Reklama

Cannes 2021: "Everything Went Fine" Francois Ozona: Kto bogatemu zabroni [recenzja]

Powiedzieć, że François Ozon to jeden z płodniejszych francuskich twórców, to nic nie powiedzieć. Jego aktywność twórcza jest prawdziwą Hydrą z wieloma głowami - filmy kręci tak szybko, że człowiek ledwie skończy jeden, a na jego miejscu wyrastają dwa inne. Jeszcze chwilę temu zgłosił do konkursu w Cannes wakacyjny romans, który w pandemicznej izolacji rozbudzał marzenie o łapaniu słońca na plaży. Teraz przywozi ze sobą na Croisette film o starym pierniku, który w życiu pracuje już tylko na jeden cel - kombinuje, jak by tu umrzeć.

Sophie Marceau i Andre Dussollier w filmie "Everything Went Fine"

Kwestia częstotliwości to jedno, pewnie się domyślacie, że idzie za tym także gatunkowa i tematyczna żonglerka, która - przynajmniej w tej części Europy - nie ma sobie równych. Jeśli idzie o Ozona, próbował w kinie już niemal wszystkiego, konia z rzędem temu, kto potrafi przewidzieć, dokąd jeszcze nogi go poniosą. Ostatnie lata w wydaniu Francuza przyniosły kameralny romans w stylu retro, film mocujący się z problemem kościelnej pedofilii, albo thriller erotyczny, który zaczynał się w pochwie, a kończył w przełyku. Ozon nie uznaje czegoś takiego jak ustalony zakres zagadnień i konwencji, poza który nie wychodzi. Kino w jego mniemaniu nie podlega prostej matematyce.

Reklama

Nie podlega jej również życie rodzinne, które w najnowszym filmie Ozona nie chce ułożyć się w proste równanie. Widać to już po pierwszej scenie, która zaczyna się od trzęsienia ziemi. Dzwoni telefon, grana przez Sophie Marceau Emmanuel dowiaduje się, że jej ojciec miał udar i leży w szpitalu. Nikt nie ma już wątpliwości, że częściowo sparaliżowany, z trudem wydobywający z siebie słowa André (Andre Dussollier) jest na ostatniej prostej. Nie pomoże pokrętło w respiratorze, plastikowa rurka, smarowanie odleżyn, nie istnieje żadna magiczna pigułka, która pomoże wrócić do dawnej formy. André sam o tym dobrze wie, nawet jak mu się poprawia, to nie szuka na siłę ratunku. Wie, że będzie żył już tylko częściowo, przykuty do łóżka, dlatego w swoim życiu rozgląda się już tylko za zielonym, świecącym znakiem EXIT. Pewnego dnia powie do córki, że nie chce tak żyć, nie chce być ciężarem dla bliskich. Poprosi ją, by pomogła mu odejść.

A więc film na ważny temat, który prowadzi do nieodzownych dylematów moralnych. Czy ojciec powinien prosić córkę o taką przysługę? A może córka powinna rozważyć tę prośbę i uznać, że człowiek z zasady ma prawo zrzucić z siebie nadmiar cierpienia, przerwać zredukowane do bólu życie? Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że Francja nie uznaje samobójstwa na żądanie, trzeba więc pacjenta przewieźć do prywatnej kliniki w Szwajcarii, a za tym stoi instytucjonalna machina, papierkowa robota, wymogi formalne. Dobrą ćwiartkę filmu wydaje się, że historia da się ponieść publicystycznemu zapałowi, że będzie ciążyła ku debacie o społecznym definiowaniu śmierci, prawnej dopuszczalności eutanazji. Ozon jako wytrawny gracz szybko jednak z tych rejonów się wypisuje, otwiera film niejako na nowo. Z poważnego dramatu przeskakuje do lekkiej tragifarsy.

Nie jest więc "Everything Went Fine" filmem nadmiernej powagi i ciężkiego kalibru, jakim może się zdawać. Niby rozmów o śmierci jest tu sporo, tak samo jak szpitali, chorób i rezygnacji, ale takiego filmu o żegnaniu się ze światem jak Ozona chyba dawno nie oglądałem. Przy całym swym ciężarze jest to kino lekkie, pełne humoru. W pewnym momencie dyskusja o problemie eutanazji schodzi na bok, odsłania się za to skomplikowana sieć rodzinnych zależności. Na wierzch wychodzą stłumione emocje, dawne żale, okazuje się na przykład - o ironio losu - że córka, poproszona przez ojca o pomoc w "wykonaniu misji", całe dzieciństwo po cichu życzyła mu śmierci. Swoją drogą André to niezły ancymon. Nic sobie nie robi z próśb rodziny, nie da się przegadać. Pewnego dnia wypisuje czek na 10 tysięcy euro i prosi o zorganizowanie szybkiej, bezbolesnej śmierci.

Odrębność Ozona polega więc na ustawieniu tematu między mówieniem serio a mówieniem z przymrużeniem oka, ale też na tym, że nie wystawia on bohaterowi moralnej oceny, nie staje po żadnej ze stron światopoglądowego sporu. W "Everything Went Fine" eutanazja jest po trosze gestem ocalającym godność i wolność człowieka, po trosze kaprysem i, co najciekawsze, przywilejem klasowym. André jest w końcu nestorem francuskiej burżuazji, może mieć wszystko: turnus rehabilitacyjny w klinice z górnej półki i jeszcze trochę życia u boku rodziny, albo eutanazję na zawołanie. Kiedy André dowiaduje się, ile taka "przyjemność" będzie kosztować, zaczyna się zastanawiać, jak robią to ci z dolnych partii drabiny społecznej. "Czekają na śmierć" - rzuca zniesmaczona Emmanuel. Zwykło się mówić, że nie da się wycenić życia ludzkiego, śmierć najwidoczniej doczekała się cennika. W końcu po tym filmie wiem, że eutanazja jest zarezerwowana dla elit.

7/10

"Everything Went Fine" [Tout s’est bien passé], reż. François Ozon, Francja 2021 

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Francois Ozon | Cannes 2021

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje