Reklama

"W labiryncie": Gra w kotka i myszkę z króliczkiem [recenzja]

Kadr z filmu "W labiryncie" /materiały prasowe

Dobry kryminał to ponoć niezłe ćwiczenie dla naszej głowy. Dodatkowo pozwala rozwijać empatię, lepiej radzić sobie ze stresem oraz pokonywać lęki. Wycieczkę do kina na "W labiryncie" spokojnie można więc potraktować nie tylko jako rozrywkę, ale i pracę nad własnym rozwojem. Czy potrzeba lepszej wymówki?

Bruno Genko usłyszał od lekarzy, że zostały mu jeszcze dwa miesiące życia... Dwa miesiące temu. "Ostatniej nocy czekałem na nadejście północy, jak Kopciuszek. I nic się nie wydarzyło" - mówi, gdy go poznajemy. Jest przekonany, że dostał bonus od życia - może po to, aby rozwiązać zagadkę, której kiedyś nie udało mu się rozwikłać? Właśnie odnaleziono dziewczynę, Samanthę, której szukał 15 lat temu. Ale kto ją skrzywdził?

Reklama

Nie wiedząc, czy przeżyje godzinę, dzień, czy tydzień, wsiada do samochodu i wraca do porzuconego śledztwa. Jednocześnie w szpitalu, do którego trafiła ofiara, doktor Green, amerykański profiler, najlepszy w swoim fachu, próbuje dowiedzieć się jak najwięcej o porywaczu i jego modus operandi. Zadanie nie jest łatwe, dziewczyna nie tylko przeżyła traumę wieloletniego uwięzienia w mrocznej piwnicy-labiryncie, ale jest także pod wpływem mocnych środków psychotropowych. Gubi się gdzieś pomiędzy prawdą i halucynacją. Pewne jest tylko to, że dookoła płoną lasy i czai się zło. Wszystko obserwuje wielki królik o czerwonych oczach w kształcie serca. Czyżby czyhał na kolejną ofiarę?

"Od czasu rozkwitu popularności Agathy Christie, twórcy thrillerów bawią się z czytelnikami w kotka i myszkę" - zauważa reżyser, scenarzysta i pisarz w jednej osobie: Donato Carrisi, autor "W labiryncie". "To niepisana zasada - rywalizacja między autorem i czytelnikiem. Kto wygra? Czy pisarzowi uda się zachować tajemnicę aż do ostatniej strony, a odbiorca się niczego nie domyśli? Pisarz musi podsuwać czytelnikowi wszystkie elementy niezbędne do rozwiązania zagadki. Może używać sztuczek, być podstępny, kręcić, ale prawda powinna być zawsze przed oczami odbiorcy - tylko, oczywiście, odpowiednio zakamuflowana" - dodaje. Teorię przekształca w praktykę i oferuje nam niezłą filmową łamigłówkę.

W kryminale "W labiryncie" prawda leży przed naszymi oczami, ale dopiero w finale klocki wpadają w swoje miejsce i okazuje się, które z przeczuć i teorii były prawdziwe, a gdzie daliśmy się nabrać. Mózg pobudzany jest nie tylko przez chęć rozwikłania zagadki przed Genko i Greenem, ale i całą masę bodźców, które płyną z ekranu. Wizualnych i muzycznych. Carrisi kreuje świat, w którym powieść noir spotyka się z Hitchcockiem (napięcie rośnie wzorcowo), diabelski komiks (jeden z tropów w śledztwie!) z piekłem Dantego i obrazami Boscha. Panują tu mrok i groza. Jakaś duchota, odczuwalna niemal fizycznie. Gra staje się z każdym krokiem coraz bardziej niebezpieczna.

Największe zwycięstwo Carrisi odnosi na polu aktorskim - kto może bardziej zaintrygować niż Toni Servillo ("Wielkie piękno", "Boski", "Dziewczyna we mgle" - poprzedni film reżysera) i Dustin Hoffman, którzy wcielają się - odpowiednio - w Genko i Greena? To oni niosą intrygę, to oni nas zwodzą i uwodzą. I oczywiście królik - a może człowiek w jego masce? Niezależnie od odpowiedzi - z pewnością ma szansę na to, żeby usiąść w kinie tuż obok królika z "Donniego Darko".

7/10

"W labiryncie", reż. Donato Carrisi, Włochy 2019, dystrybutor: Best Film, premiera kinowa: 28 lutego 2020 roku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: W labiryncie (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje