Reklama

Tylko dziewczynom wolno grać jazz

"Pół żartem, pół serio", reż. Billy Wilder, USA 1959, dystrybutor Vivarto, ponowna premiera kinowa 29 stycznia 2010 roku.

You're perfect in the way, a perfect end today
You're burning out their lights, and burning in their eyes
I love you Sugar Kane, a-comin' from the rain
Oh kiss me like a frog, and turn me into flame
(Thurston Moore, Sonic Youth)

Reklama

Kilka miesięcy temu jedno z najstarszych krakowskich kin, reaktywowane po latach milczenia, w ramach przypominania filmowej klasyki odkopało z zasobów filmotecznych i pokazało - ku mojej uciesze - "Pół żartem, pół serio". Powrót do jednego z niezapomnianych obrazów dzieciństwa, które w każdy niedzielny poranek zapowiadał na jedynce mistrz Janicki cieszy jeszcze bardziej, kiedy już wiadomo, że zremasterowana kopia wchodzi do powszechnej dystrybucji kinowej.

O tym filmie napisano już chyba wszystko. "Some like it hot" (oryginalny tytuł), czyli "Niektórzy wolą ostrzej" to prawdopodobnie najsłynniejsza komedia filmowa w tej części Układu Słonecznego. Pojawia się we wszystkich możliwych rankingach filmów wszech czasów, w tych komediowych prawie nigdy nie oddając palmy pierwszeństwa innym tytułom. To również jeden z ostatnich występów Marylin Monroe - zresztą jedyny doceniony liczącym się trofeum (Złoty Glob za najlepszą rolę kobiecą w komedii lub musicalu; gwiazda przez całe życie nie doczekała się nawet nominacji do Oscara!). Mimo tego sukcesu, legendarne wręcz są anegdoty mówiące o powtarzanych dziesiątki razy najprostszych kwestiach, których Monroe nie potrafiła poprawnie wymówić przed kamerą. Podłamany reżyser kilkukrotnie musiał wspomagać się tabliczką z napisanym dialogiem, żeby nie przeciągać dubli w nieskończoność.

Fabułę zna chyba każdy, nie każdy jednak wie, że film Billy'ego Wildera był już trzecią adaptacją opowiadania "Miłosne fanfary" Michaela Logana i Roberta Thoerena (wcześniej sięgali po nie Francuzi w 1935 roku i Niemcy w 1951 roku). Osadzenie akcji u schyłku lat 20. XX wieku w USA, pod koniec ery "jazzu", jednocześnie w czasach Wielkiego Kryzysu, pozwoliło Wilderowi na sparodiowanie schematów kina gangsterskiego i satyryczny komentarz do epoki.

Arcydzieło urodzonego na ziemiach polskich reżysera wykorzystuje jeden z najstarszych chwytów komediowych: cross dressing, czyli przebieranki ekranowe, z wodewilowym rodowodem, na wielkim ekranie sprawdzały się zawsze i wszędzie (na rodzimym gruncie już w latach 30. XX wieku w damskich fatałaszkach tańczył Eugeniusz Bodo a Jadwiga Smosarska paradowała w garniturach), są też jednym z najbardziej charakterystycznych motywów kina Wildera, by wspomnieć tylko nieśmiertelne kadry z "Bulwaru zachodzącego słońca" z Glorią Swanson przebraną za trampa czy Marlenę Dietrich w stroju ulicznej ladacznicy w "Świadku oskarżenia".

W "Pół żartem, pół serio" przywdziewanie damskich kreacji stanie się koniecznością dla dwójki bezrobotnych muzyków (fenomenalni Tony Curtis i Jack Lemmon), którzy na dodatek wplątali się w porachunki z mafią. Wiedząc, że wysłannicy bossów będą ich szukać pośród męskich zespołów jazzowych, wpadają na pomysł dołączenia do żeńskiego bandu. Perwersja scenarzystów każe im oczywiście zakochiwać się w koleżankach z ansamblu. Oglądając po ponad pół wieku od realizacji wyczyny Curtisa i Lemmona dalej nie można wyjść z podziwu dla niezwykłego kunsztu aktorskiego tej dwójki (a także - nie ronić łez ze śmiechu). Casting wyszedł tak dobrze, że odtwórcy wydają się być niemal przypisani do ról. Trudno uwierzyć, że początkowo ów tandem mieli stworzyć Frank Sinatra i Jerry Lewis.

Pierwszorzędnym i godnym pochwały przedsięwzięciem firmy Vivarto jest wprowadzanie na ekrany kin żelaznej klasyki światowego kina. Co prawda najmłodszy obraz z tej grupy ("Hair") ma niewiele ponad ćwierć wieku, ale przecież co najmniej tyle czasu niezachwianej atencji trzeba, by wpisać się na stałe w annały historii filmu.

Lecz gest dystrybutora to nie tylko przypomnienie autentycznych arcydzieł filmowych. Dla znakomitej większości widzów w Polsce to pierwsze spotkanie z tymi obrazami na dużym ekranie, pierwszy z nimi kontakt w formie zbiorowego przeżywania. A także pierwsza możliwość obcowania z prawdziwymi bogami i boginiami ekranu, jeszcze z ery star systemu, w pomieszczeniu sali kinowej.

"Pół żartem, pół serio" jest chyba najlepszą ku temu okazją. Oglądanie w kinie Marylin Monroe w popisowej roli Sugar "Kane" Kowalczyk, jej gestów, mimiki, śpiewu, dziecięcego uroku kontrastującego z kobiecą ponętnością - proszę mi uwierzyć, robi stokrotnie większe wrażenie niż na telewizorach o największych choćby matrycach. Rodzi też autentyczne wzruszenie i nostalgię za złotymi czasami kina i jego najjaśniejszymi perłami, które nie gasną tylko dzięki swoim filmowym wizerunkom.

Nie myli się Osgood Fielding III kończąc film nieśmiertelnym "Nikt nie jest doskonały". Rozradowani i pełni podziwu wychodzimy z kina przyznając wszakże w głębi serca, że są filmy doskonałe. A do nich ten tytuł zalicza się bezspornie.

10/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: USA | jazz | Pół żartem

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje