Reklama

Daniel Radcliffe: Młody czarodziej dorasta

Światło na końcu tunelu, które jeszcze do niedawna Daniel Radcliffe widział przed sobą, jest już oficjalnie za jego plecami. Zmierzając w kierunku dwuczęściowej produkcji "Harry Potter i Insygnia Śmierci", Radcliffe miał świadomość, że policzone są jego dni jako kinowego wcielenia młodego czarodzieja z kart książek J.K. Rowling.

Prace nad obydwoma filmami dobiegły już końca, w związku z czym tak naprawdę pozostało mu już tylko nagrać ostatnie postsynchrony, pomachać do pełnych uwielbienia tłumów fanów, szturmujących premierowe pokazy na całym świecie - i udzielić telefonicznych wywiadów, których tematem będą dwie ostatnie odsłony filmowego cyklu, pożegnanie z odtwarzanym przez siebie bohaterem i wreszcie perspektywa życia po Harrym Potterze.

Reklama

- Jeśli chodzi o moje własne, osobiste odczucia, muszę powiedzieć, że był to bardzo, bardzo długi film - tak o dwuczęściowym dziele, którego realizacja trwała okrągły rok, mówi 21-letni dziś Radcliffe. Pierwsza część "Harry'ego Pottera i Insygniów Śmierci" trafi do kin już 19 listopada; premierę drugiej zaplanowano na 15 lipca 2011 roku.

- Było to bardzo ekscytujące doświadczenie, a czasami też bardzo ciężka praca. Ale przecież dlatego to robimy i dlatego tak to kochamy. Nie doświadczyłem co prawda żadnego ze skrajnych uczuć, jakie stały się udziałem Harry'ego, ale pod koniec zdjęć emocje wzięły górę. Mam wrażenie, że media cytowały już tę moją wypowiedź, w której wyznałem, że ostatniego dnia bardzo wszyscy płakaliśmy. Tak też istotnie było.

- Od tamtego czasu czuję się bardzo nieswojo - ciągnie młody aktor. - Pierwszy miesiąc był naprawdę dziwny, ale na szczęście w tamtym okresie wielokrotnie spotykałem osoby, które pracowały przy obu filmach. Któregoś dnia pojechałem do Pinewood Studios, gdzie przygotowuję się do zdjęć do "Kobiety w czerni", i wpadłem na co najmniej trzydziestu znajomych - z niektórymi z nich współpracowałem przy okazji ostatniej części "Harry'ego Pottera", ale byli też tacy, których nie widziałem od czasu trzeciego czy drugiego filmu.

- Zawsze mówiłem, że "Harry Potter" jest jak mafia - kiedy już wpadniesz w jej ręce, nie ma szans na ucieczkę - dodaje. - Będę znał tych ludzi do końca mojego życia, bez względu na to, gdzie rzuci mnie los i co się stanie.

- Tak więc owszem, koniec wiąże się z pewnym smutkiem - konkluduje - ale też dotarłem wreszcie do etapu, na którym ekscytuje mnie myślenie o przyszłości. Ekscytuje mnie również perspektywa zobaczenia obu filmów. Podróż jeszcze się nie skończyła - mam na myśli to, że publiczność nie widziała jeszcze efektów naszej pracy i nie wyrobiła sobie zdania na ich temat. Dlatego z niecierpliwością czekam na to, co ludzie powiedzą.

W pierwszej części "Harry'ego Pottera i Insygniów Śmierci" Harry, Hermiona (Emma Watson) i Ron (Rupert Grint) wciąż pogrążeni są w bólu po stracie ukochanego dyrektora Hogwartu, Albusa Dumbledore'a, ale też bardziej niż kiedykolwiek zdeterminowani, by pokonać złego Lorda Voldemorta (w tej roli Ralph Fiennes). Voldemort urósł jednak w siłę i stał się bardziej zuchwały. Trójka przyjaciół rozpoczyna desperacki wyścig z czasem, by odnaleźć wszystkie siedem horkruksów - obiektów przechowujących fragmenty esencji bytu, duszy czarodzieja (w tym przypadku Voldemorta) - zanim "Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać" zakończy odbudowywanie swojej potęgi.

Radcliffe, z którym rozmawiałem telefonicznie kilka tygodni po zakończeniu okresu zdjęciowego, powiedział mi, że - jeśli chodzi o samego Harry'ego - oba filmy, ale przede wszystkim pierwsza część, zgłębiają "motyw wiary jako takiej i wiary młodego czarodzieja w Dumbledore'a, która zostaje poddana próbie". Dumbledore nie żyje, ale zostawił Harry'emu zadanie do wykonania. Niestety, nie przekazał mu jednak niemal żadnych informacji - z wyjątkiem trzech dość tajemniczych przedmiotów, z którymi Harry ma wyruszyć w swoją misję.

- Na początku wydają się one być zupełnie bezsensownym spadkiem - mówi Radcliffe - ale stopniowo, w miarę rozwoju akcji, nabierają one coraz większego znaczenia. Harry zaczyna jednak stawiać sobie pytania o motywy, jakie kierowały Dumbledore'em - nic w tym dziwnego, zważywszy na fakt, że docierają do niego wszystkie te informacje na temat mistrza; informacje wcześniej mu nieznane; informacje, które skłaniają go do powątpiewania w jego uczciwość, czego nigdy wcześniej nie robił.

- Porównania nawiązujące do religii są z reguły ryzykowne - ciągnie aktor - ale przypomina to próbę wiary, jakiej został poddany Hiob. Ile Harry wytrzyma, zanim się podda? A jednak za każdym razem, gdy przychodzi dla niego chwila zwątpienia, gdy myśli, że jego misja jest pozbawiona sensu i nie ma pojęcia, dlaczego w ogóle się w nią angażuje, wydarza się coś, co pozwala mu ją kontynuować.

- Co do jego relacji z Ronem i Hermioną - dodaje - to jedno z tych dwojga stopniowo zaczyna dostrzegać, że Harry zupełnie nie wie, co robić. Nie ma żadnego planu; improwizuje. W miarę, jak oni z kolei tracą wiarę w niego, Harry popada w coraz większą paranoję i izolację, a także - jak przypuszczam - gniew. Zmiany te nigdy jednak nie zostają wyraźnie zamanifestowane - widz odbiera je bardziej jako rodzaj desperacji, jak sądzę.

Filmowy cykl o Harrym Potterze zarobił na całym świecie miliardy dolarów i uczynił z Radcliffe'a gwiazdę. Za każdym razem, kiedy pojawia się na Broadwayu albo londyńskim West Endzie, przy wyjściu dla artystów rzucają się niego pełni uwielbienia fani.

Mimo to aktor przyznaje, że nie jest w stu procentach zadowolony ze swej pracy, zwłaszcza z tego, jak zagrał w "Harrym Potterze i Księciu Półkrwi".

- Wydaje mi się, że wysoce krytyczny stosunek do własnej pracy jest wpisany w specyfikę zawodu aktora - mówi. - W moim przypadku tak było zawsze. Nigdy nie ekscytowałem się moimi rolami; nie lubię też oglądać siebie na ekranie - ale podczas zdjęć do szóstej części cyklu poczułem po prostu, że moja gra staje się wtórna. Dlatego w części siódmej dołożyłem starań, by była ona bardziej wyrazista i zróżnicowana - ale oczywiście nie przesadna i afektowana.

- Wydaje mi się, że to poczucie niedostatecznego usatysfakcjonowania moją grą w części szóstej stało się poniekąd błogosławieństwem. Dało mi ono swoistego kopniaka, którego potrzebowałem, by przygotować się emocjonalnie do roli i przygotować do nowej filmowej podróży.

- Jeśli chodzi o przygotowania jako takie, to wydaje mi się, że z o wiele większą dokładnością podchodziłem do każdej sceny. Nie chcę przez to powiedzieć, że wcześniej spoczywałem na laurach - za nic nie chciałbym sprawiać takiego wrażenia. Sama moja osoba czy charakteryzacja nie czynią jeszcze roli. Chodzi o to, że... zacząłem odczuwać większą obsesję na punkcie przygotowań do siódmego filmu i poszczególnych scen.

- Odkryłem również sposób działania, który sam w sobie nie był metodą - dodaje. - Okazało się jednak, że działa w moim przypadku. Kiedy kręciliśmy te najważniejsze, epickie sceny, chowałem się w kącie planu i niemal wprowadzałem w stan takiego "małego szaleństwa", w którym tracę świadomość swoich konkretnych działań w danej chwili. Najlepiej wykonujesz swoją robotę wtedy, kiedy o niej nie myślisz. W każdym razie - ja tak uważam.

- Jeśli przygotowujesz się do roli z pewnym wyprzedzeniem czasowym i znasz swoją postać oraz jej mentalność - mówi Radcliffe - jeśli wiesz, skąd wzięła się w danej scenie, do czego w niej dąży i czego chce w tym konkretnym momencie; jeśli jesteś świadomy tego wszystkiego i zachowujesz to w pamięci, tak, że wiedza ta zostaje wbudowana w twoją grę - wtedy pozwalasz, by działo się to, co się ma dziać. Taki właśnie sposób działania wypracowałem na potrzeby siódmego filmu - sposób, którego chyba zabrakło mi w szóstej części cyklu.

Teraz jednak pora iść naprzód. Cokolwiek skrywa dla Radcliffe'a przyszłość, prawdopodobnie nie będą to charakterystyczne okulary i blizna przypominająca błyskawicę. Aczkolwiek, tak na wszelki wypadek, aktor zachowuje te pierwsze jako swoistą pamiątkę.

- Jedyną rzeczą, na której mi zależało, były okulary - wyjaśnia. - Nie chciałem różdżki, a już z całą pewnością nie chciałem miotły. Ostatecznie dostałem dwie pary okularów. Na planie aktorzy często noszą oprawki bez szkieł - chodzi o wyeliminowanie niechcianych refleksów. Dużo korzystaliśmy właśnie z takiego rekwizytu, i taki też dostałem: były to okulary pochodzące z siódmej części. Ale jednocześnie podarowano mi egzemplarz ze szkłami, którego używałem w pierwszej części cyklu. Nie przypuszczałem, że się zachowały, ale tak się stało. Mam wiec dwie pamiątki; jedną z pierwszego filmu, a drugą z ostatniego, i bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Obie dobrze ukryłem.

Radcliffe, który szybko i wściekle prze do przodu, zostawiając za sobą dekadę pod znakiem Harry'ego Pottera, pracuje już nad kilkoma nowymi projektami. Obecnie trwają zdjęcia do wspomnianej "Kobiety w czerni", opowieści o duchach w stylu retro, w której partnerują mu Ciaran Hinds i Janet McTeer. Podobno przyjął także role w filmie "The Journey Is the Destination" i nowej adaptacji "Na Zachodzie bez zmian".

Zanim jednak zamelduje się na planie obu tych produkcji, wróci w marcu na Broadway, by zagrać w odświeżonym klasyku Franka Loessera - musicalu "Jak odnieść sukces w biznesie, w ogóle się nie starając".

Ostatnio ze strony J.K. Rowling pojawiły się sugestie, że być może w przyszłości chwyci za pióro, by napisać kolejny tom przygód Harry'ego Pottera. Zapytany o to, czy chciałby wystąpić w filmowej adaptacji nowej książki - która niechybnie by powstała - mój rozmówca jąka się przez chwilę.

- Wydaje mi się, że moja odpowiedź brzmiałaby "Nie, prawdopodobnie nie". Dziesięć lat w zupełności wystarczy. Uważam, że filmowy cykl dobił do doskonałego, wspaniałego wręcz zakończenia. Jakiekolwiek dalsze działanie na tym polu byłoby szpeceniem piękna.

- J.K. Rowling zapewniała mnie osobiście, że tego nie zrobi.

Ian Spelling

"The New York Times"

Tłum. Katarzyna Kasińska

Czy Harry Potter jest fenomenem? Podyskutuj na naszym Forum!

The New York Times

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje