Reklama

Reklama

Grażyna Barszczewska: "Nie nadaje się na aktorkę"

Studiowała w szkole teatralnej, lecz powiedziano jej, że się nie nadaje na aktorkę. Na szczęście Grażyna Barszczewska się nie poddała.

Studiowała w szkole teatralnej, lecz powiedziano jej, że się nie nadaje na aktorkę. Na szczęście Grażyna Barszczewska się nie poddała.
Grażyna Barszczewska na festiwalu Dwa Teatry w Sopocie /AKPA

"Wstaje rano, kładzie się spać o drugiej w nocy, bo szkoda jej czasu na sen. Jeśli nie przygotowuje się do roli, czyta, gra na pianinie, uczy się angielskiego. Albo porządkuje rzeczy, bo nie znosi bałaganu" - mówi Alfred Andrys, mąż Grażyny Barszczewskiej, któremu aktorka wypisuje zadania na kartce.

"Mamo, spokojnie" - powtarza Grażynie Barszczewskiej jej syn, Jarosław. Bo zazwyczaj jest tak: choć aktorka uwielbia spać, wstaje rano, a choć kocha jeść, przekąsza szybko byle co, bo przecież próba, coś jeszcze trzeba pozałatwiać, a wieczorem spektakl. Jeśli uda się ją złapać w przelocie, od razu woła: "No, to co robimy?". Bo chociaż kiedyś starała się palić mocne papierosy, by zaimponować chłopakowi, a większa sympatia do wina pewnie pomogłaby jej w życiu towarzyskim, uzależniła się tylko od jednej rzeczy - pracy.

Reklama

Mąż zwie ją Tyranią

W życiu odwołała tylko jeden spektakl. "Przez długi czas bagatelizowałam ataki wyrostka robaczkowego, tłumacząc to moim apetytem, by nie powiedzieć... obżarstwem" - opowiada Grzegorzowi Ćwiertniewiczowi w wydanym właśnie wywiadzie-rzece "Grażyna Barszczewska - amantka".

Gdy wreszcie rodzina zmusiła ją do konsultacji lekarskiej, usłyszała: "Operacja za dwie godziny". "To niemożliwe. Ja jutro gram, zgłoszę się za tydzień" - odparła, ale na szczęście lekarz nie zgodził się jej wypisać.

"Jeden z twoich kolegów mówił mi, że kiedy zawalił i nie przyszedł na nagranie, a potem przepraszał, powiedziałaś mu, że nie jest usprawiedliwiony, bo żyje" - prowokował ją Ćwiertniewicz. "Oczywiście! - odparła. "Chorzy jesteśmy do 18.59. O 19.00, w momencie wejścia na scenę, zdrowiejemy". (...)

Zawsze chętniej grywała postacie charakterystyczne niż amantki. "Pani jest amantką, ale amantką z pieprzem!" - tak Jan Rybkowski przekonywał ją do przyjęcia głównej roli kobiecej w "Karierze Nikodema Dyzmy".

O tym, że jest piękna, dowiedziała się późno i ze zdziwieniem. "Moja twarz, moje ciało to mój warsztat pracy. Nigdy nie traktowałam swej powierzchowności nadmiernie troskliwie. Zresztą nie byłam i nie jestem jej szczególną wielbicielką" - mówi.

Może dlatego nie ma oporów, by do roli przeistaczać się radykalnie. W filmie "Wszystko co najważniejsze" sama zaproponowała, by jej piękne długie włosy ścięto nożycami do strzyżenia owiec.

"Grażyna traktuje siebie jak manekin do grania, do umalowania, do użycia, traktuje siebie jak narzędzie" - mówi Krystyna Janda, a Barszczewska żartuje, że na co dzień chodzi nieumalowana, bo oszczędza twarz. "Żeby mi na dłużej wystarczyła". (...)

Wnuczki, Emilka i Helenka, są jej oczkiem w głowie. "Dom jest dla niej ostoją. Najważniejsze są wnuczki" - mówi jej mąż, inżynier Alfred Andrys, który pieszczotliwie zwie ją Tyranią. "Zawsze jej powtarzam, że czekam na chwilę, kiedy wejdzie do domu i powie: 'Boże, jak ja się za tobą stęskniłam', a nie: 'Jezu, jaka jestem głodna'" - śmieje się.

Uznano, że się nie nadaje

To drugie małżeństwo p. Grażyny. Jej pierwszy mąż, Jerzy Szmidt, tata Jarosława, zginął w 1987 roku  w wypadku samochodowym. Aktorka niechętnie o tym mówi. "Nie prosiłam losu o wielkie krzywe życiowe, ale dał mi różne barwy. Ciemne też. Ale ja nie znoszę publicznego epatowania swoimi problemami, bólem, stratą najbliższych. To moje i tylko moje".

Woli opowiadać o swoim domu rodzinnym. Jej rodzice pochodzili z Podlasia, ale ojciec, kierownik w warszawskiej FSO, sprowadził rodzinę na Żerań. "Nasiąkałam tym, co widziałam u rodziców. Zwykła uczciwość, odpowiedzialność, solidność - opowiadała. - Miałam trochę stracone beztroskie dzieciństwo. Wracałam z liceum, w locie jadłam obiad i pędziłam na kolejne zajęcia do szkoły muzycznej. Ciągle byłam niedospana".

Na studia postanowiła jednak wybrać się do szkoły teatralnej. "Miałam w liceum wspaniałą polonistkę i to ona podsunęła mi taki pomysł. Rodzice nie protestowali. Chyba też zorientowali się, że nie miałam jakiegoś szczególnego talentu muzycznego". Przezornie złożyła papiery także na psychologię i medycynę, ale do stołecznej PWST dostała się za pierwszym razem. Radość nie trwała długo.

"Byłam kompletnym nieopierzeńcem, naiwnym dzieckiem, a próbowano obsadzać mnie w rólkach panienek nie najcięższych obyczajów. Opiekunka roku, Ryszarda Hanin, proponowała mi do grania same sceny erotyczne i agresywne, chcąc mnie w ten sposób otworzyć". Z marnym skutkiem.

W połowie pierwszego roku Grażyna usłyszała: "Wiesz, dziecko, nie dasz sobie rady w tym zawodzie. Jesteś za delikatna, za słaba, zbyt krucha, nieodporna".

Gdy skreślono ją z listy studentów, nie poddała się. Zdała egzaminy drugi raz, do Krakowa. Już na drugim roku dostała stypendium naukowe jako najlepsza studentka. Stała się amantką, a nawet komediantką. (...)

MP

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***


Życie na Gorąco Retro
Dowiedz się więcej na temat: Grażyna Barszczewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL