Reklama

Reklama

10 najgorszych filmów o miłości

W walentynki w kinach królują komedie romantyczne, w telewizji powtarzane są natomiast klasyczne filmy o miłości - począwszy od "Przeminęło z wiatrem" do "Czterech wesel i pogrzebu". Ale uwaga! Są filmy, na które lepiej nie zabierać dziewczyny i nie namawiać na seans ukochanego. Przed Wami nasza subiektywna lista dziesięciu najgorszych filmów o miłości.

Barwy nocy (1995), reż. Richard Rush

W zdobywcy Złotej Maliny dla najgorszego filmu w roku 1995 Bruce Willis wciela się w przechodzącego załamanie psychiatrę, który stara się rozwikłać zagadkę brutalnego morderstwa swojego przyjaciela i kolegi po fachu. Przy okazji rozpoczyna romans z tajemniczą Rose (Jane March), powiązaną z jednym z pacjentów zabitego.

O "Kolorze nocy" zrobiło się głośno głównie z powodu odważnych scen erotycznych między Brucem Willisem i Jane March. Nie zmieniały one jednak szowinistycznej wymowy filmu oraz przekraczającego wszelkie granice zdrowego rozsądku końcowego punktu zwrotnego.

Reklama

Roger Ebert przyznał w swej recenzji, że "został najzwyczajniej ogłupiony". Z kolei David Sterritt ironizował: "Myśleliście, że Bruce Willis nie zagra łebskiego psychiatry? Mieliście rację". Niektórzy zachęcali jednak do seansu. Na przykład David Parkinson stwierdził, że "film jest tak okropny, że nie można go przegapić".



Gigli (2003), reż. Martin Brest

Głównym bohaterem projektu, kończącego reżyserską karierę twórcy "Zapachu kobiety", był Larry Gigli, zabójca na zlecenie, który otrzymuje zadanie porwania brata prokuratora okręgowego. Ku jego niechęci, podczas realizacji misji musi odpowiadać przed piękną lesbijką Ricki, w której szybko się zakochuje.

O filmie zrobiło się głośno jeszcze przed premierą z powodu romansu odgrywających główne role, Jennifer Lopez i Bena Afflecka. Przy okazji co jakiś czas pojawiały się wiadomość o konflikcie reżysera z wytwórnią, czego wynikiem było znacznie skrócenie dzieła podczas montażu. Mimo udziału gwiazd pokroju Ala Pacino i Christophera Walkena, "Gigli" został uznany za jeden z najgorszych filmów wszech czasów. Uhonorowano go aż sześcioma Złotymi Malinami, w tym dla najgorszego filmu, aktora i aktorki.

"Jest tak straszny, jak słyszeliście. Nie, gorszy" - pisał krytyk Tim Robey. "Słowa nie oddadzą okropieństwa 'Gigli' Martina Bresta" - wtórował mu James Christopher. Niektórzy, na przykład James Barardinelli, byli bardziej wyrozumiali: "To nie jest dobry film, ale na pewno mniej bolesny, niż 'Głupi i głupszy 2' lub 'Legalna blondynka 2'".

"Justin i Kelly" (2003), reż. Kim Fuller

Komedia romantyczna z dwójką finalistów programu "American Idol", napisana przez scenarzystę "Spice World" - to nie mogło się udać. Film uhonorowano specjalną Złotą Maliną za najgorszą choreografię. Więcej nie otrzymał chyba tylko dlatego, że w tym samym roku triumfował "Gigli". Rok później "Justin i Kelly" otrzymali specjalną Malinę dla najgorszego musicalu dwudziestopięciolecia.

"Najgorszy film, jaki kiedykolwiek zobaczycie, ale wciąż niewart obejrzenia" - podsumowała Heather Havrilesky. "Bez wątpienia najbardziej mdły film stulecia" - dodał Lou Lumenick. Z kolei Randy Cordova pytał: "Niewielu spodziewało się czegokolwiek po 'Justinie i Kelly'. Ale czy prośba o fabułę to było zbyt wiele?".

"Komedia romantyczna" (2006) reż. Aaron Setzer

Pierwsza samodzielna produkcja Jasona Friedberga i Aarona Setzera, którzy w kilka lat skutecznie zniszczyli dobrą opinię, jaką miały parodie filmowe. "Komedia romantyczna" nawiązuje do scen z hitów, pokroju "Mojego greckiego wesela", "Poznaj moich rodziców" czy "Dziennika Bridget Jones", zwykle urozmaicając je kloacznym humorem.

"'Komedia romantyczna' jest ogłupiająco nieśmieszna w parodiowaniu komedii romantycznych, celebrytów, telewizyjnych reality shows i wszystkiego innego, co akurat wpadnie do głowy jej twórcom" - pisał Joe Leydon. "W pewnym sensie to zaskakujące, że komedia serwująca kolejne dowcipy niemal co sekundę, nie wywołuje ani jednego uśmiechu" - wtórował mu Scott Tobias. "Ludzie, czy parodia pozostaje parodią, jeśli jest głupsza i bardziej oczywista niż materiał, który parodiuje?" - pytała twórców Carina Chocano.

"Ja wam pokażę!" (2006), reż. Denis Delić

W 2004 roku "Nigdy w życiu!", adaptacja książki Katarzyny Grocholi pod tym samym tytułem, rozpoczęła modę na polskie komedie romantyczne. Jej sequel z 2006 roku, z zupełnie nową obsadą (poza kilkoma wyjątkami) i ekipą realizacyjną, był seansem, po którymw którym spora część widzów stwierdziła "dosyć". Nie pomagał epizod Hanki Bielickiej oraz powrót Marty Lipińskiej i Krzysztofa Kowalewskiego w rolach rodziców głównej bohaterki. "Ja wam pokażę!" raziło toporną realizacją i brakiem jakiegokolwiek napięcia oraz humoru.

"Obce ciało" (2014), reż. Krzysztof Zanussi

Bolesny upadek jednego z największych polskich reżyserów. Bohaterem ostatniego filmu Zanussiego jest Włoch Angelo, który przybywa do Warszawy z miłości do Kasi. Ta z kolei decyduje się wstąpić do klasztoru. Licząc na zmianę zdania dziewczyny, Angelo podejmuje pracę w korporacji, gdzie jego szefową zostaje zepsuta do szpiku kości Kris, w wolnym czasie niszcząca ludziom życia i oddająca się wyuzdanym praktykom seksualnym. "Obce ciało" zostało nagrodzone sześcioma Wężami, w tym dla najgorszego filmu roku.

"W karykaturalny sposób reżyser pięknej 'Iluminacji' (1972) w 'Obcym ciele' podzielił rzeczywistość na tę niebiańską (klasztor) i tę diabelską (korporacja). Na drodze między bielą a czernią rozciąga się jednak pas szarości, który od wieków jest zarezerwowany dla człowieka. O nim Zanussi jednak zapomniał w trakcie projektowania ludzkich kukieł, jakie wykorzystał do stworzenia spektaklu o filozoficznych pretensjach" - punktuje w swej recenzji Anna Bielak. "W najnowszym filmie Zanussiego pada ocierający się o manifest monolog, w którym Kris mówi o postępie, nowym wspaniałym świecie i transgresji. Jeśli ktoś dokonał tu jednak przekroczenia, zrobił to sam Krzysztof Zanussi - przekroczył granice dobrego smaku i osunął się w rzeczywistość pełną frustracji, niespełnień i goryczy. Nic dziwnego, że poczucie głębokiej obcości jest mu dziś najbliższą z emocji" - dodaje recenzentka.

"Kac Wawa" (2011), reż. Łukasz Karwowski

Film utożsamiany z najgorszą chwilą polskiej kinematografii. "Kac Wawa", według twórców zupełnie nieinspirowana amerykańskim hitem „Kac Vegas”, opowiada historię przyszłego pana młodego, który wraz z kolegami przeżywa szalony wieczór kawalerski. Film był faworytem rozdania Węży, polskich nagród dla najgorszych kinowych produkcji roku, ostatecznie zwyciężając w aż siedmiu kategoriach, w tym za film, scenariusz, reżyserię, aktora i żenującą scenę. W późniejszych wywiadach od "Kac Wawy" odcinali się nawet aktorzy, którzy tam wystąpili.

Krytycy nie zostawili na filmie suchej nitki. Piotr Mirski stwierdził, że "'Kac Wawa' nadaje się tylko na celuloidowy śmietnik, miejsce, do którego nie zagląda się nawet podczas alkoholowej głupawki, kiedy do ubawu starczą nagrania z YouTube'a z gimnazjalistami pijącymi wódkę okiem". W dalszej części swej recenzji ocenił film jako "nieśmieszny, dziurawy i ordynarny półprodukt".

"Pięćdziesiąt twarzy Grey'a" (2015), reż. Sam Taylor-Johnson

Adaptacja bestsellera, na którym krytycy nie zostawili suchej nitki. "Przy nim 'Zmierzch' to 'Wojna i pokój'" - porównywali niektórzy. Film nie zawiódł oczekiwań – był strasznie zły. Opowieść sadomasochistycznej relacji Anastazji Steele i miliardera Christiana Grey'a otrzymała sześć nominacji do Złotych Malin.

"Kto mógłby się spodziewać, że film o seksie będzie tak nudny?" - pytał James Barardinelli. "Podobno w filmie jest aż 20 minut seksu. Jeśli tak na to patrzeć, musi zawierać przynajmniej 40 minut Anastazji gryzącej swoje wargi lub wkładającej sobie ołówek do ust" - ironizował Christopher Orr. Film najmocniej podsumował Bruce Kirkland: "'50 twarzy Grey'a' ma tylko jedną twarz: nużące użalanie się nad sobą".

"Titanic: Koniec legendy" (2000), reż. Orlando Corradi, Kim J. Ok

W powstałej na fali popularności hitu Jamesa Camerona włoskiej animacji, od pierwszych minut w oczy kują nachalne nawiązania (by nie powiedzieć bezczelne kopie) z innych popularnych bajek. Z czasem okazuje się jednak, że film osiąga dno wraz z oryginalnymi pomysłami twórców. Oto katastrofa okazuje się wynikiem spisku niegodziwego bogacza z gangiem rekinów - tak złych, że pływających w więziennych czapkach. Ostatecznie wszyscy pasażerowie i kapitan zostają uratowani przez Tentacolino, ogromną ośmiornicę o umyśle dziecka. Między tymi atrakcjami znalazł się też romans, łudząco podobny do tego z wspomnianego już filmu Camerona.

"Titanic: Koniec legendy" zajmuje obecnie 26. miejsce w rankingu najgorszych filmów wszech czasów portalu internetowego IMDb.

"The Room" (2003), reż. Tommy Wiseau

Na koniec wisienka na torcie, najgorszy z najgorszych. Kuriozum znane jako "The Room" to projekt Tommy'ego Wiseau, który go napisał, wyprodukował, wyreżyserował i zagrał w nim główną rolę. Film opowiadał o Johnnym, bankierze z San Francisco, którego narzeczona zdradza go z jego najlepszym przyjacielem.

"The Room" mógł być po prostu nudnym amatorskim filmem. Ale dzięki nieporadności Wiseau w każdej z pełnionych przez niego ról, jego dzieło szybko doczekało się statusu kultowego. Do dziś organizowane są jego specjalnie pokazy, podczas których publiczność wykrzykuje najsławniejsze kwestie z filmu. Obecnie film o produkcji "The Room" realizuje James Franco, który wcielił się także w rolę Wiseau.

"By zrobić film tak zły, że aż dobry, potrzeba wizji, pasji, szczęścia i nieopisanej próżności. Szczęśliwie Tommy Wiseau zdaje się mieć te wszystkie cechy, przy jednoczesnym braku talentu aktorskiego" - reklamował film Steve Rose. "W dynastii łajna, wśród wielu pretendentów do tronu najlepszego najgorszego filmu, Tommy Wiseau i jego dziwna tragedia zasługują na swoją przegniłą reprezentację" - podsumował Bill Gibron.

Autor: Jakub Izdebski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje