Reklama

Joanna Jędryka: Jestem wycofana i w ogóle nieprzebojowa

Śliczna, delikatna, obdarzona pięknym uśmiechem. Często nazywano ją "polską Audrey Hepburn". Joanna Jędryka całe życie walczyła z nieśmiałością, a jak na ironię jej biografia mogłaby konkurować z życiorysami wielu gwiazd Hollywood.

Joanna Jędryka w filmie "Dzięcioł" (1970)

Talent sceniczny odziedziczyła po mamie, która marzyła o karierze piosenkarki. Zabierała córeczkę na koncerty, oswajała ze sztuką.

Reklama

Pierwsze lata dzieciństwa urodzona w 1940 roku Joasia spędziła bez ojca, który wojnę przeżył w obozie jenieckim w Niemczech. Gdy wrócił, podarował jej ręcznie malowane pantofelki wyrzeźbione z chleba. To był wzruszający gest, choć na co dzień jej tata nie był najcieplejszą osobą, rzadko bywał w domu.

"Nie zauważał, jak rosnę. Kiedyś spytał mnie, w której właściwie jestem klasie. A byłam już w piątej" - mówiła z żalem.

Nie było jej łatwo nawiązywać przyjaźnie, bo przez pracę ojca często zmieniali miejsca zamieszkania: Czechowice-Dziedzice, Bielsko-Biała, Tomaszów Lubelski... W końcu osiedli w Łodzi. Tu też nie umiała się odnaleźć. Nawet zwykła wyprawa do sklepu była dla niej problemem. Aby dodać sobie animuszu, po drodze powtarzała listę zakupów, ale gdy dotarła już na miejsce, opuszczała ją odwaga i do domu często wracała z pustymi rękami. Wtedy właśnie odkryła, że wcielanie się w role pomaga jej się uporać z chorobliwą nieśmiałością.

"Czasem zamykałam się w łazience i odgrywałam sceny obejrzane na ekranie. Z dziećmi sąsiadów założyłam teatrzyk domowy (...). Uczyłam też wierszyków młodszą siostrę, fredrowskich, także tych mocno frywolnych" - opowiadała w wywiadzie dla magazynu "Świat & Ludzie".

Marzyła o medycynie

Zanim zdecydowała się na studia w łódzkiej filmówce, marzyła o leczeniu ludzi. Rzeczywistość szybko zweryfikowała jej plany. Po prostu fizyka i chemia nie tylko śmiertelnie ją nudziły, ale też za żadne skarby nie chciały wchodzić do głowy. Co innego literatura, teatr i film. Tu miłość była odwzajemniona.

Na wydział aktorski dostała się bez problemów, a już na pierwszym roku zadebiutowała w pierwszoplanowej roli w wyreżyserowanym przez Tadeusza Chmielewskiego sensacyjnym filmie "Dwaj panowie N". "Kiedy reżyser mnie wybrał, kilka razy pytałam, czy jest pewien, że to na pewno mam być ja. Już taka jestem. Nie dowierzam, jestem wycofana i w ogóle nieprzebojowa" - mówiła po latach.

Mimo to w trakcie studiów udało jej się zagrać jeszcze księżniczkę Zibeldę w słynnej ekranizacji "Rękopisu znalezionego w Saragossie" Wojciecha Jerzego Hasa. Zmieniła również stan cywilny. Wyszła za reżysera Stanisława Jędrykę. Ich gorące młodzieńcze uczucie wypaliło się po zaledwie pięciu latach.

"Podobaliśmy się sobie i nie miałam nic przeciwko temu. Ale właściwie małżeństwo spędziliśmy w pracy. Ja studiowałam, on robił dużo filmów. A potem, najprościej mówiąc, on spotkał swą starą miłość" - wyjaśniała w jednym z wywiadów.

"Rozwód bardzo przeżyłem. Pragnąłem jeszcze wszystko odwrócić. Nawet mi się udawało, ale tylko we śnie, bo rano budziłem się w brutalnej rzeczywistości" - wspominał Stanisław Jędryka. Tak, jak dawniej, wieczorami stawał pod balkonem mieszkania pani Joanny i wpatrywał się w okno: "Wprost pożerałem ją wzrokiem, kiedy pojawiała się po powrocie z teatru i zaczynała krzątać po pokoju". Aż pewnego dnia zobaczył coś więcej. "Za cienką zasłoną pojawiła się sylwetka wysokiego mężczyzny. Nie wytrzymałem. Uciekłem sprzed okna" - opisywał w swojej książce "Miłości mojego życia".

Tymczasem pani Joanna obroniła w 1965 roku dyplom. Wtedy też na jej drodze pojawił się aktor Krzysztof Chamiec. Był o 10 lat starszy, rozwiedziony i miał reputację damskiego boksera. Krążyły o nim opowieści, że spuścił ze schodów dyrektora teatru w Krakowie. Odebrano mu prawo jazdy, bo po alkoholu spowodował wypadek. Mimo to zauroczył Joasię. Zresztą nie tylko ją. Doskonale wiedział, jak działa na kobiety. "Mógłbym pójść z tobą do kina, gdybyś kupiła bilety" - zaskoczył ją któregoś dnia. Joanna szybko odparowała: "Ja mam je kupić?". Po dłuższym namyśle zafundował wyjście. Była młoda, sądziła, że go zmieni.

"Wiedziałam o jego sprawkach, a mimo to zdecydowałam się na ślub. Bo wydawało mi się, że te opowieści to przesada. 'Może inne kobiety pozwalały mu górować nad sobą, ale ja nie pozwolę' - mówiłam sobie. Poza tym pociągała mnie jego pewność siebie. Był przebojowy, miał luz, taką nonszalancję wobec życia. Ja tego nie miałam. Nigdy mnie nie uderzył, choć raz zwinął dłoń w pięść. 'Pamiętaj, Krzysiu, twój pierwszy fałszywy krok będzie ostatnim'" - powiedziałam wtedy. Był wściekły, ale odważył się tylko na rzucenie kapciem w okno" - opowiadała na łamach "Super Expressu".

W końcu postanowiła, że musi się ratować. "Miałam dość alkoholu, jego kolegów, kłamstw, zdrad. Powzięłam decyzję o rozwodzie. Nie wierzył. 'Ty?'" - dziwił się. 'Kobiety klęczą u mych stóp, a ty mi mówisz, że odchodzisz?'. Po kilku miesiącach od rozwodu przyniósł mi róże do teatru i zapytał, czy nie pojechalibyśmy na wakacje. Ale ja zamknęłam już tamte drzwi" - wyjaśniała.

Poznali się na obiedzie

W życiu prywatnym przeszła piekło, ale za to jej kariera nabrała rumieńców. Widzowie do dziś kojarzą ją z ról choćby w "Stawce większej niż życie" (Basia Borzemska), "Kapitanie Sowie na tropie" (asystentka prof. Mikuckiego), "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" (Teresa) czy "Przygodach pana Michała" (Anusia Borzobohata-Krasieńska). Była gwiazdą sceny, grała w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi oraz Ateneum i Kwadrat w Warszawie. Lubiła też występować w produkcjach dla najmłodszych.

Czegoś jej jednak wciąż brakowało, jej życie wydawało się puste. Aż do czasu, gdy koleżanka poznała ją z obecnym mężem, Jerzym Chociłowskim. Uznała, że do siebie pasują i zaprosiła na obiad. "I dobrze zrobiła! Jerzy jest kochany, mądry, wyrozumiały. Łączy nas poczucie humoru, podobne widzenie świata, sztuki, przyrody. Oboje kochamy zwierzęta, zwłaszcza koty. Nigdy nie postawił mnie w sytuacji, w której czułabym się źle" - chwali męża aktorka.

Nie zrobiłam kariery

To właśnie ukochany był przy niej, kiedy w stanie wojennym zaliczyła wpadkę, która kosztowała ją wiele zawodowych przyjaźni. Pewnego dnia poproszono ją o przeczytanie wierszy dla radia.

"Powiedziałam o tym koleżankom w teatrze, ale żadna nie ostrzegła mnie, że jest bojkot, że aktorzy nie występują. Niestety, nie wiedziałam o tym. Konsekwencje były okrutne. Koledzy za te wiersze wpisali mnie na listę osób kolaborujących. Byłam szykanowana, żona dyrektora teatru powiedziała mi nawet, że będąc na moim miejscu, chyba by się zabiła" - mówiła gorzko po latach.

Odsunęła się w cień, skupiła na życiu prywatnym. Wraz z mężem i ukochanymi zwierzakami zamieszkała w Podkowie Leśnej. Związek z dziennikarzem i tłumaczem okazał się tym, czego potrzebowała. Kariera przestała być jej priorytetem, choć wciąż pojawia się na ekranie. Zagrała m.in. w serialach "M jak miłość", "Pensjonat pod Różą" i "Samo życie", jej głosem mówiła też Molly Weasley w ekranizacjach powieści o Harrym Potterze.

"Miałam bardzo dobry, piękny czas, grając wiele ciekawych ról w teatrze Ateneum, a także w teatrze Kwadrat, gdzie sprawdzałam się w repertuarze komediowym. Zawsze lubiłam pracę w moim kochanym radiu, w Teatrze Telewizji, w filmach, a ostatnio w serialach - podsumowuje aktorka. - Wprawdzie nie zrobiłam zawrotnej kariery, ale jestem szczęśliwa, że mogę robić to, co kocham. Cóż ważniejszego jest w życiu od miłości i zadowolenia z życia?".

JL


Życie na Gorąco Retro

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Joanna Jędryka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje