Reklama

10 lat temu zmarł Jerzy Stefan Stawiński

Jerzy Stefan Stawiński

Za kolektorem były nieczystości po kolana, ciemność i gaz błotny. Stawiński uległ zatruciu, nie mógł znaleźć wyjścia na Wilczą. Na szczęście, któryś z jego podwładnych, który wcześniej wyszedł na powierzchnię, wrócił po niego. Ale wąski kanał wyjściowy blokował ciałem ktoś, kto zwariował. "Awanturował się, miotał, musieliśmy przejść na siłę. On chyba został na dole. Wielu ludzi tam się załamało. (...) Przestraszyli się chyba wycia tych, którzy nie mogli już iść, a które odbijane przez ściany, dawało wrażenie zupełnie infernalnego" - opisywał.

Reklama

Stawiński wrócił do kanału. "Poszedłem do barykad, ale trwała tam cisza śmierci, nie było nikogo żywego. Ciągle wpadałem na jakieś ciała, pływające w brei. Niektóre podnosiłem za włosy, bo szukałem moich ludzi, jednego zresztą w ten sposób zidentyfikowałem".

W opinii prof. Lubelskiego, Stawiński miał instynkt przetrwania. "Przecież muszą być tacy, którzy przeżyją - którzy przeżyją najgorsze, żeby to opowiedzieć. I to jest ta najważniejsza niekonsekwencja w 'Kanale', gdzie wszyscy giną" - podkreślił krytyk.

Po tym przeżyciu Stawiński "był prawie ślepy i przez tydzień nic nie jadł". Jego "ideologia, wojna, walka, okazała się całkowitą klęską" - wyznał w 2007 r.

Z obozu w Murnau wyzwolili go Amerykanie. Pojechał za Andersem do Włoch, rok później do Anglii. "Gdybym nie pojechał do Anglii, na pewno uwikłałbym się w WIN" - ocenił Stawiński. Miał "świadomość uniknięcia pogromu". Mając 24 lata, uznał dotychczasowe życie za przegrane. "I był jedyny sposób, żeby się z tego wydobyć: wrócić do Polski.(...) Nie przyszło mi do głowy, co oni tu urządzą. Stalin pozwolił na swobodne bytowanie, a po roku od mojego powrotu wszystko zaczęło się zamykać i izolować". W innym miejscu powiedział: "Dałem się nabrać i w 1947 r. wróciłem, ale czułem się strasznie oszukany".

Poszedł na studia, założył z kolegą biuro pisania podań - najwięcej dotyczyło wydania więźniów ze Związku Sowieckiego. "Zaraz przyszło UB. Namówili mojego kolegę do współpracy, więc ja dość szybko się z tej spółki wycofałem" - wspominał.

W 1950 r. znalazł się w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Redagował książki, utwory współczesne, "okropne teksty socrealu". Kiedyś dostał do redakcji dzieło, którego podsumowanie brzmiało "Giną ludzie, giną świnie, walka klasowa trwa".

W 1955 r. wydano jego debiutanckie powieści: "Herkulesy" i "Katarzyna". "Ten ustrój nas upadlał, nie można było przeżyć bez upodlenia. Te dwie książeczki to też było upodlenie" - zrecenzuje po latach socrealistyczne utwory. "W pewnym momencie poczułem się jak w pułapce. (...) W czasie wojny - paradoksalnie - wszystko było jasne, określony wróg i szansa na zwycięstwo. W tej nowej rzeczywistości (...) ludzie tak się bali, że niektórzy donosili z własnej woli. Ubecja miała taki aparat i archiwa, że trudno mi dzisiaj potępiać jej współpracowników. Stalinizm nas wszystkich upodlił. Trzeba było się na coś godzić, żeby normalnie żyć" - wyjaśnił. Jednak sam nie był w PZPR.

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Stefan Stawiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje