Reklama

​"Stuber": Półtora gliniarza [recenzja]

Dave Bautista i Kumail Nanjiani w filmie "Stuber" /materiały prasowe

Prosty przepis na przeciętnego sensacyjniaka. Weź dwóch niedobranych bohaterów i każ im jeździć z miejsca na miejsce. Na każdym przystanku obowiązkowa strzelanina, a podczas jazdy pogaduchy wypełnione wulgarnymi wtrąceniami. Sprawdziło się przy "Bodyguard: Zawodowiec", sprawdzi się też przy "Stuberze", prawda?

Stu (Kumail Nanjiani) jest przeciętnym trzydziestolatkiem. Pracuje w sklepie wielobranżowym, a dorabia jako kierowca Ubera. Od lat kocha się w koleżance ze studiów, ale wciąż nie może się zebrać, by wyznać jej swoje uczucia.

Z kolei Vic (Dave Bautista) to stary glina o rozmiarach i sile małego czołgu, który najpierw strzela, a potem pyta. Od lat tropi handlującego narkotykami Tedjo (Iko Uwais), który podczas jednej z akcji zabił jego partnerkę. Pewnego dnia policjant otrzymuje cynk, dzięki któremu może w końcu dopaść przestępcę. Jest tylko jeden problem - Vic przeszedł kilka godzin wcześniej zabieg, po którym nic nie widzi i nie może prowadzić. Pozostaje mu zamówić Ubera. I tak oto na jego drodze staje Stu.

Reklama

Fabuła "Stubera" przywodzi na myśl komediowe produkcje z Kevinem Hartem i Dwaynem Johnsonem. Drobny wrażliwiec i przewyższająca go o dwie głowy góra mięśni, która od wszystkich odgradza się grubym murem. Pierwszy musi zmężnieć, drugi otworzyć się na innych - między innymi swoją zaniedbywaną córkę. Historia najoryginalniejsza nie jest, wszystko zależy więc od aktorów, dialogów i realizacji.

Zaczynając od końca - stojącemu za kamerą Michaelowi Dowse’owi brakuje jakiejkolwiek inwencji w kreacji scen akcji. Dynamika jest dla niego synonimem dzikiego machania kamerą, dzięki czemu niemal każda bójka jest niemożliwa do śledzenia. Reżyser średnio daje sobie także radę z komediowymi wstawkami. Nie wie, kiedy uciąć dialog, a z wyczuciem czasu u niego nie najlepiej - zwykle za wcześnie lub za późno dostarcza puentę.

Same dialogi czasem bawią, ale równie często irytują. Stu jako małe dziecko wpadł do kotła ze złotymi myślami internetowych coachów i raz na dwie minuty rzuca głęboką myśl, po której odechciewa się żyć. Na ratunek przychodzi Nanjiani, który na chwilę ratuje sytuację i sprawia, że nawet kupujemy jego postać.

Nieco lepiej wypada postać Vica. Bautista drugim Rockiem nie będzie, brakuje mu charyzmy i warsztatu. Jednak odpowiednio pokierowany sprawdza się w repertuarze komediowym ("Strażnicy galaktyki") i poważniejszym (bardzo dobry epizod na początku "Blade Runnera 2049"). Ale tutaj sprawnego reżysera nie ma, więc Bautista przez cały seans mruży oczy, żebyśmy nie zapomnieli, że jest ślepy. Tak jak Nanjiani, czasem trafia we właściwe nuty i wtedy, przez krótki moment, jest naprawdę zabawnie.

"Stuber" jest kinem przeciętnym. Niby pomysł miał potencjał, ale scenarzysta się nie wysilił. Może dałoby się to jeszcze uratować, ale reżyser nie chciał/nie potrafił lepiej. Starali się aktorzy, ale z pustego i Salomon nie naleje. Dodatkowy minus za zmarnowanie Iko Uwaisa - to kolejna amerykańska produkcja, w której gwiazdor "Raid" nie pokazuje nawet procenta swoich możliwości.

4/10

"Stuber", reż. Michael Dowse, USA 2019, dystrybutor: Imperial - Cinepix, premiera kinowa: 12 lipca 2019 roku.


INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Stuber

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama