Reklama

Julia Roberts: Egzamin na małżeństwo

Właśnie dostała nominację do Oscara za rolę w filmie "Sierpień w hrabstwie Osage". Gdyby go otrzymała, byłaby to druga statuetka w jej karierze. Całkowicie zasłużona.

Rola Barbary Weston była dla niej nie tylko wyzwaniem aktorskim, ale też przede wszystkim przyjemnością. Na planie spotkała się ze swoją idolką i przyjacielem. Wiadomość o tym, że zagra z Meryl Streep, wywołała u niej potok łez szczęścia. Równie entuzjastycznie zareagowała, kiedy reżyser powiedział jej, że w jednej z ról drugoplanowych pojawi się Dermot Mulroney, z którym grała w "Mój chłopak się żeni".

Reklama

- Zadzwoniłam do niego i piszczałam w słuchawkę jak małe dziecko. Tak się cieszyłam - opowiada. W tak doborowym towarzystwie grało jej się jak z nut. Oscar byłby więc miłym dopełnieniem tej fascynującej przygody.

Kiedy Julia Roberts pojawia się na ekranie, kradnie go w całości. Błyszczy jak prawdziwa gwiazda, choć sama nie lubi tego określenia. - Ludzie powinni zrozumieć, że nie ma we mnie nic szczególnego. Mam niezwykłą pracę, ale moje cele i marzenia są takie jak wszystkich: chcę być rozumiana, doceniana i kochana. Nie cierpię, gdy stawia się mnie na piedestale. To sztuczne - twierdzi.

Niektórzy więc wybierają inną formę uwielbienia - jeden z jej fanów, Chilijczyk Miljenko Parserisas Bukovic, ma na ciele 82 tatuaże z jej podobizną! Peanów na jej cześć nie kryją też aktorzy, którzy z nią grali. - Wspaniały człowiek, wspaniała kobieta i wspaniała aktorka! To osoba z wielką klasą i niewielkimi wymaganiami. Bardzo rzadka i cenna kombinacja. No a poza tym nie najgorzej wygląda - zachwyca się Tom Hanks. A George Clooney dodaje w swoim stylu: - Z Julią Roberts pracuje się łatwo. Wystarczy jej przynieść jakieś procenty do picia.


Aż szkoda, że tak rzadko pokazuje się na ekranie. Kręci góra dwa filmy rocznie. Odkąd została żoną operatora Danny'ego Modera, a dziewięć lat temu również matką, zmieniła priorytety. - Mam udane życie rodzinne i dlatego tak chętnie wracam do domu. Lubię swojego męża. Danny to partner, który wie, co robić, żebym czuła się bezpieczna i kochana. Jesteśmy razem 11 lat, a ja czuję, jakby to było 11 minut - opowiada zachwycona. I zasypuje dziennikarzy opowieściami o tym, jak kocha zajmować się trójką dzieci, jak dobrze czuje się w swoim domu w Nowym Meksyku i jak świetnie gotuje (specjalność: kuchnia marokańska).

Dawna, słynna z licznych romansów, uwodzicielka dziś jest gorącą zwolenniczką monogamii i małżeństwa. - Sławni ludzie rozwodzą się, bo za szybko decydują się na ślub. Gwiazdy rozstają się, bo stawiają tylko na siebie. Zawarcie związku powinno być równie trudne, co zdobycie prawa jazdy. Mniej osób brałoby ślub bez zastanowienia - twierdzi. Cóż, w końcu wie, co mówi - z pierwszym mężem, muzykiem Lyle'em Lovettem, rozstała się po trzynastu miesiącach (choć rozwód sfinalizowano po dwóch latach)...

Tym bardziej uderzyły ją plotki o rzekomym romansie z mężem Penélope Cruz - Javierem Bardemem. Zagrali razem w "Jedz, módl się, kochaj" i tak się zaprzyjaźnili, że kiedy Hiszpan otrzymał nominację do Oscara za film "Biutiful", Julia rozpoczęła kampanię wspierającą jego kandydaturę. Dla niektórych to był najlepszy dowód na to, że coś ich łączyło. Zresztą, aktorka przyznaje, że jest mało odporna na złośliwe komentarze pod swoim adresem. Dlatego nie czyta o sobie w internecie. - Anonimowość pozwala ludziom czuć się bezpiecznie w obrzucaniu innych błotem. Jestem zwolenniczką bezpośrednich konfrontacji na pięści. Jeśli ktoś cię wkurza, po prostu daj mu w dziób - mówi.

EGP

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Teleświat

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Julia Roberts | małzeństwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje