświadczenie i po odwołaniu zostałem przyjęty". Na roku wylądował w ciekawym towarzystwie: Ewa Dałkowska, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Marek Kondrat, Jerzy Radziwiłowicz.

Szczęście miał też do reżyserów. Jeszcze przed dyplomem zagrał  u Jarockiego, pracę zaoferował mu Gogolewski, potem Hanuszkiewicz. Stał się dyżurnym romantykiem kraju - gdy do zagrania był Konrad czy Romeo, Kolberger stanowił naturalny wybór. On sam nie był zachwycony zaszufladkowaniem.

"Za parę lat może się zdarzyć, że wyłysieję i będę gruby - i co zostanie we mnie z amanta?" - wzdychał. Jednak nie utył, włosów też nie stracił. Jak pisał "Film", "był dyżurnym zakochanym chłopcem, potem przystojnym urzędnikiem z brodą i w okularach, w końcu wyrozumiałym lekarzem i księdzem". Wygląd to jedno. Ale ten głos!

"Głos został mi dany. Nie wiem od kogo... Niektórzy powiedzą, że od Boga. Ja nazwałem to naturą" - dumał. Jego miodowy tembr w środku lata był w stanie wyciągnąć plażowiczów z morza. 11:35, sygnał fletni pana, zapowiedź Krystyny Czubówny. Słuchacze nerwowo kręcili gałkami, by nie stracić żadnej linijki "Strof do Ciebie".

"Przygoda życia! - mówił Kolberger o "Lecie z Radiem". - Te kilka minut w ciągu dnia nauczyło parę osób kochać poezję. Wtedy otrzymałem piękny list od dziewczynki przykutej do łóżka. Napisała, że dzięki wierszom może na parę minut zapomnieć o swoim nieszczęściu. Pozwoliła mi zrozumieć, jaka jest potęga sztuki, w jaki sposób pozwala ludziom przenosić się w inne, lepsze rejony".

Łóżko w prezencie

Nie spodziewał się, że kiedyś również i jego poezja będzie trzymać przy życiu. Gdy lekarka, do której w okolicach czterdziestki wybrał się z jakąś drobną dolegliwością usłyszała, że jego siostra ma raka, zleciła profilaktyczne USG. Okazało się, że i on jest chory, a nowotwór już tak zaawansowany, że trzeba wyciąć nerkę.

Po pięciu latach uważał się za wyleczonego, zaniedbywał więc badania kontrolne. Przerzuty znowu wykryto przy okazji. Od tamtej pory rytm jego życia wyznaczały leki, zastrzyki, badania, zabiegi, rygorystyczna dieta i praca. Niepewność, ile czasu mu zostało, tylko go mobilizowała.

"Od najwcześniejszych lat jestem w pędzie. Zawsze tak było, ale ostatnio tempo życia w związku z kłopotami zdrowotnymi wzrosło" - mówił. "Kwestia dobrej organizacji czasu" - dodawał lekko.

Cały czas podnosił sobie poprzeczkę. "Nasz bohater w spektaklu cierpiał na postępującą ślepotę. Krzysztof nie chciał udawać ślepoty. Założył ciemne okulary, przez które nic nie było widać, i w nich poruszał się po scenie" - zachwycała się reżyser Magdalena Piekorz.

Operacje wciskał między próby i spektakle. "Do ostatniego dnia trzeba było coś dokończyć, coś załatwić tak, żeby nikogo nie zawieść. Dzień przed pierwszą operacją zagrałem ostatni dzień w 'Kuchni polskiej' Jacka Bromskiego. W przeddzień drugiej, u mnie
 w mieszkaniu - bo nie było czasu na załatwienie studia - nagrałem wiersze księdza Twardowskiego".

Bo na wycięciu nerki się nie skończyło: usunięto mu część trzustki, przeszedł poważną operację wątroby. Za każdym razem, gdy opuszczał oddział, w podzięce prócz kwiatów i bombonierki kupował też drogie, nowoczesne łóżko szpitalne.

Po dachu na dyskotekę

Kochał piękno, słynął z nieskazitelnego gustu i drygu do urządzania mieszkań. Z pasją dobierał dodatki do swojego wymuskanego apartamentu, całego w bielach i beżach, pomagał także z dekoracją znajomym.

"W razie czego mam drugi zawód" - śmiał się. Miał też trzeci i czwarty. Reżyserował spektakle teatralne i opery, pisał scenariusze... I żył pełnią życia. W pierwszej żonie, Annie Romantowskiej, zakochał się na planie "Dziewcząt z Nowolipek". "Zagrali wtedy parę i po cichu liczyłam, że może ta relacja przeniesie się poza film" - wspominała reżyser Barbara Sass.

Państwo Kolbergerowie dochowali się córki Julii, ale małżeństwo nie przetrwało. Ciekawość mediów budził potem jego związek z dziennikarką Zofią Czernicką. Nie pobrali się, nie mówili o miłości.

"Czy nie lepiej, jeśli pewne rzeczy pozostają nienazwane? - tłumaczył. - My sami nie nazywamy tego, co się dzieje między nami. Nie musimy sobie nic szczególnie opowiadać, żeby wiedzieć, co druga osoba myśli i czuje. Czasem potrzebujemy samotności, nawet kiedy jest nam źle. Ale jednocześnie wiemy, że możemy na siebie liczyć. Zawsze".

Gdy był już bardzo chory, razem wybrali się do Ziemi Świętej. Choć to zabronione, jako pamiątkę zamierzał przywieźć kamyk z Góry Oliwnej, na tym się jednak nie skończyło.

"Mój kamień z Góry Oliwnej jest ogromny. Zobaczyłam go podczas spaceru i powiedziałam do Krzysztofa, że chciałabym mieć taki w domu. A on, który dopiero co przeszedł operację i powinien się oszczędzać, następnego dnia przydźwigał mi ten głaz!" - wspominała Czernicka.

Na temat tego oszczędzania się miałyby też coś do powiedzenia zakonnice, w klasztorze których znaleźli gościnę. Pewnego dnia siostrzyczki odkryły, że choć o 21 zamykają bramy, urocza para z Polski wymyka się na dyskotekę po dachu. "Uznały, że jesteśmy ich najmłodszymi gośćmi" - śmiała się pani Zofia.

Raka nazywał kolegą

Po niemal dwóch dekadach walki ze śmiertelną chorobą Krzysztof Kolberger mówił: "Jestem człowiekiem szczęśliwym, spełnionym".

Nowotwór nazywał kolegą. Choć z natury był skromny i skryty, o raku, potrzebie profilaktyki, codziennych drobnych trudnościach, ale i wygranych, opowiadał otwarcie. Nie dla siebie, dla innych.

"Skoro pan żyje, gra, tańczy z chorobą, to i ja mogę" - mówili mu widzowie po spektaklach. Znajomi pytali: "Jak ty to robisz, że z uśmiechem opowiadasz o swojej chorobie?". "Bo traktuję to jak coś, co należy do życia. Śmierć też jest częścią życia. Jeżeli tego nie przyjmiemy, będziemy się tylko bać" - odpowiadał.

Gdy odszedł 7 stycznia 2011 roku, niesłusznie pisano, że "przegrał z chorobą". "Dziś musiał się poddać, ale myślę, że on i tak zrobił tę śmierć w konia i tę chorobę - mówiła jego przyjaciółka, Anna Dymna. - Przez tyle lat mu się to udawało. Uważam, że jest wygranym".

Życie na Gorąco Retro
Dowiedz się więcej na temat: Krzysztof Kolberger

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje