Reklama

"Szarlatan": Cuda niewidy [recenzja]

Film "Szarlatan" trafi na ekrany polskich kin w drugiej połowie 2020 roku /materiały prasowe

Film Agnieszki Holland o czeskim zielarzu, cudotwórcy i uzdrowicielu Janie Mikolášku, który uratował niejedno ludzkie życie, był bez wątpienia jednym z najbardziej wyczekiwanych na tegorocznym Berlinale wydarzeń w sekcji pokazów specjalnych. Od razu muszę jednak zaznaczyć, że "Szarlatan" wywołuje we mnie mieszane uczucia, posiada wady i zalety charakterystyczne dla późnych dokonań polskiej reżyserki.

O ile w poprzednim filmie, "Obywatel Jones", celem Holland było zapuszczenie żurawia w przeszłość, by przypomnieć historię walijskiego dziennikarza, który na początku lat 30. XX wieku wyruszył w podróż do Związku Radzieckiego, gdzie na własne oczy zobaczył wielki głód na Ukrainie i dążył do ujawnienia prawdy o nim, w najnowszym dziele reżyserki stawia na niezłomnego indywidualistę, chcącego zmieniać świat nie tyle piórem, co specyficznymi mieszankami leczniczych ziół zebranych w polu.

Reklama

"Szarlatan" opowiada o legendarnym Janie Mikolášku, którego sława i stosowane przez niego niekonwencjonalne metody leczenia w czasach międzywojnia doprowadziły do tego, że założył własny szpital. Przed drugą wojną światową pod jego okiem kurowała się czechosłowacka arystokracja i chłopstwo, w trakcie wojny nazistowscy oficerowie, po jej zakończeniu sam prezydent Antonín Zápotocký. Z czasem metody uzdrowiciela zaczęto jednak zwalczać i piętnować - pozbawiono go pozycji i majątku, trafił do więzienia w wyniku zorganizowanego przez komunistyczny reżim "polowania na czarownice". W prasie nadano mu przydomek hochsztaplera i szarlatana, który mami niewinnych ludzi. Innymi słowy, stał się persona non grata.

Centralną postacią filmu Holland jest zatem wybitna jednostka walcząca z systemem, ale nie tyle przeciwko niemu, ile o to, by "ludziom żyło się w końcu lepiej". I taki jest też punkt wyjścia - w jednej z początkowych scen widać, że przed szpitalem Mikoláška ustawiają się kolejki jak do mięsnego za komuny, ludzie wyczekują w tłumach z próbkami moczu, na podstawie których legendarny znachor rozpoznaje rodzaj i źródło choroby. Nieprawdopodobnie dokładną, a może wręcz bezbłędną diagnostykę, formułuje on za sprawą jednego spojrzenia. Wystarczy szybki rzut oka na niewielką próbkę, a stan zdrowia pacjenta i cudownie skuteczna recepta nagle stają się jasne. Praktyki Mikoláška były więc czymś, czego nie da się nawet dziś wyjaśnić za sprawą rozumu, nie poddają się one sile empirii i racjonalnych argumentów. Może właśnie dlatego, po 60 latach bezinteresownego zaangażowania w niesienie pomocy dziesiątkom tysięcy ludzi, jego dar okazał się przekleństwem.

Akcja "Szarlatana" rozgrywa się w ciągu tych kilku dekad, Holland precyzyjnie przeskakuje z jednego planu czasowego na drugi, zakłóca chronologię, przeplata odległe epizody, dzięki czemu otrzymujemy wgląd nie tylko w proces śledczy i przewód sądowy w sprawie domniemanego kuglarstwa, co w korzenie i młodość bohatera. Te sceny pokazują chociażby jak Mikolášek odkrył dar zagłębienia się w duszę i ciało drugiej osoby, w jednej z nich dowiadujemy się, że pewnego dnia po prostu spojrzał on na człowieka, po czym co do dnia przewidział jego śmierć. W innej - która jest niczym mroczny rewers poprzednich - katuje Bogu ducha winne koty. Można wyczuć w tych fragmentach rodzaj aury niepojętej tajemnicy, niewytłumaczalne warstwy i sensy oraz metafizyczny czynnik, który nie pozwala na łatwą klasyfikację, czy też proste rozszyfrowanie nieomal nadludzkiej mocy i wewnętrznych sprzeczności bohatera.

Gdy Holland wraca do nagonki na Mikoláška, robi się jednak nieco bardziej dosłownie, pojawia się w filmie sugestia, że możemy mieć do czynienia (zresztą jak w poprzednim: "Obywatelu Jonesie") z pewnego rodzaju męczeństwem, które domaga się po latach sprawiedliwości. Wprawdzie czeski cudotwórca zdaje się do samego końca pozostawać bohaterem paradoksalnym - jednocześnie pozytywnym, jak i ujawniającym ciemną stronę swojej tożsamości - jednakże tematy podjęte przez reżyserkę zostają w mym odczuciu zawładnięte miejscami przez optykę skupioną na demonstracji zbyt grubo ciosanego odniesienia do zatroskania czasami, które zwykły tłumić inność, a także odstającą od reszty odmienność.

Kino Holland potrafi starzeć się godnie, próżno jednak szukać w jej ostatnich filmach jakiegoś stylistycznego czy myślowego zwrotu, wyniesienia buntu reżyserki w nowy wymiar, który potrafiłby jeszcze zaskakiwać i jątrzyć. Autorka pokazywanego przed rokiem w Berlinie "Obywatela Jonesa", kontynuuje stały kierunek, nadal snuje ważne historie "po bożemu". Nie interesuje jej żadne przewartościowanie, porzucenie bezpiecznych konstrukcji, które z biegiem lat stały się w kinie schematem nazbyt zakrzepłym i poprawnym, podtrzymuje zaś pokrzepiające przesłanie, że w obliczu kryzysu współczesnego społeczeństwa, bardzo potrzebne nam są opowieści o ludziach świadczących nieprzeciętne dobro i postępujących słusznie. Fakt, że nawet będąc sceptycznym wobec stylistyki Holland, trudno pozostać obojętnym na te słowa. Zrobić angażujący film jest bez wątpienia sztuką. Akurat ta sztuka miejscami się Holland udała.

6,5/10

"Szarlatan", reż. Agnieszka Holland, Czechy, Irlandia, Polska 2020, dystrybutor: Gutek Film, premiera polska: druga połowa 2020 roku.

***Zobacz także***

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Szarlatan (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje