Jason Priestley o "Beverly Hills 90210": To były szalone lata

- Nie tęsknię za wielką sławą – zdradza Jason Priestley, odtwórca roli Brandona Walsha z kultowego serialu lat 90. "Beverly Hills 90210". Teraz polscy widzowie mogą oglądać go w nowym serialu "Śledczy do pary".

Jason Priestley na festiwalu telewizyjnym w Monte Carlo (2004)

Twój najnowszy serial to "Śledczy do pary". Grasz w nim detektywa-amatora Matta Shade'a. Co urzekło cię w jego postaci?

Reklama

- Zacznę od tego, że świetnie się bawię, grając Matta. Podoba mi się, że to facet, który ciągle się z czymś zmaga. Jako młody chłopak zyskał popularność, grając w hokeja. Poznał smak sławy, jej cienie i blaski. To coś, co nas łączy. (śmiech)

- Obecnie jest na etapie, kiedy musi znaleźć nową drogę, rozpocząć kolejny rozdział w podróży zwanej życiem. Codziennie prowadzi wewnętrzną walkę - o bycie lepszym człowiekiem, ojcem dla swojej nastoletniej córki, eksmężem. Zawodowo zmaga się z nowym, detektywistycznym światem oraz pracuje nad relacjami ze swoją partnerką. Matt to facet, który cały czas "siłuje się". I to najbardziej mi się w nim podoba, ponieważ: po pierwsze - każdy z nas to zna, a po drugie - granie takich postaci to niesamowita frajda dla aktora.

To kolejny serial, który kręcisz w ojczystej Kanadzie. Co na to twoja rodzina, która mieszka w Los Angeles?

- Pracuję tam, gdzie pojawiają się ciekawe role. Ostatnio rzeczywiście zdarza się jakoś tak, że jest to Kanada. Moja żona i dzieci mieszkają w Los Angeles, a ja mieszkam... na pokładach samolotów Air Canada. (śmiech) Rodzina kiedy może odwiedza mnie i razem spędzamy czas. Po pięciu latach takiej rozłąki opracowaliśmy już jakiś system. Nauczyłem się krążyć pomiędzy Toronto, gdzie spędzam około pół roku a Los Angeles, które też kocham.

Dla fanów seriali na zawsze pozostaniesz Brandonem Walshem z "Beverly Hills 90210". Słyszysz "BH90210" i myślisz sobie...

- Szalone lata 90. (śmiech) Wszystko zadziało się tak szybko. Blask fleszy, sława, pieniądze. Dumny jestem z tego, że pomimo małych potknięć nie dałem się zwariować, nie zatraciłem się. Dziś, patrząc na młodych idoli, cieszę się, że ja to przeżyłem, kiedy świat nie był jeszcze tak "okrutny", inny niż teraz. Tabloidy dopiero się rozkręcały. Z drugiej strony czuję ogromny szacunek i wdzięczność za to, że miałem szczęście zagrać rolę, która zapisała się w pamięci widzów oraz stała się częścią popkultury.

Wspominasz o szalonych latach i małych potknięciach. Czy był jakiś "zimny prysznic"?

- Było kilka takich momentów. Jednak tym najbardziej znaczącym był wypadek na torze wyścigowym, któremu uległem, mając 33 lata. Wówczas dosłownie otarłem się o śmierć, a całe życie mignęło mi przed oczami. Pewne rzeczy do mnie dotarły. Teraz doceniam każdy dzień.

Nie tylko grasz, ale też reżyserujesz i produkujesz. Przed czy za kamerą czujesz się bardziej komfortowo?

- To właśnie dzięki Aaronowi Spellingowi zadebiutowałem po drugiej stronie kamery. To także on pierwszy uwierzył we mnie jako producenta. Teraz kontynuuję tę drogę. Czuję się bardzo dobrze w każdej z ról - aktora, reżysera czy producenta. W każdej z nich tak samo dobrze. O wszystkich trzech marzyłem, odkąd rozpocząłem swoją przygodę ze światem filmu i serialu. Cieszę się więc, że mogę spełniać się na każdej płaszczyźnie.

Rozmawiał Daniel Łukaszewski

Dowiedz się więcej na temat: Jason Priestley

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje