Grochowska dziwką, Szyc zakonnikiem

Uroczystą projekcją filmu "Południe-Północ" Łukasza Karwowskiego z głównymi rolami Agnieszki Grochowskiej i Borysa Szyca rozpoczął się w piątek, 6 października, 22 Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy (WMFF). Wydarzeniem pierwszego dnia imprezy był jednak pokaz najnowszego filmu Darrena Aronofskiego "Źródło".

Na uroczystym otwarciu festiwalu obecny był pełniący obowiązki prezydenta Warszawy Kazimierz Marcinkiewicz, który w katalogu WMFF zaznaczył, że warszawski festiwal "proponuje ambitny repertuar, na który składają się filmy o wysokich walorach artystycznych i dlatego większości z tych filmów nie zobaczymy w repertuarach kin komercyjnych". Jednak zarówno "Południe-Północ", jak i "Źródło" znalazły już swych polskich dystrybutorów; prędzej czy później obydwa obrazy trafią więc do kin całej Polski.

Reklama

Zacznijmy od oficjalnego "startera" WMFF - drugiego fabularnego filmu Łukasza Karwowskiego, o którego pierwszym obrazie "Novembre" mało kto już pamięta, gdyż powstał dokładnie... 14 lat temu. W tym czasie Karwowski w Warszawie, Londynie i Paryżu zrealizował ponad 150 filmów reklamowych, by potem, zupełnie spontanicznie, napisać w trzy tygodnie scenariusz "Południe-Północ" specjalnie z myślą o parze głównych aktorów, czyli duecie Grochowska-Szyc.

Rzecz, która powstała z fascynacji reżysera wspomnianymi aktorami, to jednak dość nieudolne kino drogi. On (Jakub), który opuścił zakon, spotyka Ją (Julię), byłą prostytutkę, i razem podejmują decyzję o wyprawie nad morze, które widzieli do tej pory tylko na filmach. Tragizm ich beztroskiej wędrówki przez nadpilickie krajobrazy w tytułowym kierunku zaakcentowany jest już na wstępie, gdy dowiadujemy się, że Jakub jest nieuleczalnie chory i zostało mu najprawdopodobniej kilka tygodni życia. Skrywana przez Julię tajemnica dotyczy jej wstydliwej przeszłości, gdy przez rok parała się w Warszawie prostytucją, co doprowadziło ją do nosicielstwa HIV.

Skoro dwójka bohaterów nie ma tak naprawdę nic do stracenia, skoro ich niezobowiązująca wycieczka, tak jak ich niezobowiązująca znajomość, zaczyna nabierać coraz większej wagi -pomiędzy pierwszą literą jego imienia a pierwszą literą jej imienia musi wskoczyć "trzecie J". Jest nim (nią?) Jezus.

Polskie kino nie ma ostatnio szczęścia do portretów duchownych. Zarówno Michał Żebrowski jako ksiądz Jan w "Kto nigdy nie żył..." Andrzeja Seweryna, jak teraz Borys Szyc w roli mnicha Jakuba, to postaci karykaturalne w swej wymowie. Szyc zresztą w jest w swej roli jak najbardziej świecki (w habicie widzimy go tylko w pierwszej scenie, w której... zdejmuje on klasztorny strój), "Niech będzie pochwalony" w jego ustach trąci ludyczną myszką, a sposób w jaki odgrywa ślepotę swego bohatera (tak, tak - Jakub traci też na chwilę wzrok) przypomina dokonania teatrów amatorskich.

Trochę więcej pazura pokazuje w filmie Karwowskiego Grochowska, która ozdobiona blond peruką i odziana w mini spódniczkę konsekwentnie buduje postać prostej, wiejskiej dziewczyny. Nadal jednak Grochowska gra tę samą, co od lat rolę wcielonej niewinności i nawet wulgaryzmy w jej ustach - a bluzga tu na potęgę - mają smak spowiedzi, a nie występku (do której zresztą w filmie dochodzi). Zaskakuje za to aktorsko Robert Więckiewicz, którego pięć (!) ról jest miłym motywem tego letniego i zbudowanego na nastroju filmu.

O wiele większe ambicje postawił sobie za to Darren Aronofsky, który w swym "Źródle" - tak jak 90 lat temu D.W.Griffith w "Nietolerancji" - próbował opisać pewne pojęcie na przykładzie kilku opowieści z różnych stuleci. O ile jednak Griffitha interesowała geneza ludzkiej nietolerancji, Aronofsky skupił się na bardziej intymnym doświadczeniu, a mianowicie spróbował dać odpowiedź o początki ludzkiej miłości.

Głównym bohaterem jego sagi, którą sam nazywa "psychodelicznym sci-fi", jest Tomas Creo (jego nazwisko nie jest nasuwa skojarzenia z Twórcą), którego gra Hugh Jakcman - naukowiec, walczący o życie mającej guza na mózgu żony Izzi (żona reżysera Rachel Weisz). Tom Creo to też XVI-wieczny konkwistador, walczący u boku swej królowej (Weisz) o wolność opętanej inkwizycyjną gorączką Hiszpanii. Wreszcie trzecia historia rozgrywa się w XXVI wieku i opowiada o astronaucie Tomie Creo, który poszukuje odpowiedzi na pytanie o "tajemnicę życia" oraz zastanawia się nad istotą miłości i wiecznej młodości.

Poszukiwanie "tajemnicy życia" to w kinie zadanie ryzykowne i film Aronofskiego nosi w sobie grzechy tej potencjalnej egzaltacji. Chcąc być poszukiwaniem Złotego Graala, podejmuje wątek wagi mitu w życiu człowieka; jest jednak przepełniony newage'owską dialektyką. Mimo że żadna z trzech historii przedstawionych w filmie nie rozgrywa się w Azji, "Źródło" wydaje się być wykładnią teorii wędrówki dusz i promuje buddyjską koncepcję śmierci jako początku nowego życia. Kto jednak przebije się przez egzaltowaną formę filmu Aronofskiego, dostrzeże intensywny obraz kosmicznej miłości między mężczyzną a kobietą oraz będzie mógł nasycić się jedną z piękniejszych metafor symbolu związku małżeńskiego - obrączki ślubnej potraktowanej jako tatuaż.

Ostatnim i zdecydowanie najbardziej rozrywkowym punktem inauguracyjnego 22. Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy dnia, był pokaz filmu z Sachą Baronem Cohenem, brytyjskim komikiem, którego jednym z wcieleń jest postać Kazacha Borata. "Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej" to ponoć według "Variety" najbardziej oczekiwana przez internautów (czy przez użytkowników INTERIA.PL też?) premiera roku.

Ci, którzy znają poczucie humoru Cohena nie będą zaskoczeni, dla tych jednak, dla których "Borat: Podpatrzone w Ameryce..." będzie pierwszym kontaktem z twórczością kontrowersyjnego komika, może to być prawdziwy szok. Szymon Majewski i Kuba Wojewódzki razem wzięci nie są bowiem tak niepoprawni politycznie jak Cohen, który drwi sobie w swym filmie nie tylko z Żydów, homoseksualistów, feministek, lecz także z amerykańskiego hymnu i oczywiście z Kazachów.

Sposób w jaki to robi, ma jednak wiele wspólnego z akcjami performance - równie zaskoczeni jak widzowie jego filmu są więc spotkani przez niego podczas podróży przez Amerykę ludzie. "Borat" opowiada bowiem o tytułowym Kazachu, który wysłany został do Stanów Zjednoczonych przez Ministerstwo Informacji Kazachstanu, by nauczyć się czegoś od Amerykanów i oświecić ciemny kazachski lud. W międzyczasie zakochuje się w gwieździe "Słonecznego patrolu" Pameli Anderson i jedzie do Hollywod, by się z nią ożenić.

Stopień politycznej niepoprawności, jaką serwuje nam w swym filmie Cohen, jest jednak - mimo wielu zagrań poniżej pasa - katartycznie odprężający i wypada żywić wobec niego wdzięczność, że za cel swoich ataków nie wybrał sobie Polski, ograniczając się do powitań i pożegnań w naszym ojczystym języku ("Jak się masz?", "Dzień dobry" i "Do widzenia"). Amerykanom zgotował bowiem odśpiewanie podczas zawodów rodeo ich hymnu ze słowami fikcyjnego tekstu hymnu Kazachstanu, który rozpoczął od słów: "Kazachstan is the greatest country in the world". Polscy piłkarze powinni mieć się na baczności.

Tomasz Bielenia, Warszawa

Dowiedz się więcej na temat: festiwal | festiwal filmowy | południe | Grochowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje