Jako Bogumił Niechcic podbił serca Polaków. Dzięki "Nocom i dniom" Jerzy Bińczycki poznał też żonę.
"Noce i dnie" (1975) stały się przełomem w filmowej karierze Jerzego Bińczyckiego. Rola w "Znachorze" (1981) ugruntowała jego pozycję aktorską.INPLUSEast News
Znał na pamięć tylko połowę wiersza "Bagnet na broń". Jerzy Bińczycki (ur. 1937 r.) liczył, że tyle mu wystarczy, by dostać się do szkoły teatralnej w Krakowie.
A gdyby nie wystarczyło? Zostałby architektem, jak planował. Na te egzaminy pojechał jedynie, by towarzyszyć koledze ze szkoły - Markowi Walczewskiemu.
Zbyt okrągła twarz?
Przez pierwsze lata po szkole grywał niewielkie role w teatrze. W końcu jednak poznano się na jego na talencie. O ile jednak na teatralnej scenie radził sobie dobrze, to do filmu nie miał szczęścia. Nie pasował wyglądem, bo był za wysoki (prawie dwa metry) i miał zbyt okrągłą twarz.
Już myślał, że pisany mu tylko teatr, gdy rozpoczęto realizację "Nocy i dni" (1975). Bińczycki nie był pierwszym kandydatem do roli Bogumiła Niechcica. Tę postać miał zagrać Stanisław Jasiukiewicz. Lekarze zdiagnozowali jednak u niego raka. Wtedy reżyser Jerzy Antczak zwrócił się do Bińczyckiego.
Na pierwszych zdjęciach próbnych aktor wypadł tak fatalnie, że aż się z żalu upił. Na szczęście miał jeszcze drugą szansę, którą w pełni wykorzystał.
Rola, którą stworzył, do dziś uznawana jest za jedną z wybitniejszych w polskim kinie. Propozycje kolejnych filmów posypały się jak z rękawa.
W latach 70. zagrał m.in. w europejskiej koprodukcji "Dagny" (1976), w "Zaklętym dworze" (1976) i "Podróży do Arabii" (1979) Antoniego Krauzego, w "Zaległym urlopie" (1978) Janusza Zaorskiego oraz w głośnym obrazie "Szpital przemienienia" (1978) Edwarda Żebrowskiego.
Jednak publiczność wciąż kojarzyła go przede wszystkim jako bohatera "Nocy i dni". W 1981 roku jeszcze raz stworzył na dużym ekranie wielką kreację, zagrał profesora Rafała Wilczura - znachora Antoniego Kosiby w adaptacji powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza "Znachor", zrealizowanej przez Jerzego Hoffmana.
Jerzy Hoffman (C) remake "Znachora" postanowił zrobić w 1981 r., gdy trwał karnawał Solidarności i buzowały emocje mające niewiele wspólnego z przedwojennym melodramatem Dołęgi-Mostowicza. Kiedy rok później, już w stanie wojennym, film trafił do kin, okazał się strzałem w dziesiątkę.
Widzowie, którzy pamiętali tylko przedwojenną wersję (z Kazimierzem Junoszą-Stępowskim i Elżbietą Barszczewską), rażącą nieznośną manierycznością, szturmowali kina. Krytykom pozostało bezsilne zgrzytanie zębami. East News/POLFILM
"Był pan chłopcem szalenie utalentowanym i doszedł pan do sławy, forsy i szacunku: czy nie mógłby pan również zrobić wartościowego filmu?" - pisał zdegustowany krytyk Zygmunt Kałużyński. Grająca w filmie jedną z głównych ról Anna Dymna usłyszała kiedyś, że "Znachor" to takie "lukrowane gówienko dla kucharek". East News/POLFILM
"Myśmy się wszyscy od razu zaprzyjaźnili, nikt nie traktował mnie jak debiutanta" - wspomina Artur Barciś. To była jego pierwsza duża rola kinowa (wcześniej zagrał w odcinku "07 zgłoś się"). Gdy Jerzy Hoffman, który pamiętał go jeszcze z filmu "Do krwi ostatniej", zaproponował mu rolę kalekiego młynarza bez zdjęć próbnych, aktor był bardzo szczęśliwy.
"Marzyłem o tym, żeby zagrać w takim filmie. Scenariusz był świetny - mówi - (...) Miałem poczucie, że złapałem Pana Boga za nogi". East News/POLFILM
Reżyser Jerzy Hoffman nie pierwszy raz sięgnął po melodramat z mezaliansem w tle - pięć lat wcześniej sukces odniosła "Trędowata". W "Znachorze" w roli młodego hrabiego Czyńskiego widział ponoć Daniela Olbrychskiego (który miał już za sobą rolę Kmicica i Azji), ale ten się nie zgodził.
Annie Dymnej partnerował Tomasz Stockinger. "Lubiliśmy bardzo sceny całowania, często prosiliśmy, żeby jeszcze jedną próbę zrobić. Myślę, że mieliśmy z Anią tzw. chemię" - wspomina aktor. East News/POLFILM
Obsada filmu była wymarzona: Igor Śmiałowski w roli seniora rodu, Bernard Ładysz jako młynarz, kipiąca energią Bożena Dykiel, Piotr Fronczewski i w roli tytułowej Jerzy Bińczycki, dla przyjaciół Binio. Jerzy Hoffman nie wyobrażał sobie w tej roli nikogo innego.
"Na czym zasadzała się siła aktorstwa Jerzego Bińczyckiego? - zastanawiał się reżyser. - Po dziś dzień nie wiem, jakim aktorem był Bińczycki. To banał, jeśli powiem, że dobrym, ale czy wielkim? Na pewno był szlachetnym człowiekiem. To z niego emanowało. Przed kamerą Binio zawsze wydawał się niesłychanie prawdziwy. Wolno mówił, wolno się ruszał". East News/POLFILM
Prawdziwa miłość
Niedługo po premierze "Nocy i dni" poprosiła go o wywiad na temat roli Elżbieta Godorowska, studentka teatrologii. Tak dobrze im się rozmawiało, że wkrótce aktor poprosił ją o rękę. Okazała się największą miłością jego życia (Jerzy Bińczycki był już wówczas po jednym rozwodzie).
Niestety, aktor miał słabe serce. Choć lekarze kazali mu się oszczędzać, zgodził się zostać dyrektorem Starego Teatru. To było za wiele. Jerzy Bińczycki zmarł na zawał w 1998 roku.
***W sobotę, 2 czerwca, w TVP Historia można obejrzeć kolejny odcinek serialu Jerzego Antczaka "Noce i dnie" (sprawdź opis odcinka).
"Noce i dnie" - Plebiscyt "Kultowa scena" w polskim filmie-INTERIA.TVInteria.tv