Celuloidowe kuku na muniu

Choroba psychiczna to jeden z ulubionych tematów amerykańskiego przemysłu filmowego. Bo życie to sen wariata. Hollywood śni go od lat i jak widać raczej nie zamierza się z niego budzić.

Najnowsze doniesienia zza oceanu w pełni to potwierdzają. Reżyser Alexandre Aja, którego niedawny remake filmu "Wzgórza mają oczy" zyskał uznanie krytyków i widowni na całym świecie, rozpoczął właśnie pracę nad kolejnym projektem. Przygotowuje filmową adaptację znanej także polskim czytelnikom powieści "Ewangelia Jimmy'ego" autorstwa Didiera van Cauvelaerta.

Reklama

Książka laureata prestiżowej Nagrody Goncourtów opowiada o czyścicielu basenów z Los Angeles, który pewnego dnia odkrywa, że jest... klonem Jezusa. Jest święcie przekonany, że został spreparowany przy użyciu materiału genetycznego pobranego z Całunu Turyńskiego.

Stopniowo ulega złudzeniu i zaczyna wierzyć, że podobnie jak Zbawiciel obdarzony jest niezwykła mocą czynienia dobra. Nic dziwnego, że jego osobą zaczyna w końcu interesować się rząd i tajne agencje wywiadowcze.

Błędny rycerz Depp

Nie próżnuje także naczelny specjalista od psychicznych zaburzeń w kinie. Legendarny współtwórca trupy Latającego Cyrku Monty Pythona, Terry Gilliam, mający na koncie takie obrazy jak "Żywot Bryana" (1979), "Brazil" (1985) czy "Las Vegas Parano" (1999) toczy właśnie nierówną walkę z producentami o środki finansowe, które pozwoliłyby mu zekranizować jego wizję przypowieści o błędnym rycerzu z La Manchy. Wysiłki reżysera poczynione nad realizacją projektu zatytułowanego roboczo "The Man Who Killed Don Quixote" ("Człowiek, który zabił Don Kochota") doczekały się nawet filmowego portretu w dokumencie "Zagubiony w La Manchy". Póki co realizacji obrazu zaniechano. Ale szanse na jego powstanie wciąż są niemałe.

Finalizujemy właśnie odzyskanie praw do "Don Kichota". Kiedy je odzyskamy, będzie to pierwsza rzecz, nad którą zacznę pracować - obiecuje Gilliam. Reżyser również ma nadzieję, że zgodnie z wcześniejszymi planami główna rolę w jego obrazie zagra Johnny Depp. Produkcja ma ruszyć, jak tylko aktor znajdzie wolny termin w swym napiętym ostatnio grafiku.

Świat w rękach świrów

Już w 1995 r., ku uciesze kinowej gawiedzi, Gilliam dowiódł, że w temacie umysłowych dolegliwości porusza się niezwykle sprawnie. Jego "12 małp", tragiczna wizja końca ludzkości zlikwidowanej przez wirus, stała się przedmiotem kultu i zapalczywych dyskusji kinomanów na całym świecie.

Obok Brada Pitta, brawurowo wcielającego się w rolę niezrównoważonego przywódcy tytułowej Armii 12 Małp, główną postacią obrazu jest James Cole (Bruce Willis). Człowiek, który trafia do lat 90. XX wieku z przyszłości, by dowiedzieć się czegoś na temat epidemii. Po kilku nieudanych próbach przenoszenia się w czasie, Cole trafia w końcu na trop katastrofy.

Towarzyszy mu ponętna doktor psychiatrii, która daje się w końcu przekonać, że działaniem Cole'a nie powoduje choroba.

O tym, w jakim stopniu losy świata zależą od chorych umysłów, w sugestywny sposób opowiada także "Pi" (1998) Darrena Aronofsky'ego. Tu z kolei śledzimy historię matematyka Maksa Cohena (Sean Gullette), który znalazł się o krok od rozszyfrowania kodu dającego władzę nad światem.

Z pomocą skonstruowanego w domowych warunkach komputera prowadzi obliczenia, które mają wyprowadzić wzór sterujący prawidłowościami notowań na giełdzie. Jego wiedzą usiłują zawładnąć biznesmeni z Wall Street i ortodoksyjna żydowska sekta kabalistów, której członkowie są przekonani, że Max odkrył prawdziwe imię Mesjasza.

Na dodatek Max cierpi na tajemniczą chorobę, której ataki wywołują potworne cierpienie i uniemożliwiają pracę. Wkrótce leki przestają działać, a piekielna migrena doprowadza szalonego naukowca do ostateczności.

Piękne umysły

"Musisz zaakceptować ewentualność, że Bóg cię nie lubi, nigdy cię nie chciał, i prawdopodobnie cię nienawidzi" - wmawia członkom swojej anarchistycznej bojówki Tyler Durden (Brad Pitt) w jednej ze scen "Podziemnego kręgu" (1999) Davida Finchera.

I jest w swych przekonaniach na tyle sugestywny, że widzowi niełatwo pogodzić się z tym, czego dowiaduje się pod koniec filmu.

Okazuje się bowiem, że Tyler jest tylko alter ego głównego bohatera (w tej roli Edward Norton), wytworem jego rozdwojonej jaźni. Schizofrenia jest chyba najbardziej przez Hollywood "ulubioną" chorobą psychiczną. W dziejach amerykańskiego przemysłu filmowego powstały dziesiątki obrazów, których fabuła czerpała z chorej wyobraźni swoich bohaterów.

Przykładem jest "Piękny umysł" (2001) Rona Howarda, oparty na biografii Johna Nasha (w tej roli Russell Crowe), chorego na schizofrenię matematycznego geniusza, autora rewolucyjnej teorii równowagi, laureata Nagrody Nobla. Howard zabiera widzów do wnętrza genialnego umysłu. Jednocześnie do końca pozostawia nas w nieświadomości, co do realnego stanu głównego bohatera.

Łukasz Kuźmiński

Dowiedz się więcej na temat: choroby | Hollywood | Gilliam | film

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje