Reklama

Emil Karewicz: Najbardziej kochał aktorstwo i żonę

Emil Karewicz

Swoim zwyczajem oświadczył się jej po zaledwie kilku tygodniach, ale tym razem nie okazało się to złą wróżbą. Aktorstwo nazywał drugą miłością swojego życia - pierwszą, i to bardzo wyrozumiałą, była pani Teresa. Ich małżeństwo przetrwało 62 lata, z których większość przemieszkali w domu z ogrodem na jednej ze spokojnych uliczek warszawskiego Anina. To pani Teresa stworzyła tam prawdziwą przystań. Zajęła się wychowaniem córki Małgorzaty i syna Krzysztofa, mąż zaś mógł biegać z teatru na plan filmowy i z powrotem.

Reklama

Roboty miał mnóstwo. Role u Wajdy, Kawalerowicza, Petelskich, wreszcie "Krzyżacy" i "Stawka większa niż życie" - choć niemal nigdy nie pojawiał się na pierwszym planie, często zapamiętywano go lepiej niż aktorów występujących w rolach głównych. Nigdy jednak nie wbił się w dumę i zachowywał kpiarski dystans do swych osiągnięć.

"Przed bitwą pod Grunwaldem rycerze krzyżaccy przynoszą Jagielle dwa miecze  - mówił o roli u Forda. - Król krzyżuje je wtedy nad głową. Miecze błyszczały, koń się płoszył, a ja przy każdym ujęciu zlatywałem na ziemię. Musiałem ostatecznie zagrać, siedząc na koźle zbitym z desek, bo tylko w ten sposób mogłem dostojnie wypowiedzieć: 'Biorę te miecze jako wróżbę zwycięstwa'".

Pytany o Brunnera, odpowiadał: "Miałem być wrednym typem, przeciwwagą dla szlachetnego Klossa, ale widocznie mam w sobie tyle wdzięku, że przebija się on przez czarny charakter roli. W każdym razie nikt mi samochodu nie porysował". Strasznych i śmiesznych jednocześnie gestapowców grał perfekcyjnie. Któż nie pamięta go z "Jak rozpętałem II wojnę światową", gdzie odziany w czarny mundur, z białym szalikiem na chorym gardle, próbuje wymówić nazwisko Brzęczyszczykiewicz?

W 1983 roku, jako 60-latek, zdecydował się odejść na emeryturę, by spędzać więcej czasu z żoną i oddać się swoim pasjom: malarstwu, pielęgnacji ogrodu i wędkowaniu. Dał się jeszcze namówić do powrotu na ekran w "Stawce większej niż śmierć", mignął w jednym odcinku "Na dobre i na złe", ale do zawodu już nie chciał wracać. Po śmierci żony  w 2012 r. trudno mu się było odnaleźć, w dobrej formie trzymały go dzieci i piątka wnucząt, którym uwielbiał opowiadać historie ze swego życia. Zmarł 18 marca, kilka dni po 97. urodzinach.

AP

Życie na Gorąco Retro

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Emil Karewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje