Reklama

"Sprawiedliwość": Prawo do bycia człowiekiem [recenzja]

Kadr z filmu "Tylko sprawiedliwość" /materiały prasowe

Sprawa Waltera McMilliana, przypomniana w nowym filmie Destina Daniela Crettona, na pierwszy rzut oka może wydawać się świadectwem obrazu z przeszłości Stanów Zjednoczonych. Jednak pokazane przez jej pryzmat defekty, nieprawidłowości i luki w amerykańskim systemie sprawiedliwości ciągle nie zostały przepracowane.

Reklama

Trudno mówić o filmie Crettona bez dostrzeżenia tego, co wydarzyło się w ostatni tydzień maja za oceanem. 46-letni George Floyd leżał skuty w kajdankach na ziemi i mówił: "Nie mogę oddychać", mimo to policjant nie zabrał kolana z jego szyi. Po morderstwie bezbronnego czarnoskórego mężczyzny, mieszkańca Minneapolis, Ameryka wciąż płonie w ogniu demonstracji, rozruchów, protestów przeciwko bezkarności, brutalności i podłości policji, która sieje postrach wśród czarnych obywateli. Na ulice wyszli ludzie, którzy domagali się społecznej sprawiedliwości, powstrzymania rasowej dyskryminacji, sprzymierzeńcy ruchu Black Live Matters. Wyrazy poparcia i solidarności popłynęły również z Hollywood - to pierwsza tak wyraźna reakcja na burzliwe zamieszki szerzące się po kraju w historii branży filmowej.

W związku ze skandalicznym nadużyciem siły przez policję w Minneapolis (a może należałoby powiedzieć wprost - bestialskim, sadystycznym morderstwem) studio Warner Bros udostępniło bezpłatnie w sieci nakręcony w ubiegłym roku przez Destina Daniela Crettona film "Tylko sprawiedliwość". Z dopiskiem, że jest to tytuł skierowany do wszystkich, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o tym, jak czarnym Amerykanom odmawia się nie tylko praw obywatelskich, ale także prawa do bycia człowiekiem.

I faktycznie - patrzymy na taką dehumanizację z życia zaczerpniętą i po czasie dającą znowu do myślenia, która w latach 80. pokazała światu, że w Ameryce nie ma ani krzty sprawiedliwości. W 1987 Walter McMillian, bogu ducha winny mieszkaniec Alabamy, stanął przed sądem i został niesłusznie oskarżony o morderstwo osiemnastolatki. O jego niewinności świadczyły wszystkie zebrane w trakcie śledztwa dowody i niepodważalne alibi, prokurator zasłonił się jednak fałszywym zeznaniem człowieka o niedorzecznie wątpliwej reputacji, ukrył materiały przemawiające na korzyść oskarżonego i odmówił mu należytego procesu. Procesu, który od początku zmierzał w niewłaściwym kierunku; który miał na celu ukręcenie łba sprawie, wskazanie na kozła ofiarnego. W rezultacie niewinny człowiek spędził w więzieniu sześć lat.

Reklama

Cretton i jego scenarzysta Andrew Lanham, stawiają w centrum powieści jednak inną postać: nie McMilliana, nie jego rodzinę, ale adwokata Bryana Stevensona - młodego prawnika, który po ukończeniu Harvardu mógł przebierać w lukratywnych ofertach, a zamiast tego pojechał do Alabamy ująć się za niesłusznie skazanymi Afroamerykanami czekającymi na wyroki w celach śmierci. Na nowym stanowisku, odkrywa, że McMillian padł ofiarą serii pomyłek, zepsucia i uprzedzeń wysoko postawionych prokuratorów. Stevenson jest zdeterminowany, by ten błąd naprawić - wbrew wszelkim przeciwnościom, poniżeniu, systemowemu rasizmowi. Wszystko po to, aby sąd pokajał się za własne pomyłki i wycofał zarzuty. Aby uznał niewinność publicznie upokorzonego człowieka.

"Na sprawiedliwość nigdy nie jest za późno. [...] Jeśli dobrze się sobie przyjrzymy, możemy jeszcze zmienić świat na lepsze" - mówi kategorycznie Stevenson do McMilliana, na co ten mu odpowiada: "Nie znasz Alabamy. Nie wiesz, jak to jest być winnym od urodzenia". Dialog ten w zupełności wystarcza do zręcznego streszczenia filmu Crettona, którego centralnym problemem jest zderzenie zaciekłego, nieoglądającego się na nic bojownika o prawdę, sprawiedliwość i prawa obywatelskie z realiami amerykańskiego Południa - miejsca wciąż pełnego wykluczenia, dyskryminacji, z tęsknotą spoglądającego na Amerykę sprzed Wojny Secesyjnej. "Tylko sprawiedliwość" jest w końcu niczym innym jak prostolinijnym dramatem sądowym, w którym wszystko musi być dosłowne już na pierwszy rzut oka i podane na tacy, zbudowanym bez wydumanych pomysłów i wizualnych fanaberii. W prostocie zawarta jest jednak siła tego filmu.

Rozczarowani będą ci, którzy oczekiwali od Crettona jakiejś komplikacji w opowiadaniu, jakichś wyrafinowanych sztuczek narracyjnych, bezkompromisowości i większych ambicji artystycznych. Mnie jednak ów zachowawczy, poniekąd dydaktyczny ton przekonuje, wydaje się być o wiele lepszy do tego, by nie tylko podjąć ważny historyczny temat, ale okazać się całkiem trafnym przesłaniem na aktualny czas społecznego sprzeciwu. Choć fabuła filmu jest niezwykle sztampowa jego emocjonalna intensywność wystarczająco motywuje widza do wołania o tytułową sprawiedliwość, a finałowa odezwa bohatera niesie pytanie oszałamiające w swej prostocie: "dlaczego w tego typu sprawach wciąż tak niewiele się zmieniło?".

Organizacja Equal Justice Initiative założona pod koniec lat 80. przez Stevensona zakwestionowała lub unieważniła ponad 140 wyroków w sprawach Afroamerykanów niesłusznie postawionych przed sądem. Ale nie oszukujmy się - to wciąż kropla w morzu potrzeb.

7/10

"Tylko sprawiedliwość" (Just Mercy), reż. Destin Daniel Cretton, USA 2019, dystrybutor: Warner Bros, Entertainment Polska, premiera kinowa: 26 czerwca 2020 roku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Tylko sprawiedliwość

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje