Reklama

Filmowa archeologia Dylewskiej

- Nie chciałam zrobić filmu społeczno-oświatowego. Chciałam, by ten film umożliwił emocjonalne dotknięcie tamtego świata - powiedziała podczas konferencji prasowej w krakowskim Kinie Pod Baranami reżyserka dokumentu "Po-Lin. okruchy pamięci" - Jolanta Dylewska. Film wchodzi na ekrany kin w najbliższy piątek, 7 listopada.

Reżyserka, która jest również cenioną operatorką (jej ostatnim filmem jest świętujący triumfy na międzynarodowych festiwalach "Tulpan" Siergieja Dworcewoja), przyznała, że nad dokumentem o przedwojennym życiu Żydów na ziemiach polskich pracowała ponad dekadę.

Reklama

- Poświęciłam na ten film więcej niż 10 lat. Praca nad nim przechodziła różne fazy. Jestem przede wszystkim operatorem filmów fabularnych, równolegle pracowałam więc przez cały czas jako operator, ale cały czas niosłam w sobie tą ideę - powiedziała Dylewska.

"Po-Lin". Okruchy pamięci" skonstruowany jest wokół archiwalnych materiałów, na które reżyserka trafiła w filmowych archiwach Ameryki i Izraela.

- Robiłam kiedyś dla amerykańskiego producenta inny film dokumentalny - "Children of the Night" - opowiadający o dzieciach żydowskich w czasie zagłady. Zbierając materiały jeździłam przez cały rok po różnych archiwach. Podczas tych poszukiwań odkryłam te amatorskie filmy. Pierwszym był film z Kałuszyna, zobaczyłam go w Jerozolimie i wtedy właśnie dotarło do mnie, że coś z tym można zrobić. W środku głowy, w środku serca i w środku brzucha praca nad filmem "Po-Lin" już się wtedy zaczęła - Dylewska wyjaśniła inspiracje, towarzyszące powstaniu swego najnowszego filmu.

Materiały archiwalne przeplata reżyserka współczesnymi fragmentami, nakręconymi przez nią w miejscach, których dotyczą znalezione w archiwach taśmy.

- Od razu wiedziałam, że chcę odwiedzić te miejsca teraz, z odpowiednikiem tamtych kamer filmowych - oni przyjeżdżali z Ameryki z 16-milimetrowymi kamerami Kodaka. My teraz takie home movies kręcimy na kamerach MiniDV. Wiedziałam więc, ze będę chciała tam pojechać z niedużą, nierzucająca się w oczy kamerą, na którą ludzie nie reagują, bo się z nią już oswoili, np., przy różnych rodzinnych uroczystościach - wyjaśniła autorka "Po-Lin".

Niektóre z materiałów, na które trafiła reżyserka, znane już były z innych dokumentów.

- Nie odkrywam Ameryki - zastrzegła Dylewska. - Niektóre z tych filmów znane były wąskiej publiczności już wcześniej, znalazły się w amerykańskim dokumencie "Before My Eyes". Ale oni użyli tylko tych doskonałych pod względem technicznym fragmentów. A "Kałuszyn" wyglądał w ten sposób, że nie można go było normalnie obejrzeć, to było kręcone 6 klatek na sekundę, cały film migał zbyt szybko przed oczyma. Trzeba było te klatki ustabilizować, inne filmy były znowu tak wyblakłe, że trzeba to było technologicznie poprawić - mówiła Dylewska.

Opór reżyserki budził ilustracyjny sposób ich użycia.

- Moją niezgodę budziło jednak to, że fragmentów tych filmów u żywa się w bardzo ilustracyjny sposób. W tym skądinąd wspaniałym filmie "Before My Eyes" rozmawia się z ocalałymi z zagłady Żydami i gdy ktoś wspomina jakąś część przedwojennego życia, wtedy ilustruje się to fragmentami. A ja zobaczyłam w tym filmach możliwość, by każde z tych miasteczek, do którego dotarto wtedy z kamerą, miało w moim filmie swoją scenę. Żeby ono próbowało odtworzyć kształt życia w tym konkretnym miejscu - wyjaśnia reżyserka.

Dylewska tłumaczyła, że w tej "filmowej archeologii" chodziło jej o zaakcentowanie "emocjonalnej energii" tych obrazów.

- W wielu z tych filmów powtarza się pewna figura stylistyczna: filmowani stojący przed kamerą, podchodzą do niej, machają, patrzą niesamowicie ciepło na tego, kto stoi za kamerą, na obiektyw. Zobaczyłam, że te filmy mają niesamowitą emocjonalną energię, poczułam, że ci ludzie, których już nie ma, patrzą na mnie. I robią to z sympatią. Z miłością. Pomyślałam sobie, że gdy oni spojrzą na widzów w sali kinowej, to być może ci widzowie tak samo spojrzą na nich - wyraziła swoje życzenie Dylewska.

Przy okazji reżyserka wytłumaczyła,, dlaczego czuła się w obowiązku nakręcić film o Żydach, w którym ani razu nie pada słowo "holokaust".

- Zagłada trwała kilkanaście miesięcy, a współżycie Żydów i Polaków trwało lat kilkaset. W tym jest jakaś niepsrawiedliwość, że Żyd kojarzy nam się z kimś skrajnie upodlonym .To jest dla mnie zwycięstwo nazistów - sama przyłożyłam do tego rękę, bo zrobiłam o tym, w dobrej wierze, dwa filmy - wyjaśniła.

'Po-Lin Okruchy pamięci" wchodzi do kin 7 listopada w dwóch kopiach filmowych. Dystrybutor filmu - Fundacja film Polski - nie wyklucza jednak, że podobnie jak w przypadku swojej wcześniejszej premiery - dokumentu "My, Cichociemni" - zainteresowanie widzów sprawi, że wyprodukowane zostaną dodatkowe kopie.

Na początku 2009 roku powinno dojść także do niemieckiej premiery filmu. Narratorką niemieckiej wersji "Po-Lina.." będzie wybitna aktorka Hanna Schygulla. W polskiej wersji słyszymy głos Piotra Fronczewskiego.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Po-lin. Okruchy pamięci | Jolanta Dylewska | \ Film | filmy | archeologia | film

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje