Reklama

10. American Film Festival: Jedyny taki festiwal

W dniach od 5 do 11 listopada 2019 roku we Wrocławiu odbyła się jubileuszowa 10. edycja American Film Festival. Młodszy brat tamtejszych Nowych Horyzontów szybko wypracował własny charakter i stał się jednym z ulubionych wydarzeń polskich kinomanów. Tegoroczny AFF potwierdził rangę imprezy. Nie było w tym roku innego festiwalu, w którym codzienny wybór projekcji był osobistym dramatem. Program był zwyczajnie za dobry i każdy musiał czasem opuścić produkcję, na której mu zależało.

"Historia małżeńska" zamykała tegoroczny festiwal

Organizatorzy AFF zaprezentowali w ciągu siedmiu dni 95 filmów fabularnych i 30 dokumentów. Wśród wyświetlanych obrazów znalazła się klasyka kina: "Łowca androidów" Ridley'a Scotta oraz "Czas Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli w nowej wersji montażowej, nieco skróconej względem zaprezentowanego w 2001 roku "Powrotu". Jedną z twarzy festiwalu stanowił Gregory Peck - widzowie mogli zapoznać się z najważniejszymi dziełami z filmografii zmarłego w 2003 roku aktora. Na dużym ekranie pokazano między innymi "Dżentelmeńską umowę", "Rzymskie wakacje" i "Zabić drozda", który przyniósł Peckowi jedynego w karierze Oscara.

Reklama

Największą popularnością wśród gości festiwalu cieszyła się sekcja Highlights, w ramach której pokazano najbardziej wyczekiwane premiery najbliższych miesięcy. Mówiąc krótko: jest na co czekać. Żaden z filmów nie zebrał jednoznacznie negatywnych opinii. Dyskusje toczyły się szczególnie wokół "Irlandczyka" Martina Scorsese, który otworzył tegoroczną edycję AFF. Niektórzy widzieli w nim kolejne gangsterskie arcydzieło, które można stawiać na jednej półce z "Chłopcami z ferajny". Inni narzekali na rozwlekłość filmu oraz niezadowalające efekty specjalne, nieprzekonująco odmładzające grających w nim aktorów.

Pojawiły się także produkcje, które spotkały się z jednoznacznym zachwytem publiczności. Pierwszą z nich był komediowy kryminał "Na noże" Riana Johnsona. Twórca "Ostatniego Jedi" przedstawił inspirowaną opowiadaniami Agathy Christie historię, przepełnioną barwnymi postaciami oraz licznymi zwrotami akcji. Żaden z członków familii zamordowanego pisarza oraz starającego się rozwikłać zagadkę jego śmierci zespołu nie wydawał się zbędny. Swoje sceny kradli Daniel Craig jako pochodzący z południowych Stanów detektyw oraz zrywający z wizerunkiem dobrodusznego Kapitana Ameryki Chris Evans w roli buńczucznego wnuka denata. Niemal wszyscy zgodnie uznali, że wchodzący na ekrany polskich kin 29 listopada obraz będzie jednym z najlepszych w tym roku.

W programie festiwalu znalazła się także satyra "Jojo Rabbit" Taiki Waititiego. Nowozelandzki twórca przedstawia w nim historię dziesięcioletniego chłopca (Roman Griffin Davis), który większość czasu spędza ze swoim wyimaginowanym przyjacielem - zdziecinniałą wersją Adolfa Hitlera (Taika Waititi). II wojna światowa ma się ku końcowi, jednak zaślepiony przez propagandę Jojo wciąż wierzy w sukces Rzeszy i marzy, że kiedyś zostanie jednym z przybocznych dyktatora. Jego fanatyczna wiara w wodza zostaje wystawiona na próbę, gdy chłopiec przypadkiem znajduje ukrywaną przez jego matkę (Scarlett Johansson) młodą Żydówkę Elsę (Thomasin MacKenzie).

Waititi przedstawia straszne czasy z perspektywy dziecięcej naiwności. Znakomicie operuje różnymi tonacjami. Przez większość czasu bawi - często niezbyt wyszukanym humorem. Jednak gdy "Jojo Rabbit" wzrusza, to nie bierze jeńców i cała sala głośno płacze. Waititemu pomagają wspaniali aktorzy. Sam Rockwell tworzy kolejną wspaniałą kreację jako gamoniowaty komendant, który nie do końca wierzy w nazistowską propagandę. Johansson w roli kochającej i przeciwstawiającej się reżimowi matki Jojo zasługuje na wszystkie nagrody świata. Najważniejsza jest jednak dynamika między dwójką najmłodszych bohaterów - dziesięcioletnim tytułowym bohaterem i ukrywającą się Elsą. Waititi wiarygodnie przedstawia zachodzące między nimi zmiany - od początkowej nieufności do szczerej przyjaźni. "Jojo Rabbit" wchodzi do polskich kin dopiero w styczniu 2020 roku. Jest to film, którego nie można przegapić.

AFF zdawał się należeć do Johansson, ponieważ festiwal zamykał inny film z popularną aktorką, który także może przynieść jej wiele prestiżowych nagród. Noah Baumbach przedstawił swoją "Historię małżeńską" w konkursie głównym tegorocznego festiwalu w Wenecji i zebrał za nią znakomite recenzje. Po seansie nikt nie dziwił się z takiego stanu rzeczy. Film przedstawia rozwód młodej pary (Johansson i Adam Driver). Początkowo oboje zamierzając rozstać się bez zbędnych emocji i minimalizując ewentualne szkody dla ich kilkuletniego synka. Jednak po wejściu na drogę sądową ich konflikt zaognia się, a o wcześniejszych postanowieniach nie ma już mowy.

"Historia małżeńska" okazała się wspaniale rozpisanym filmem, w emocje targające bohaterami rosną w każdej scenie. Ich nośnikami są znakomici aktorzy. O Johansson już pisałem, a w czasie filmu dzielnie partneruje jej Driver. Ich wspólne sceny to tykające bomby, w których obie postaci tłumią swoje uczucia i tylko czekamy, aż te wybuchną. Także drugi plan sprawdza się znakomicie. Laura Dern jako cyniczna obrończyni Johansson najpewniej idzie po Oscara, natomiast Alan Alda w małej roli prawnika Drivera stanowi jeden z niewielu promyków szczerości w bezdusznej sądowej machinie. Film zadebiutuje 6 grudnia w serwisie steamingowym Netflix, wcześniej będzie pokazywany w wybranych kinach. Seans obowiązkowy.

American Film Festival to nie tylko głośne premiery. Sednem wydarzenia od jego początków było przybliżenie nowinek w kinie niezależnym zza oceanu. "Najpiękniejsze na American Film Festival są małe, prywatne odkrycia. Wrocławska impreza pozwala poznać twórców, którzy nie mają albo środków, albo szczęścia, by dotrzeć do Europy. Ja w tym roku przygarnąłem do serca Magdalenę Zyzak i Zachary'ego Cotlera - polsko-amerykański duet filmowców, którzy pokazali na AFF 'Wielki mur meksykański' i 'Gdy będę ćmą'. Oba oparte na zupełnie 'odczapowych' pomysłach, piekielnie inteligentne, podparte perfekcyjnymi dialogami i bezlitosne dla amerykańskich mitologii" - mówił o imprezie Bolesław Racięski z podcastu "Ścieżka dźwiękowa".

Spoza sekcji Highlights największą popularnością cieszył się dokument "I want my MTV" Tylera Maesoma i Patricka Waldropa. Film otrzymał od publiczności nagrodę w sekcji "American Docs". Nietrudno zauważyć, dlaczego spodobał się tak wielu osobom. "I want my MTV" przybliża kulisy powstawania popularnej stacji muzycznej oraz pierwsze lata jej funkcjonowania. Wypełniony jest także fragmentami znanych utworów oraz anegdotami związanymi z branżą muzyczną.

Po projekcji czuć jednak ogromny niedosyt. Sam miałem wrażenie, jakbym obejrzał pierwszy odcinek dobrze zapowiadającego się serialu dokumentalnego, ale zamiast kolejnych epizodów otrzymał skrót najważniejszych wydarzeń. "I want my MTV" opowiada głównie o latach osiemdziesiątych, a kolejne dekady funkcjonowania stacji traktuje po macoszemu. Twórcy szybko prześlizgują się po temacie reality TV, niemal zrównując "Real World" z "Jersey Shore". Zupełnie pomijają także animacje wyprodukowane przez stację. "Beavis i Butthead" pojawiają się na ekranie na kilka sekund. "Daria" i "Aeon Flux" nie zostają w ogóle wspomniane.

Niestety, brakuje miejsca i czasu, by w pełni oddać poziom tegorocznego programu AFF. W tym roku udało mi się zobaczyć ponad dwadzieścia filmów. Chociaż niektóre rozczarowywały ("Cóż za piękny dzień" Marielle Heller z Tomem Hanksem w roli popularnego prezentera programu dla dzieci; emocjonalne, ale też efekciarskie "Waves" Trey'a Edwarda Shultsa), nie trafiłem na produkcję jednoznacznie nieudaną. Na większych festiwalach takie sytuacje są niezwykle rzadkie. Gdybym w ciągu roku miał odwiedzić tylko jedno wydarzenie filmowe, wybrałbym właśnie AFF. Za rok na pewno pojawię się na jego jedenastej edycji.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: American Film Festival

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje