Stefano Terrazzino: Trzeba iść po swoje!

Z prawdziwie włoskim temperamentem zabiera się za każde nowe zajęcie. Zauroczył nas tańcem, zachwycił umiejętnością naśladowania znanych piosenkarzy, teraz pomoże pannom młodym.

Mama mi zawsze mówiła, że mam robić, co mi dusza dyktuje - mówi Stefano Terrazzino

Zostałeś gospodarzem "Salonu sukien ślubnych", w którym pomagasz pannom młodym wybrać sukienki. W pierwszym odcinku doradzałeś Dodzie. Jaka była?

Reklama

Stefano Terrazzino: - Wprowadziła niesamowitą energię i szaleństwo. A ja lubię ludzi z temperamentem. Trochę się obawiałem, a okazało się, że było super. Miała określone wymagania - chciała mieć tak seksowną sukienkę, żeby ksiądz przed ołtarzem pożałował, że jest księdzem. Nic jej się nie podobało.

Sprowadziliśmy potwornie drogą sukienkę z Hiszpanii, kosztowało nas to dużo zachodu, byliśmy z siebie dumni, ona popatrzyła, wydęła usta i powiedziała: "No, dobra, może być". Ciekawe było też oglądanie Dody jako córki. Jej mama to elegancka pani z niesamowitą klasą - są jak dwa żywioły.

Czy zanim trafiłeś do tego programu, wybrałeś komuś sukienkę ślubną?

- Jedną uszyłem. To było w Niemczech, kiedy jeszcze miałem własne atelier. I strasznie się wszystkim stresowałem, nawet tym, żeby nie pobrudzić czy uszkodzić materiału. Dużo się nad nią napracowałem, a potem powiedziałem: "Nigdy więcej!". Ale niedawno dziewczyna mojego brata zaproponowała, żebym jej zaprojektował sukienkę. Z jednej strony się załamałem, a z drugiej jestem przeszczęśliwy, że mi zaufała. Mam na to dwa lata, jakoś dam radę.

Czym się różnią przygotowania do polskiego ślubu od tych, które mogłeś obserwować w Niemczech i na Sycylii?

- Podejściem. Najmniej przeżywają Niemcy - wszystko robią planowo, konkretnie, wiedzą, czego chcą, są w miarę spokojni. We Włoszech jest szaleństwo. I nic dziwnego, tam biznes związany ze ślubami jest największy. Rodzice zaczynają zbierać pieniądze na to wydarzenie od chwili narodzin dziecka. Sukienka musi być od najlepszych projektantów w Mediolanie, wypożyczona karoca, a na weselu 500 gości - szaleństwo! Choć przyznaję, że coś się powoli zmienia. Ludzie z dużych miast zamiast na ślub, wolą wydać pieniądze np. na mieszkanie, stają się bardziej rozsądni. Polska też jest szalona, choć nieco mniej.

Nie udzieliło ci się to szaleństwo?

- Oj, nie! To poważna decyzja i trzeba być na nią gotowym. Choć przyznam, że jakoś trudno mi uwierzyć, że te przysięgi są naprawdę na całe życie.

Nie jesteś romantykiem?

- Niby jestem, ale widzę, co się dzieje. Czasy są bardzo szalone. Ale z drugiej strony może jednak fajnie, że istnieje taka tradycja i wiara, że ślub może być na całe życie. Bardzo miło się ogląda pary, które spędziły ze sobą kilkadziesiąt lat. Zapytano kiedyś jedną z nich o sekret tak długiego małżeństwa. Odpowiedzieli: "My się jeszcze urodziliśmy w czasach, kiedy rzeczy się naprawiało, a nie od razu wyrzucało". Dzisiaj ludziom nie chce się pracować nad związkiem, wolą się rozstać i poszukać kogoś innego. Dlatego cieszy mnie, że niektórzy jednak mają nadzieję, że im się uda i idą do ołtarza z głęboką wiarą, że będą do końca życia razem.

Skoro o związkach mowa, to chciałabym cię zapytać o Twój - z Polską. Myślałeś kiedyś, żeby stąd wyjechać?

- Trudno mi wyobrazić sobie przyszłość. Ciągnie mnie na Sycylię, ale tam jest dla mnie trochę za spokojnie, ja lubię, jak się coś dzieje. Dobrze mi w Polsce, czuję się tu doceniony, dostałem szansę i ją wykorzystałem. Wiem, że Polacy mnie lubią. A mnie się podoba ich wrażliwość, mentalność, pokora i skromność.

Polacy są pokorni i skromni?!

- Naprawdę. Sporo jeżdżę po świecie i widzę, że Polacy wypadają rewelacyjnie. Włoch, który byłby połowę mniej utalentowany niż Polak, zawojowałby świat, był pewny siebie, przebojowy. A utalentowani Polacy chowają się po kątach i przepraszają, że są z Polski. Młode pokolenie jest trochę bardziej do przodu i to jest dobre. Nie liczy się, skąd jesteś, ale kim jesteś i co umiesz. Uważam, że trzeba wierzyć w siebie. To chyba kwestia wychowania.

A jak ty byłeś wychowany?

- W Polsce pokutuje przekonanie, że czegoś nie wypada. A u nas jest kompletnie inaczej. Moja mama zawsze mówiła, że mam robić to, co mi dusza dyktuje. Nigdy mnie nie pchała w żadnym kierunku. Rodzice dali mi lekkość, pewność siebie i radość życia. Uczyli mnie, bym nie brał się zbyt serio. Przed "Twoja twarz brzmi znajomo" wszyscy mi mówili, żebym tam nie szedł, bo jestem tylko tancerzem, poniosę porażkę, będzie wstyd. Tłumaczyłem, że chcę to zrobić i jeśli przegram, to przecież będzie moja przegrana, czegoś się nauczę. A kiedy wygrałem, wszyscy nagle mówili, że to była moja najlepsza decyzja, że świetnie wypadłem. Wtedy pomyślałem, że moi rodzice swoim wychowaniem zapewnili mi połowę sukcesu. Trzeba iść po swoje.

A teraz znowu będziesz brał udział w "Tańcu z gwiazdami".

- Tak, to mój dom, dobrze się tam czuję. W ostatniej edycji nie brałem udziału, bo czułem, że nie mam entuzjazmu. A nie chciałem, żeby osoba, która zostanie mi przydzielona, ucierpiała z tego powodu. Potrzebowałem oddechu, dlatego wziąłem udział w "Twoja twarz...". A teraz jestem znowu gotowy.

Rozmawiała Ewa Gassen-Piekarska.

Dowiedz się więcej na temat: Stefano Terrazzino | Salon sukien ślubnych

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje