Postać Jamesa Bonda od początku kojarzona była z męskimi ikonami kina, jednak historia produkcji skrywa wiele zaskakujących wątków. Jednym z nich jest fakt, że wśród rozważanych interpretacji bohatera pojawił się pomysł stworzenia kobiecej wersji agenta 007.
Pierwsze koncepcje ekranizacji powieści Iana Fleminga pojawiły się jeszcze w latach pięćdziesiątych, na długo przed wyprodukowaniem "Doktora No". Wówczas wytwórnie filmowe gorączkowo szukały sposobu na przyciągnięcie widowni, a produkcje o szpiegach wydawały się powiewem świeżości. Poszukiwano nowych rozwiązań, a producenci byli otwarci na odważne warianty i interpretacje.
Sugerowano, że agentem 007 mogłaby zostać kobieta, a potencjalną kandydatkę widziano w zdobywczyni Oscara - Susan Hayward. Aktorka cieszyła się wtedy statusem najpopularniejszej gwiazdy lat 50. Była silną osobowością, potrafiła łączyć elegancję z dramatyzmem i miała doświadczenie w rolach wymagających dużej odwagi. Jej kariera obejmowała zarówno melodramaty, jak i filmy akcji, a producenci wiedzieli, że potrafi udźwignąć ciężar głównej roli. Kobieca wersja Bonda miała być eksperymentem, a Hayward gwarantowała, że widzowie zobaczą bohaterkę pełną charyzmy i siły.
Dlaczego film z Hayward nie powstał?
Choć wizja kobiecego 007 brzmiała intrygująco, wytwórnia ostatecznie zrezygnowała z tego rozwiązania. Świat kina lat pięćdziesiątych i początku sześćdziesiątych był mocno konserwatywny, a producenci obawiali się reakcji publiczności. Uważano, że widzowie nie zaakceptują kobiety w roli szpiega, który uwodzi, walczy i strzela z takim samym rozmachem jak mężczyzna. Ostatecznie wybór padł na męską interpretację i w 1962 roku na ekranach pojawił się Sean Connery jako James Bond. Seria ta stała się definicją gatunku na kolejne dekady.
Najwięcej wątpliwości co do wyboru aktora miał jednak sam Ian Fleming. Nie odpowiadał mu między innymi styl wypowiedzi Connery'ego - autorowi brakowało wyrafinowanej, "dworskiej" angielszczyzny, której oczekiwał od swojego bohatera.
"To nie jest mój Bond. Potrzebuję kogoś z klasą, a nie tego prostaka" - miał powiedzieć twórca powieści. Kto zdaniem Fleminga byłby idealnym Bondem? Richard Burton. Aktor otrzymał nawet propozycję roli, ale ją odrzucił. Twórca postaci był też fanem Jamesa Stewarta ("jeśli tylko poprawiłby akcent") i Jamesa Masona ("możliwe, że będziemy musieli pogodzić się z jego kandydaturą"). Wśród innych kandydatów do roli - oprócz Connery'ego - rozważani byli m.in. Peter Finch, Dirk Bogarde, Michael Redgrave, a także Roger Moore, który wcielił się w agenta 007 kilka lat później, debiutując w filmie "Żyj i pozwól umrzeć".
Dalsze losy Susan Hayward
Dla Susan Hayward brak udziału w tej wizji nie oznaczał porażki. Jej kariera rozwijała się imponująco, a Oscara zdobyła ostatecznie za rolę w filmie "Chcę żyć!". Była pięciokrotnie nominowana do tej prestiżowej nagrody, co tylko potwierdzało jej aktorską klasę. W latach sześćdziesiątych wciąż pojawiała się w znaczących produkcjach, a jej nazwisko było marką samą w sobie.
Prywatnie Hayward była dwukrotnie zamężna. Pierwsze małżeństwo z aktorem Jessem Barkerem było niezwykle burzliwe i zakończyło się rozwodem po dziesięciu latach. Drugiego męża, Floya Eatona Chalkleya, poślubiła w 1957 roku.
Fakt, że mogła zostać pierwszym Bondem, dodaje jej biografii niezwykłego kolorytu i sprawia, że pozostaje ona jedną z najciekawszych alternatywnych historii Hollywood. Niesamowite jest, jak bardzo inaczej mogły potoczyć się losy kina szpiegowskiego, gdyby odważne role żeńskie wprowadzono całe dekady wcześniej.










