Reklama

Kina miały problem przed pandemią?

Interesującym spojrzeniem na temat przyszłości branży kinowej podzielił się reżyser "Logana" i niedawnego "Le Mans '66" James Mangold. Zdaniem tego twórcy źródłem problemu, z jakim borykają się teraz właściciele kin, jest nie tylko pandemia i serwisy streamingowe. Mangold wskazuje też inne przyczyny zapaści rynku.

Niezależnie od tego, jak w przyszłości będzie wyglądać sytuacja na rynku filmowym, James Mangold dalej będzie tworzył

Zamknięcie kin z powodu pandemii COVID-19 tylko przyspieszyło proces zmiany dystrybucji filmowej z sal kinowych na serwisy streamingowe. Choć największe tytuły tego roku czekają na ponowne otwarcie kin, to coraz więcej twórców decyduje się na premiery swoich filmów na serwisach streamingowych i premium VOD. Sukces kasowy takich filmów jak "Trolle 2", którego premiera na VOD okazała się strzałem w dziesiątkę, zachęca kolejnych dystrybutorów do zmiany strategii. Do tej pory pomiędzy premierą w kinie, a premierą na innych nośnikach mijało średnio 90 dni. Pozwalało to kinom i dystrybutorom na zmaksymalizowanie zysku, zanim nowe filmy trafiły na rynek domowy. Aktualna sytuacja sprawia, że termin 90 dni znacząco się skrócił i coraz więcej wskazuje na to, że może to być stały trend.

Wśród twórców filmowych są tacy, którzy twardo obstają przy tym, że dzieła sztuki, jakimi są filmy, można w pełni doświadczyć tylko w kinie. Dlatego też kolejne produkcje takich serwisów streamingowych jak Netflix są niechętnie widziane przez organizatorów odpowiedzialnych za przyznawanie najważniejszych nagród w branży. Przed wybuchem pandemii niemożliwym było ubieganie się o Oscary przez filmy, które nie miały premiery kinowej. W świetle panującej obecnie sytuacji to obostrzenie zostało zniesione, ale tylko na czas trwania pandemii. Produkcje streamingowe dalej pozostają kością niezgody i pod ich adresem kierowane są zarzuty o zabijanie kina.

Reklama

Po przeciwnej stronie barykady stoi James Mangold, który w wywiadzie dla portalu "Discussing Film" podzielił się swoimi przemyśleniami na ten gorący temat. "Kiedyś powszechnie mówiło się o pokazywaniu filmów na małym ekranie. Teraz te ekrany niekoniecznie są takie małe. Rzeczywistość sal kinowych w wielu przypadkach tragicznie się pogorszyła. Dystrybutorzy walczą o to, by pokazywać filmy w śmierdzących salach kinowych, gdzie na widowni obok ciebie siedzi ktoś jedzący enchiladę. Z kolei na ekranie połowa obrazu jest nieostra albo zbyt ciemna. Jeśli kina nie są w stanie zaoferować warunków choćby zbliżonych do tych, jakie mamy w domu, wtedy kina same się zabijają. Kiedy rozmawiam z właścicielami dużych sieci kinowych, właśnie to wskazują jako największy problem" - mówi reżyser.

Dalej opowiada historię pokazu swojego walczącego o Oscary filmu "Le Mans '66". Organizowany oficjalnie przez studio odbył się w kinie, którego "leniwy właściciel" nie zadbał nawet o to, by zmienić obiektywy w projektorze po seansie filmu w technologii 3D. Film Mangolda nie został nakręcony w tej technologii. "A doszło do tego w wypasionym nowojorskim kinie, którego właściciel oferuje widzom "gówniane" warunki oglądania filmu, za które sporo zapłacili. To się musi zmienić" - powiedział reżyser.

Niezależnie od tego, jak w przyszłości będzie wyglądać sytuacja na rynku filmowym, Mangold dalej będzie tworzył. "Dla mnie kręcenie filmów to kręcenie filmów" - zapewnia. Nie uważa też, że na naszych oczach kino umiera. "Będą ofiary aktualnej sytuacji, ale ludzie nadal będą chcieli przeżywać na dużym ekranie filmy, których nie można zobaczyć nigdzie indziej. Myślę jednak, że złote czasy kina, które nastały w latach 90. ubiegłego wieku, skończyły się przed pojawieniem się koronawirusa. Z kolei serwisy streamingowe można traktować jak jajko albo jak kurę - zabójcę albo zbawcę interesujących głosów, jakie wciąż pojawiają się w filmie" - mówi Mangold.

PAP life

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: James Mangold

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje