Reklama

Jeff Bridges sieje postrach zza grobu

Większość aktorów uważa się za szczęściarzy, jeśli w ciągu całej kariery chociaż raz przytrafi się im ta jedna, niezapomniana rola, gwarantująca trwałe miejsce w historii filmu. Jeff Bridges, który skończył 63 lata i ani myśli o emeryturze, ma na swoim koncie nie jedną, lecz kilka takich ról.

Bridges był nominowany do Oscara w kategorii "Najlepszy aktor pierwszoplanowy" dwukrotnie - za rolę ujmującego kosmity w "Gwiezdnym przybyszu" (1984) i gburowatego szeryfa w "Prawdziwym męstwie" (2010). Nominacją do Nagrody Akademii wyróżniono również trzy drugoplanowe kreacje, które stworzył w "Ostatnim seansie filmowym" (1971), "Piorunie i Lekkiej Stopie" (1974) i "Ukrytej prawdzie" (2000). Upragnioną statuetkę przyniosła mu rola muzyka country dokonującego rozrachunku ze swoim życiem w "Szalonym sercu" (2009).

Reklama

Nie był nagradzany ani nominowany do zaszczytnych laurów za inne swoje aktorskie dokonania, a przecież każde z nich zasługiwało na tego rodzaju gest uznania. Dość wspomnieć takie filmy z udziałem aktora, jak "Tucker - konstruktor marzeń" (1988), "Wspaniali bracia Bakerowie" (1989), "Fisher King" (1991) czy "Dziki Bill" (1995), w którym wcielił się w legendę Dzikiego Zachodu, słynnego rewolwerowca Billa Hickocka. Wspomnijmy wreszcie o postaci, z którą Bridges kojarzy się chyba najmocniej - o wyluzowanym domorosłym filozofie Jeffreyu Lebowskim, zwanym przez wszystkich "Kolesiem", bohaterze kryminalnej komedii "Big Lebowski" braci Coen z 1998 r.

Agent z zaświatów

Do tej bogatej historii Bridges dopisał właśnie nowy rozdział. To film "R.I.P.D. Agenci z zaświatów", będący adaptacją popularnego komiksu o martwych funkcjonariuszach policji, którzy nawet zza grobu ścigają złoczyńców.

Aktor gra w nim jedną z głównych ról - szeryfa Roya Pulsiphera, nieżyjącego od ponad stu lat. Roy jest jednym z agentów Wydziału ds. Wiecznego Odpoczynku - działającej w zaświatach jednostki, która składa się z bohaterskich nieboszczyków (za życia stróżów prawa) mających za zadanie tropić przestępców balansujących na granicy świata żywych i umarłych, i w ten sposób ukrywających się przed pozaziemską sprawiedliwością.


- Ten film ma w sobie coś z "Facetów w czerni", którzy bezczelnie przełamywali wszelkie konwencje - mówi Bridges. - Reżyserowi i scenarzystom udało się ukazać nierealny, nieistniejący świat w taki sposób, że odbieramy go w istocie jako ekscytującą i wiarygodną rzeczywistość.

- Wybierając role, zawsze zadaję sobie pytanie, czy ja sam chciałbym zobaczyć dany film, czy coś mnie w nim zaskoczy - ciągnie aktor. - "R.I.P.D. Agenci z zaświatów" spełniają te warunki. To historia pełna zwrotów akcji i niespodzianek. Niczego nie da się tutaj przewidzieć.

Film Roberta Schwentke, w którym obok Bridgesa występują też Kevin Bacon, Mary-Louise Parker i Ryan Reynolds, jest dość niezwykłą wariacją na temat klasycznej opowieści o dwóch gliniarzach, którzy muszą ze sobą współpracować pomimo dzielących ich różnic. Royowi, który w swojej pośmiertnej karierze miał już niejednego partnera, tym razem przydzielony zostaje Nick, młody policjant z Bostonu (Reynolds), zabity podczas nalotu na kryjówkę przestępców. Nick, który za wszelką cenę chce namierzyć swojego zabójcę, poznaje zawiłości pracy stróżów prawa w zaświatach pod czujnym okiem starszego kolegi.

Bridges zapewnia, że "nadprzyrodzone" akcenty obecne w filmie nie stanowiły dlań żadnego problemu. Jak mówi, jest otwarty na pomysły "nie z tej ziemi".

- To pewnie dlatego, że sam doświadczyłem kiedyś czegoś niewytłumaczalnego - zamyśla się. - Było to w 1998 r., po śmierci mojego ojca. Rozsypywaliśmy jego prochy w Malibu, w pobliżu miejsca, w którym zawsze pływał za życia. Zebraliśmy się tam całą rodziną... Wyglądało to trochę tak, jak w tej scenie z "Big Lebowskiego", pamiętasz? W każdym razie - rozsypujemy prochy ojca, a tu nagle moja matka zaczyna krzyczeć "Patrzcie, patrzcie!" - i pokazywać palcem w niebo. Spojrzeliśmy w górę... Przysięgam, że w chmurach zobaczyliśmy twarz taty. Każdy z nas to widział. A chwilę później zobaczyliśmy, jak z fal oceanu wyłania się olbrzymi wieloryb. Cały ten niesamowity spektakl pozostaje dla mnie czymś niewytłumaczalnym. Podejrzewam, że prawda o tym, co dzieje się w zaświatach, bardzo by nas zaskoczyła.

Pod pewnymi względami Roy Pulsipher nie przypomina żadnego z bohaterów, w których wcześniej wcielał się Jeff Bridges. Stary szeryf jest nie tylko silny i pewny siebie, ale też ma dokładnie sprecyzowane poglądy na wszystko. Swoje przekonania stara się zaszczepić swojemu młodemu partnerowi - nie zawsze w sposób delikatny i taktowny...

- Roy znajduje się pod wrażeniem swojej własnej osoby. Jest przekonany, że niemal wszystko zależy od niego, i że to on pociąga za sznurki - mówi aktor, po czym chichocze.

- Najzabawniejsze jest to, że to właśnie go ode mnie odróżnia. Owszem, są takie rzeczy, co do których mam wyrobione zdanie, ale zawsze z przyjemnością daję się wyprowadzić z błędu. Sytuacje, w których człowiek traktuje siebie zbyt poważnie, potrafią być bardzo zabawne.

Wnuczka nazywa go "Kolesiunio"

Bridges lubi pozować na wyluzowanego quasi-hipisa, ale prawda jest taka, że jego rodzina i jego kariera zawsze były dla niego najważniejsze. Zarówno on, jak i jego brat Beau płynnie przeszli od beztroskiego dzieciństwa do uczestnictwa w show-biznesie, który w tym wypadku był również biznesem rodzinnym. Czy mogło być inaczej, skoro ich ojcem był słynny aktor Lloyd Bridges, a matką - aktorka Dorothy Dean?

- Właściwie to nigdy nie byłem buntownikiem - wyznaje aktor. - Zapewne ma to związek z posiadaniem dzieci...

Gwiazdor od 37 lat jest mężem Susan Geston, z którą ma trzy córki: 31-letnią Isabelle, 30-letnią Jessicę i 27-letnią Hayley. Dwa lata temu został też dziadkiem.

Widzowie na ogół nie mają problemów z wychwyceniem różnic pomiędzy postaciami kreowanymi przez aktora a nim samym. Wyjątkiem był Jeffrey "Koleś" Lebowski, bohater obrosły legendą. Patrząc na Bridgesa w roli Kolesia, wielu zastanawiało się, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna filmowa fikcja. Istotnie, pewne cechy osobowości aktora zostały wykorzystane przez braci Coen. Co więcej, we wszystkich scenach Bridges występował nie w kostiumach, a w ubraniach z własnej szafy.


- Owoce tego zbieram do dziś: moja wnuczka Gracie nazywa mnie "Kolesiunio" - śmieje się aktor. A po chwili podejmuje wątek już poważniejszym tonem: - Jeśli chodzi o tę postać, to najważniejsza jest w niej chyba ta ogromna szczerość. (...) Wydaje mi się, że każdy z nas ma w sobie coś z Kolesia. Co do mnie, to na pewno mam w sobie więcej ambicji niż on, chociaż nie myślę o sobie jako o człowieku szczególnie ambitnym.

Wyznaniu temu przeczy napięty grafik aktora.

- To prawda, sam zauważam, że ostatnio mam bardzo dużo zajęć - przyznaje. - Praktycznie cały czas muzykuję. Dopiero co wróciłem z San Luis Obispo w Kalifornii, gdzie zagrałem koncert.

"Szalone serce" gna do przodu

Po zakończeniu zdjęć do "Szalonego serca" Bridges zafundował sobie roczną przerwę od pracy na planie i poświęcił ten czas wyłącznie muzyce. Tego lata aktor i jego zespół, The Abiders, koncertują na Zachodnim Wybrzeżu.

- Występ w "Szalonym sercu" na nowo rozpalił moją miłość do muzyki - wyznaje gwiazdor. - Muzyka towarzyszy mi od najmłodszych lat, a Oscar pomógł mi zwrócić uwagę ludzi na ten aspekt mojej aktywności. Kontynuuję tę przygodę. Mam nawet zamiar wydać kolejny album.


Nie oznacza to jednak, że Bridges, od dawna uchodzący za jednego z najbardziej zapracowanych aktorów w Hollywood, nosi się z zamiarem porzucenia kina. Niedawno zakończył zdjęcia do "Stracharza", filmu będącego ekranizacją pierwszej części popularnego cyklu fantasy.

- Akcja tej opowieści osadzona jest w realiach nawiązujących do średniowiecza - wyjaśnia. - Gram Stracharza, którego zadaniem jest walka z ciemnymi mocami. Podobało mi się to, że mogłem na pewien czas zanurzyć się w mitach i legendach.

W przyszłym roku Bridges zagości też na ekranach kin jako Pilot, czyli przyjaciel Małego Księcia z kart książki Antoine'a de Saint-Exupery'ego, która tym samym ponownie zostanie przetłumaczona na język filmu. Obok niego w obsadzie zobaczymy też Marion Cotillard, Jamesa Franco i Rachel McAdams.

Bridges słynie ze swojej niechęci do grania w sequelach. W swojej karierze tylko dwa razy zgodził się zagrać w tego rodzaju filmach - były to "Texasville" (1990) i "Tron: Dziedzictwo" (2010). Poza tym skutecznie opierał się błaganiom fanów, którzy marzyli o tym, by znów zobaczyć go w roli Gwiezdnego Przybysza czy Jeffreya Lebowskiego. Dlaczego zrobił wyjątek dla "Texasville", będącego kontynuacją "Ostatniego seansu filmowego"?

- Oba filmy zostały zrealizowane na podstawie powieści Larry'ego McMurtry'ego. Świetnie bawiliśmy się na planie, gdzie zresztą spotkaliśmy się w kompletnym, oryginalnym składzie - tłumaczy aktor. - Chciałbym za kolejnych 20 lat znów wystąpić w ekranizacji kolejnej książki, której autorem byłby Larry.

Generalnie jednak Bridges, jak sam mówi, nie lubi się powtarzać.

- Udział w serialu "Sea Hunt" przyniósł mojemu ojcu ogromną popularność, ale zarazem stał się dlań źródłem frustracji. Wyrazista postać, którą wykreował, na długi czas przyćmiła inne jego talenty. Naprawdę cierpiał z tego powodu. Wyciągnąłem wnioski z tej lekcji i staram się maksymalnie różnicować swoje role.

Ofiara nepotyzmu

To, że Jeff Bridges nigdy nie popychał swoich córek w kierunku aktorstwa, również jest efektem autoanalizy relacji gwiazdora z jego rodzicami.

- Niestety, a może "stety", nie brałem tutaj przykładu z mojego ojca i mojej matki. Chciałem chronić moje dziewczynki, więc nie zachęcałem ich do grania w filmach. Ojciec uwielbiał show-biznes i wszystko, co się z nim wiąże; całą tę otoczkę. Wywiady, pracę na planie, spotkania z przypadkowymi widzami, podróże... Autentycznie chciał, żeby jego dzieci też w tym uczestniczyły, co, jeśli się nad tym zastanowić, było czymś rzadko spotykanym. Znani ludzie zazwyczaj starają się trzymać swoje dzieci z daleka od tej karuzeli. To świat, w którym nietrudno o upokorzenia i traumatyczne przeżycia.

- Z powodu tej sytuacji ścierałem się z ojcem na różnych płaszczyznach - dodaje aktor. - Miałem problem zwłaszcza z tym, co nazywamy rodzinnymi koneksjami, albo wręcz nepotyzmem. Wiesz, ludzie lubią mówić, że ktoś dostał rolę tylko dlatego, że jest synem swojego ojca... Człowiek zawsze chce być szanowany tylko i wyłącznie ze względu na swój własny dorobek.

Chociaż gwiazdor początkowo opierał się życzeniom swojego ojca, w końcu uległ - ale z perspektywy czasu nie żałuje tej decyzji.

- Chciałem poświęcić się muzyce i malarstwu, ale ojciec powiedział mi: "Synu, przecież to możesz robić to wszystko na ekranie!"... Niech mi ktoś powie, że nie miał racji.

© 2013 Nancy Mills

Tłum. Katarzyna Kasińska

The New York Times

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jeff Bridges | R.I.P.D. Agenci z zaświatów

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje