Reklama

Wykwit kryzysu wieku średniego

"Weekend", reż. Cezary Pazura, Polska 2011, dystrybutor: ITI Cinema, premiera kinowa: 6 stycznia 2011

"Nie spodziewajcie się cudów, to jest normalny film" - powiedział widzom Cezary Pazura na premierze swojego najnowszego filmu, a zarazem debiutu reżyserskiego. Nie spodziewałam się. Liczyłam na film normalny. Taki "oglądalny". Niestety nawet seria trailerów filmów z kategorii "gene" tuż przed seansem nie potrafiła mnie przygotować na to, co miałam potem (nie)przyjemność zobaczyć.

Reklama

Wynikła jednak z tej przygody pewna pozytywna wiedza. Otóż teraz już wiem, czego panowie w kryzysie wieku średniego robić nie powinni. Zabierać się za kręcenie filmów. Zwłaszcza, gdy w nadmiarze naoglądali się wcześniej Tarantino.

Debiut Cezarego Pazury, niezapomnianego Kilera, a przede wszystkim świetnego aktora, w roli reżysera siłą rzeczy budził ciekawość. Zwłaszcza gdy ktoś, kto na kinie sensacyjnym i komedii gangsterskiej zjadł zęby, decyduje się sam nakręcić film w tym gatunku. Ambicje były spore. Nic nie mogło być "na odwal się". Jak ekipa - to najlepsza. Przed kamerą młode twarze, co przyciągną do kina młodzież (Małaszyński, Socha, Lewandowski), ale i starzy kompani (Frycz, Lubaszenko) do dobrej zabawy na planie, a nawet i żona po napisach końcowych. Za kamerą najlepsi spece od wybuchów, pościgów i wszelkich innych efektów (ponoć pracujący wcześniej przy "Casino Royale"). Tylko efekt finalny wychodzi miernie, bo zapomniano o rzeczy najważniejszej - scenariuszu.

Historia rozgrywająca się w ciągu jednego weekendu sprawia wrażenie zlepku gagów, wątków, scen, bohaterów, którzy trochę przez przypadek spotykają się ze sobą i nawet sami twórcy nie wiedzą, co z tym wszystkim zrobić. Nic nie jest wygrane do końca, dociśnięte. Miało być kino komediowe w oparach absurdu, a wyszedł zakalec polany żenadą. We wszystkim potrzebny jest bowiem umiar, zwłaszcza gdy bawimy się absurdem. Nawet klamra, w której mrugając okiem do widza, Pazura zaciąga kurtynę, nie pomaga i nie przekona, że zamiast cyrku zobaczyliśmy lepszy teatrzyk rozrywkowy. Na co ambicje, kasa i pomysł, jeśli brak wyczucia.

Widać w "Weekendzie" fascynację kinem spod znaku Tarantino, lecz próba imitacji zamiast inspiracji od początku skazana jest na porażkę. U twórcy "Wściekłych psów" dialogi bez sensu nad hamburgerem przetykane dużą ilością przekleństw to w gruncie rzeczy niezwykle inteligentna wirtuozeria słowna, gdy tymczasem dialogi z serii "jak TO robią pedały" okraszane nadmierną ilością na siłę wciśniętych przekleństw wzbudzają jedynie wdzięczność do samego siebie, że chwilę wcześniej nie zdecydowaliśmy się na zakup popcornu. Mruganie do młodych widzów wychowanych na postmodernistycznym kinie Tarantino poprzez rozmowy o zbyt dużych stopach dziewczyny jednego z bohaterów wydaje się bezcelowe. Na polską Umę Thurman jeszcze długo będziemy czekać. Na polskiego Tarantino zresztą też.

Owszem, jest kilka scen udanych. Jest kilka dobrych ról, jak Frycza w roli złego policjanta, który dostaje pod swoje skrzydła synka kochanki, by zrobić z niego mężczyznę. Całkiem nieźle radzi sobie nawet Paweł "Kamienna Twarz" Małaszyński w roli romantycznego gangstera (echa dawnych polskich filmów gangsterskich?). Chwilami bawić może nawet gang Cygana, który ma swoją własną stronę internetową. Jednak te kilka chwil nie uratuje całości.

Tarantino bawi się kinem, ale robi to inteligentnie, w całej zabawie zachowując dystans do samego siebie. Tego dystansu nie wyczuwa się w "Weekendzie", jedynie radość panów w wieku średnim, którzy cieszą się jak mali chłopcy z szowinistycznych żartów i wszelkich scen akcji w zwolnionym tempie, pozwalających pokontemplować rozbryzgujące dookoła flaki. Szkoda, bo końcowa scena z samym reżyserem sugerować może, że gdzieś ten dystans w zamierzeniu autora był, ale się w ogólnym bałaganie zawieruszył.

-1/10

Nie wiesz, w którym kinie możesz obejrzeć film "Weekend"? Sprawdź repertuar kin w swoim mieście!


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje