Reklama

Reklama

Bogumił Kobiela: Za szybko odszedł

2 lipca 1969 roku jego BMW zderzyło się z jelczem. Jechał z żoną nad Bałtyk. Ona przeżyła. On po ośmiu dniach zmarł. Od tamtego wydarzenia mija 50 lat. Bogumił Kobiela najczęściej grywał fajtłapy i poczciwców, ale prywatnie imponował odwagą i męstwem.

2 lipca 1969 roku jego BMW zderzyło się z jelczem. Jechał z żoną nad Bałtyk. Ona przeżyła. On po ośmiu dniach zmarł. Od tamtego wydarzenia mija 50 lat. Bogumił Kobiela najczęściej grywał fajtłapy i poczciwców, ale prywatnie imponował odwagą i męstwem.
Bogumił Kobiela w filmie Andrzeja Munka "Zezowate szczęście" (1960) /Agencja FORUM

To był rok, w którym miały premierę dwa głośne filmy z jego udziałem: "Wszystko na sprzedaż" Andrzeja Wajdy oraz "Człowiek z M-3" Leona Jeannota. W Warszawie dopiero co ruszyło Centrum Radiowo-Telewizyjne przy ul. Woronicza, cała Polska obchodziła 25-lecie PRL, a 21 lipca Amerykanin Neil Armstrong postawił stopę na Księżycu.

Ten ostatni fakt na pewno ucieszyłby Bogumiła Kobielę, który interesował się nie tylko pojazdami naziemnymi (szybka jazda autem była jego pasją), ale też kosmicznymi. Niestety, kilkanaście dni wcześniej wpadł w poślizg na zakręcie we wsi Buszkowo, pędząc wypieszczonym białym BMW 1600 nad Bałtyk.

Reklama

Razem z nim jechała żona Małgorzata z Nowakowskich i dwoje autostopowiczów. 2 lipca, gdy to się stało, upał był nie do wytrzymania. W dodatku padał rzęsisty deszcz! Kobiela nie mógł przewidzieć, że z bocznej drogi wytoczy się zwalisty jelcz, wiozący cukier.

Zmarł 10 lipca, mając 38 lat. Właśnie szykował się do roli w komedii "Rejs" Marka Piwowskiego. A z żoną rozmawiał o tym, jak bardzo chciałby mieć dziecko.

Kochał życie

Bogumił Kobiela był idolem w stylu lat 60. Kobiety za nim szalały, mężczyźni chcieli żyć tak jak on: nosić modne okulary przeciwsłoneczne, jeździć na motocyklu, prowadzić szybkie auta z "zakazanego" Zachodu, kochać i słuchać big beatu. Albo czmychać do Zakopanego na campingi jazzowe.

Nikomu nie przeszkadzało to, że był mało urodziwy. Uwielbiano go za talent komediowy. Podziwiano łagodność oraz siłę, jaką wkładał w grane postaci. Przyjaciołom podobało się to, że miał otwartą głowę, chłonął wiedzę i dzielił się nią podczas całonocnych biesiad.

Po śmierci Bieruta i odwilży w 1956 roku wielu artystów zachłystywało się swobodą. Mało kto uważał na siebie, jakby wszystkich nagle wypuszczono z klatek.

Dla Kobieli symbolem wolności była jazda autem. Co ciekawe, żona Małgorzata (ślub wzięli w 1963 roku) mówiła, że przeczuwał, jak mogą się skończyć szalone szarże za kierownicą.

Miał na tym punkcie obsesję od 1961 roku, gdy w wypadku zginął Andrzej Munk, reżyser "Zezowatego szczęścia". Po nim odeszli Zbyszek Cybulski i Krzysztof Komeda, on sam zaś potrącił dziecko.

- Chyba nie zabawię tu długo - mawiał. Nie oznacza to, że był pesymistą. Przeciwnie! Kochał życie i jak mało kto potrafił się nim cieszyć.

Najlepsze lata

Przyszedł na świat 31 maja 1931 roku w Katowicach. Jego tata Ludwik był profesorem gimnazjalnym i folklorystą. Mama Krystyna z Bajdów czuwała nad domowym ogniskiem i wspierała rozwój synów: Marka (został inżynierem) oraz Bogumiła.

Początkowo Bobek nad szybkie auta przedkładał czytanie książek. Jako uczeń liceum Kopernika interesował się też astronomią i kosmosem. Studia aktorskie skończył w Krakowie, pracę znalazł w teatrach na Wybrzeżu. Gdy w 1961 roku przeprowadził się do Warszawy, był już gwiazdą.

Po "Zezowatym szczęściu" (1960) każdy chciał zobaczyć go w Kabarecie Dudek i Wagabunda lub Teatrze Ateneum i Komedia.

Ostatnią rolą Kobieli był pan Jourdain w sztuce "Mieszczanin szlachcicem" (Teatr TV). Polacy obejrzeli ją w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1969, pół roku po śmierci aktora. Reżyser spektaklu Jerzy Gruza napisał wtedy: "Uczył nas bawić. Rozbijał konwencje rozrywki telewizyjnej. Był szokiem w sposobie bycia na scenie, zachowywania się i grania. Oczarował miliony".

Maciej Misiorny

Tele Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Bogumił Kobiela

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy